demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: zima

Przez całą sobotę niebo i świat jakby nabierał w siebie tego puchu. Wszystko było jednym wielkim zawieszeniem i oczekiwaniem. Chmury przykrywały niebo ciężka i nabrzmiałą warstwą. Lekki mróz trzymał w garści ziemię przygotowującą ją na to co dopiero miało nadejść. Wieczorem lekki wiatr pogonił resztki jesieni. Noc przyniosła zawodzenie wiatru w kominie, który obiecywał zmianę. Nad niedzielną, poranną kawą zapatrzyłam się w okno dostrzegając pierwsze płatki bieli wirujące w przestrzeni w dziwnym tańcu, do którego nikt nie zna kroków, a jednak nikt się nie myli. Opadały powoli i nieśpiesznie na lekko zmrożoną ziemię. Wszystko w umiarze, wszystko spokojnie, wszystko powoli i z jakimś takim majestatem.

Dziś poranek zupełnie, jak z bajki. Na kilka chwil słońce znalazło prześwit w śnieżnych chmurach oświetlając pięknie przybraną świeżą bielą przyrodę. Zawsze taki widok jest dla mnie czymś niesamowitym, ulotnie pięknym, a dziś, kiedy gra światła dodawała refleksy w kolorach sepii na wszem ogarniającej bieli, po prostu się rozpłynęłam. Gdyby nie to, że jest grudzień, że z roboty mnie nie widać, to machnęłabym na robotę i na kilka innych spraw ręką, zabrałabym perełkę i poszła w śnieżne pola przed siebie.

Takiego poranka nie da się zaplanować. Nie da się przewidzieć światła, puchu i ciszy. Wszystko wyglądało jak na świątecznych pocztówkach z wigilijnych obrazków, a przecież to nie wieczór, tylko poranek i do świąt jeszcze trzy tygodnie… tylko trzy tygodnie… jak ten czas nieubłaganie pędzi.

wczoraj przyszła zima

12

Zdecydowanie jesień należy pożegnać już w tym roku. Poprzedni weekend był ostatnim przyjemnym, a miniony był paskudny. W prawdzie u nas orkan niespecjalnie narozrabiał i miał mniejszą siłę niż przeciętny halny, ale zacinający deszcz i zimy wiatr nie nastrajały do wychodzenia spod kocyka. Wczoraj towarzystwo deszczu zostało zamienione na nieco mniej przyjemną wersję opadów. Mamy za sobą pierwszą śnieżycę w tym roku. Na razie śnieg zszedł, co najwyżej wyższe rejony Beskidu niskiego były porankiem lekko przyprószone i wyglądały niczym po-pudrowane cukrem pączki.

Ostatnio brakuje mi nieco czasu na pisanie (o przyczynie braku czasu będzie innym razem), a i na myślenie nie mam go za wiele. Niestety określenie „nie za wiele” to jednak za mało jest, a raczej – nadal za dużo czasu. Choć zdecydowanie odnotowuję poprawę w zakresie ilości durnych pomysłów i durnych pokus. Spokojnie, ani durne pomysły nikomu nie szkodzą, ani durne pokusy (najczęściej wiążące się z niewychodzeniem z kuchni i objadaniem się rzeczami uznanymi dotychczas jako „niejadalne” … tak, zdecydowanie tymi mało zdrowymi). Nie zmienia to stanu rzeczy, zgodnie z którym, mam obecnie niepohamowany apetyt na orzechy ziemne, czy też jakiekolwiek inne, które wpadną mi przypadkiem w rękę. pochłaniam w każdych ilościach.

Tak więc dzień mija mi za dniem w tempie niesamowitym, od czasu do czasu dając wolne popołudnie lub dzień, dzięki czemu łapię oddech i oglądam głupie seriale dla nastolatek. Jestem w pędzie i chyba to odpowiada mojemu organizmowi. Przestój, kojarzy mi się ze stagnacją. Przestój to coś zgoła odmiennego od spokoju. Spokój można odnaleźć również w pędzie. Jutro za to będzie czas na zatrzymanie się, na to by może pomyśleć o czymś, czego unika się na co dzień. Popatrzeć na to co za mną, co przede mną, i co przed każdym z nas. Powspominać tych wszystkich, których już tutaj nie ma, a których niestety z każdym rokiem przybywa, porozmawiać z tymi którzy są, a którzy może kiedyś wspominać będą nas…

