demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: zmęczenie

Nie mam ostatnio głowy do pisania, ani właściwie do niczego nie mam. Częściej chodzę na pogrzeby niż na karnawałowe zabawy. Znaczy na karnawałowe harce i tańce nie chadzam zupełnie, a na pogrzeby niestety i owszem. Chętnie, tak dla odmiany, to poszłabym może na jakieś wesele, albo chrzciny, albo coś związanego z radością, z nadzieją, z tym, że wszystko można. Pogrzeby nie podnoszą na duchu jakoś szczególnie. Zmuszają do refleksji i do tego, że wszystko w życiu to tak naprawdę marność jest. „Marność nad marnościami”. Nic więcej. Jedna chwila i po wszystkim. Ludzie pędzą nie wiadomo gdzie, nie wiadomo po co i nie wiadomo za czym. Knują, szantażują, manipulują, wykorzystują, oszukują, okłamują, okradają – więcej i więcej i ja, ja i JA – tylko do siebie, i dla siebie, i pod siebie. Kosztem wszystkich. Rzygać mi się chce kiedy na to wszystko patrzę i kiedy to wszystko oglądam. Mam ochotę zwiać gdzieś daleko od ludzi. Od wszystkich i wszystkiego.  Mam ochotę krzyczeć do jednego, czy drugiego pacana – ogarnij się, do grobu tego ze sobą nie zabierzesz! Milczę. Nawet jeśli udałby mi się przebić przez ten dziki pęd, przez ten hałas i huk społeczny codziennego życia, nie wiem, czy dotarłoby do mnie coś więcej niż mętne i roztargnione, całkiem przelotne spojrzenie mówiące „o co ci babo chodzi?”.

Chodzi mi o życie. O nic więcej. O godność jeden taki archaik – prawość. Kilka drobiazgów może jeszcze jest na tej liście, jak lojalność i szczerość z odrobiną odwagi cywilnej i odpowiedzialności za siebie w odniesieniu do drugiego człowieka. Taka tam ludzka przyzwoitość, dziś uznana społecznie za zupełnie zbędny balast… Zwykłe „Nie rób drugiemu co tobie nie miłe”. Naprawdę – nic więcej. Tak mało i aż tyle.

Padam na pysk. Nie ogarniam czasoprzestrzeni. Robotę ogarniam, ale czas jest chyba na dopalaczach i zapierdziela w takim tempie, że tego to ja już nie ogarniam. Do tego jeszcze, jak za dotknięciem czarnoksięskiej różdżki, wszelkie siły elektroniczne są przeciwko mnie i to, że komputer, czy oprogramowanie działało w dniu poprzednim bez zarzutu, to nie znaczy, że dziś będzie tak samo… znaczy to wręcz coś przeciwnego.

Jestem zmęczona psychicznie i nie tryskam dobrym humorem, a pogoda zupełnie mi go nie poprawia, gdyż chociaż dziś jest słońce, to temperatury zdecydowanie nieadekwatne do kartki w kalendarzu. Zapowiadany na weekend deszcz też mi humoru nie poprawia. Cóż, poleżę, pośpię, torta sobie zrobię i Młodemu też, i się zasłodzimy do rozpuku. Jak dwa torty zjemy to będziemy mieć do syta. Kto nam zabroni. Młody chciał bezowy, a sobie zrobię z górą pianki na bazie bitej śmietany i z owocami, jeśli uda mi się kupić jakieś świeże w tej zapyziałej dziurze przy okazji nie będąc powaloną ich ceną.

