Przez całą sobotę niebo i świat jakby nabierał w siebie tego puchu. Wszystko było jednym wielkim zawieszeniem i oczekiwaniem. Chmury przykrywały niebo ciężka i nabrzmiałą warstwą. Lekki mróz trzymał w garści ziemię przygotowującą ją na to co dopiero miało nadejść. Wieczorem lekki wiatr pogonił resztki jesieni. Noc przyniosła zawodzenie wiatru w kominie, który obiecywał zmianę. Nad niedzielną, poranną kawą zapatrzyłam się w okno dostrzegając pierwsze płatki bieli wirujące w przestrzeni w dziwnym tańcu, do którego nikt nie zna kroków, a jednak nikt się nie myli. Opadały powoli i nieśpiesznie na lekko zmrożoną ziemię. Wszystko w umiarze, wszystko spokojnie, wszystko powoli i z jakimś takim majestatem.

Dziś poranek zupełnie, jak z bajki. Na kilka chwil słońce znalazło prześwit w śnieżnych chmurach oświetlając pięknie przybraną świeżą bielą przyrodę. Zawsze taki widok jest dla mnie czymś niesamowitym, ulotnie pięknym, a dziś, kiedy gra światła dodawała refleksy w kolorach sepii na wszem ogarniającej bieli, po prostu się rozpłynęłam. Gdyby nie to, że jest grudzień, że z roboty mnie nie widać, to machnęłabym na robotę i na kilka innych spraw ręką, zabrałabym perełkę i poszła w śnieżne pola przed siebie.

Takiego poranka nie da się zaplanować. Nie da się przewidzieć światła, puchu i ciszy. Wszystko wyglądało jak na świątecznych pocztówkach z wigilijnych obrazków, a przecież to nie wieczór, tylko poranek i do świąt jeszcze trzy tygodnie… tylko trzy tygodnie… jak ten czas nieubłaganie pędzi.