luty pędzi przed siebie

4

Nadal miewam sny co najmniej dziwne. Minionej nocy np. z koleżanką A. byłyśmy na festiwalu wina… w naszej parafii. Mało tego były tam, po za winem, również różne drobiazgi z antycznej Grecji, w ramach wystawy… choć wina były zdecydowanie włoskie. Gdyby tego jednak było mało, to kiedy my z A. już opuszczałyśmy owo miejsce, to pojawiła się niejaka Frotka. Frotka, której nigdy nie widziałam na oczy, była mojego wzrostu i zbliżonej, choć nieco obecnie mniejszej, gabarytury. Zakrzyknęłam na jej widok, że to kłamstwo jest podawać się za osobę grubą, kiedy jest się chudą, i że ja chętnie chciałabym obecnie być tak samo chuda jak ona jest obecnie gruba. Po tej wymianie dezaprobaty co do opisów własnych Frotki, zupełnie niezgodnych z rzeczywistością, pośmiałyśmy się na bliżej nie określone lub niezapamiętane ze snu tematy, po czym wskazałyśmy jej ową wystawę z festiwalem win, gdyż właśnie w celu odwiedzenia tego wydarzenia Frotka pojawiła się w moich okolicach, czyli z lekka na drugim końcu kraju, z tego co się orientuję. Gdyż osobiście to choć czytamy się od wielu lat, no dobra, ja czytam frotkę, a czy ona mnie – trudno określić, to się nie znamy. No i bądź tu mądry i się kładź spokojnie spać człowieku.

Nie o tym jednak chciałam, chciałam dziś obrazki pokazać, poza kolejnością, takie najmłodsze z ostatnich dni mroźnych tuż przed pojawieniem się tej paskudnej odwilży, która przyniosła nam breję okropną. To tak, na pokazanie, że stojąc w jednym miejscu, można całkiem sporo zobaczyć, a już na pewno można patrzeć jak wszystko się zmienia, choć zdawałoby się, że nie zmienia się nic – kwestia punktu odniesienia…

Normalnie to nie wiem gdzie ten styczeń mignął i śmignął, i odszedł już prawie w archiwum. Jednak widać jakieś światełko w tunelu. Na razie tylko jakieś, ale to już jest coś. To jakieś światełko, to ubywająca sterta sprawozdań terminowych. Właśnie też poszło w świat to które zawsze mnie drażni niepomiernie, gdyż są tam dwie tabele, które dzieli zawierają dokładnie te same dane, ale zabawa tkwi w szczegółach takich jak to co rozumiane jest pod pojęciem „ogółem” – zupełnie różne w obu przypadkach… oraz takich drobnych szczegółach jak całościowe ujęcie danych oraz rozbicie na wiek, płeć i status zatrudnienia… a żeby było ciekawiej – ma być zgodne z tym co zawiera zupełnie, ale to zupełnie inne i nie związane z tym wymysłem, sprawozdanie „RBmilionktóreś” tyle, że… diabeł tkwi w szczegółach, a imię jego Szczegół i zaokrąglenie. Co ja się zawsze namodlę nad tymi zaokrągleniami, to moje. Egzorcyzmy prawie odprawiam, gdyż żadne zasady matematyki tutaj nie działają i w jednej linijce jest dobrze zaokrąglić w górę, choć w dół powinno być, a w drugiej na odwrót…  całe szczęście, że fusów do wróżenia co w której kratce jest właściwie, stosować nie muszę, gdyż za fusy owe wiersze sumy robią znakomicie. Jak zaokrąglam po innemu niż ichniejsze to mi wyskakuje tyle miejsce po przecinku, że o ja ciebie nie mogę, i oczy od patrzenia na ten maczek boleć zaczynają, a do ubiegłego roku to bestia tylko łykała 2 miejsca po przecinku, wszystko inne wywalając jako błąd danych. Wzdech. Teraz niby mniej głupich błędów wyrzuca, ale upierdliwość z zaokrąglaniem wedle własnego systemu niezbadanego pozostała.

Tym czasem ferie minęły i śmignęły, co widać na drodze i w drodze do pracy, gdyż nagle z cichego o poranku mroźnym miasteczka, rwetes niejaki się obudził, i drożdżówkę ulubioną znowu muszę kupować na zasadzie, albo wyjdę przed dzieciarnią i kupię, albo smakiem się obejdę. To obchodzenie się smakiem nie byłoby znowu takie głupie i złe, gdyż chętnie oddam z 4 – 5 kg co to je sobie wyhodowałam.

Trzymajcie się ciepło. Nie wiem jak u was, ale u mnie nadal mrozi. W sumie to jest mi to głęboko obojętne. Czapa na głowę, szalik dwa razy na około szyi i tylko widok gołych kostek u licealistek przyprawia mnie o dreszcze i uczucie chłodu. Za dziesięć lat płakać rzewnie większość z nich będzie, gdy kosteczki będą bolały i stawy będą chrupały… Jako i Sister chrumka obecnie i wspomina, że jednak gole nery były nadmiarem fantazji, i moda głupia była gdy ona do liceum chodziła… a zdawało się i mnie i Matce Rodzicielce, że głupota, wróć gołota Sister nigdy nie minie… kilka lat minęło i proszę – nerki schowane, czapa na głowie… i inne takie.

W końcu się doczekałam końca remontów w Wersalu. Teraz jednak czeka mnie sprzątanie przez kilka dni co najmniej i wnoszenie poprawek autorskich, oraz ponowne prześciganie majstra, który tak wieszał karnisz, że spierdolił robotę. O nie założonej lampie wspominać nie będę, choć przyznam, że zwyczajnie to boję się otworzyć pudło z kloszem, gdyż sam sznur od lampy wisi… takie częściowe wieszanie lampy raczej słabo rokuje. Oczywiście jest jeszcze kilka niedoróbek, które mnie doprowadzają do szaleństwa, ale ćwiczę zen. Mam świadomość, że kilka z tych niedoróbek najprawdopodobniej zupełnie nie rzuciłyby się innym w oczy, ale mnie się rzuciły.