Udanego weekendu długiego, oby pogoda nam dopisała na przekór wszelkim zapowiedziom meteorologów.

wyczerpanie ogólne

2

Wczoraj, o 20 z minutami kilkoma, zmiotło mnie jak przecinek. Mało tego, już od 18 łóżko przyciągało mnie z siłą tak wielką, że blisko dwugodzinne zmagania i opieranie się tej przemożnej chęci, jest nie lada wyczynem. Tak więc, kilka minut po godzinie 20, zwyczajnie odpłynęłam. Myli się jednak ten, kto przekonany jest, że porankiem zerwałam się jak kózka, rześka i radosna. Otóż najchętniej spałabym dalej. Tak jeszcze z godzinkę lub dwie. Zwyczajnie, i ja, i mój człowiek, czujemy się zmęczeni.

Za karę mam kawę solo. Czyli czarna puszczalska bez mleka i cukru. Cukier w kawie odstawiłam jakiś czas temu, a mleko, cóż, wzięło i się na mnie wypięło, i skisło sobie w najlepsze. Choć nawet nie, nie skisło, nie zważyło się, a zwyczajnie zrobiło się gorzkie jak piołun. Bleh. Niedobroć wielka. Tym nie mniej, z wizją, że tydzień jest krótki, bieżym zasuwać dalej jako ta pszczółka, mróweczka, czy inny robaczek, bo się nic samo nie zrobi…

Po nieprzespanej nocy oraz w związku z wiatrem wiejącym za oknem, „cimno” widzę dzisiejszy dzień. Nie sądzę aby druga kawa, którą właśnie dopijam, ani trzecia, czy jeszcze kolejna pomogły. Najwyżej mi serce uszami wyskoczy od nadmiaru kofeiny.

Małe dzieci – małe problemy, duże dzieci – szlag człowieka trafia, bo małemu dziecku wytłumaczysz wszystko całkiem szybko, a duże tak się zapatrzy w kawałek plastiku, że nie ma zmiłuj.

Tym samym, Młody wychodząc wieczorem z domu, zapomniał matce powiedzieć, że wróci porankiem jasnym, co o tej porze roku bynajmniej nie oznacza dzikich nocnych godzin. Doprawdy, ja wiem ile on ma lat, jakie prawa ma jego wiek i inne takie, i ja mu nie zabraniam wychodzić, czy wracać o dziwnych godzinach, ja tylko proszę o informację, tak żebym mogła spokojnie przyjąć do wiadomości fakt, że do poranka go nie będzie i w nocy przewracać się spokojnie z boku na bok. Tym czasem termin „niedługo” oznacza jak mniemam poranek, a nie godziny około północy.  Niestety ta zmiana definicji odbyła się bez mojej świadomości.

Wrócił trzeźwy jak niemowlę, na jego szczęście. Gdyż, ale i bowiem, gdyby wrócił do tego wszystkiego pijany, to niechybnie dziś ja byłabym na urlopie, a on, wraz ze spakowaną walizką pod drzwiami ojca rodzonego. To też nie tak, że ja mu zabraniam, bo ja mu nie zabraniam. Kwestią jest uprzedzenie mnie o okolicznościach i już ot tyle razy przetestował, że powinno utkwić w głowinie, nawet jeśli ona wiecznie między chmurami i obłokami buja.

Ogólnie jednak, to chyba i tak cieszę się, że nie mam córki, bo każde wyjście do galerii, czy supermarketu, czy też przejście przez osiedle za grupką onych jeży mi włoski na karku. Przeciętna nastolatka dziś jest, jak przodujący wredny chuligan za moich czasów. Nie, nie udaje świętej, ale na litość, słownictwo i znęcanie się nad koleżankami, bynajmniej nie tylko psychiczne, wymuszenia pieniędzy mniej lub bardziej bezpośrednie (bo wydzwanianie z telefonu koleżanki, kiedy własny trzyma się w ręce) wpływa u mnie na opad szczęki. Do tego, kiedy słyszę, że u 14 – 15 latki nocuje chłopak… to mi szczęka tak opada, że zęby po podłodze zbieram. O 5 i 6-klasistkach w makijażu, którego chyba sama nie potrafiłabym wykonać, już pisałam, i o farbowaniu włosów też.

I z Młodym nie chodziło o to gdzie był i z kim, i do której, tylko o to, że NIE UPRZEDZIŁ… a to jest jego jedyny obowiązek, że ma uprzedzać o zmianie planów, bo po to do cholery qrwa płacę za doładowania, żebym wiedziała, że jest cały… jeśli ktoś myśli, że jestem nadopiekuńcza, niech wróci do notki wcześniej, gdzie pisałam, jak z kolegą A. załatwili jednego wieczoru 2 samochody tak, że oba są już zezłomowane. To, że wówczas nic im się nie stało, to cud boski… tylko jak długo jakiś anioł stróż będzie miał siłę czuwać nad ich ułańską, samochodową fantazją?

Nie da się ukryć, że wiosna ruszyła z kopyta. Ona galopuje i stara się nadrobić stracony czas. Ja lecę przez ręce. Wszyscy na około, jako te mróweczki, się krzątają, najchętniej na podwórku. Ja najchętniej zakopałabym się pod jakimś kocem i dogorywała.

Pominę takie drobne niedogodności związane z wiosną jak katar od pleśni, pyłków i innych ustrojstw. Kicham i kicham, i kicham, a jak coś połknę to jestem senna. Więc nie połykam, gdyż nawet te środki, które w ubiegłym roku się sprawdzały i nie działały potępiająco, w tym roku, magicznie zmieniły swoje właściwości i jakoś nie bardzo chcą działać. Więc kicham.

Gdyby mi kichania było mało, to mam lekką karuzelę z ciśnienia atmosferycznego, które nie jest kompatybilne  z moim organizmem. Padam jak kłoda na sam widok materaca i tracę zdolność działania, czy choćby myślenia najdalej z chwilą kiedy głowa dotyka poduszki. Nie ma mnie.

Niestety, do tych standardowych objawów wiosny, w tym roku jeszcze dołączyły inne. Znacznie bardziej niepokojące i wymagające konsultacji. Tak, zdaje się, że moja pompka ma jakieś fanaberie, ale możliwym jest, że po prostu nie chce jej się pompować wody. Więc przydałoby się sprawdzić czy to pompka mi znowu szwankuje, czy może woda to nie jest płyn jaki ona lubi tłoczyć.

Tak, tak. Łykam systematycznie witaminki, pijam soczki, jadam posiłki bogate w to i owo. Odpoczywam. No i do kitu, bo sił mam mniej niż kiedy, jeszcze kilka tygodni temu, zapieprzałam średnio po 16 godzin na dobę.

Czyli ogólnie, nic nowego. Wiosna przyszła. Muszę się zaaklimatyzować i da się żyć. Tak myślę. Mam kilka planów, które mam zamiar zrealizować, więc innej opcji nie ma. Tylko niech się mój człowiek przestawi z opcji Winter, na opcję Summer…

Właśnie mamy malownicze oberwanie chmury. Grzmi, błyska się, wieje i leje. Może i gradem rzuci albo coś. Nie bawię się tak. Miałam iść po coś do jedzenia, ale wybaczcie, napiję się piwa i udam, że głodna nie jestem.

Dlaczego piwa akurat? Gdyż tylko to posiadam na stanie w Wersalu. Wszelkie zapasy wyczerpałam przed minionymi remontami i jakoś wyszło tak, że nic nie ma… tylko 1 piwko. Zupa piwna nie jest zła. Może mało treściwa, ale jest i już.

Co poza dudniącymi grzmotami? Owocny, wyjazdowy weekend. Standardowe zagubienie się w miejscu tymże samym co zawsze. Tradycja już to widać być musi i już. Fotek nie będzie gdyż Młodemu się aparatu nie pamiętałoby zabrać, a ja nie mam weny do zdjęć ostatnio. Do tego deprymujący Młody oraz malowanie Wersalowych ścian. Kuchnia za mną.

czytaj dalej…


  • RSS