Doprawdy, nie pojmuję, jak to jest, że w tak pustym mieszkaniu, jest tyle do sprzątania. To taki ewenement, który odwiecznie mnie zadziwia. Nim człowiek skończy sprzątać z jednej strony to z drugiej musi zaczynać od nowa, i tak w koło Macieju.

Do tego odzwyczaiłam się od tego łóżka i od poduszek spadających za łóżko. Zdecydowanie mam już listę wydatków gotową na kilka najbliższych wolnych złotówek do zagospodarowania lub… na pogłębienie mojego związku intymnego z bankiem, bo bez pralki, szerszego materaca i szafy to ja dziękuję i wolę jeździć na Włości, gdyż męczarnia to jest, i bajzel i normalnie porażka jakaś. Od szafy pewnie zacznę swoją rozpustę wydatkową. Mam już taka jedną nawet upatrzoną. Zaraz, za szafą, w kolejce stoi pralka, gdyż wożenie tam i na zada łachów przez minione lata zwyczajnie mnie znużyło i sensu większego to nie ma. Tym bardziej, że pralka na Włościach jest kapryśna i strzela czasem focha, a ostatnio chyba zaczyna grzechotać łożyskami. Wozić grata mija się z celem. To, że trzecie miejsce zajmuje materac, to oczywista oczywistość i doprawdy musiałam mocno się w sobie zebrać, aby zepchnąć go dopiero na trzecią pozycję. Tak, przez pewien czas był na pozycji pierwszej, przeważyło jednak praktyczne podejście, gdyż jedyną wadą obecnego materaca jest jego szerokość. Jakość ma dobrą, tylko wąski jest.

Tak więc zima sobie jest jak była, mrozik trzyma raz większy raz mniejszy, śnieg jak napadał tak jest. Młody Tico wysłał do Ticowego nieba. Znaczy się po prostu zrobił mu takie kuku, że nie opłaca się go leczyć. Szkoda mi tej kasy, która raptem 2 tygodnie temu w nie włożyłam, ale naprawiać go nie będę. Z topieniem kasy w samochodach też trzeba wiedzieć kiedy przestać. Wkładanie za naprawę więcej niż auto jest warte to głupota, dopuszczalna jedynie w przypadku aut kultowych (taki na przykład Ford Mustang albo inne coś), a nie gracika. Tak więc Młody w końcu ma swój chrzest kierowcy za sobą, i albo teraz się nauczy jeździć rozumnie, albo niech mnie nie miesza do swoich samochodowych poczynań.

Tak więc życie się toczy dalej nie zważając nawet jakoś szczególnie na nasze chcenia, czy nie chcenia, dając nam czasem trochę dobrych rzeczy, a czasem trochę kopiąc w dupę.

Doprawdy sama już nie wiem co jest gorsze w zimie: mróz, czy wiatr? Obstawiam jednak, że wiatr, zwłaszcza gdy przynosi lekkie ocieplenie po kilku dniach prawie siarczystych mrozów. Dzięki takim fanaberiom pogodowym to mamy taką ładną pogodę jak dzisiaj. Jest to pogoda ściśle podkocykowa, tylko dla tych co mają silne nerwy pozwalające im spokojnie siedzieć na czterech literach i oglądać te cuda natury przez okno. Jeśli cztery litery ich swędzą do spółki z kończynami dolnymi, a w kudłatej się kotłuje i biorą się takie osoby do wyjazdów to… muszą się uzbroić w cierpliwość oraz kilka kilogramów w bagażniku na dociążenie auta. Najlepiej to te kilogramy zabrać z nogi trzymanej na gazie, bo z gazem to leciuteńko trzeba, oj leciuteńko, ale pewnie, a o hamulcu – radzę zupełnie zapomnieć i przypomnieć sobie jak się jeździ powoli, a zatrzymuje w gruncie rzeczy hamując spadkiem silnika… czyli noga z gazu. O tym, że wykonywanie jakichkolwiek gwałtownych ruchów kierownicą, sprzęgłem, gazem, czy hamulcem jest skrajną głupotą pisać chyba nie muszę.

Otóż, mamy na drodze LODOWISKO!

Po kilku dniach mrozów, ziemia zamarzła na tyle, że zajmie jej kilka dni nim odda skumulowany mrozik. Nie bez kozery te kilka dni z -20 i trochę jeszcze więcej dało nam w kość. Dało w kość i poszło, ale pamiątkę zimową zostawiło. No i to, że temperatura powietrza obecnie to jakieś -3 stopnie, to temperatura gruntu… -13 jak nic, a może i jeszcze więcej na minusie. Asfalt zamienił się w lodowisko, zwłaszcza, że sypanie solą przez służby utrzymania ruchu na drogach mijało się z celem, gdyż całą sól wiatr zwiewał poza jezdnię, to przecież… można lać solanką. Teoretycznie poziom zamarzania takiej solanki to okolice -20… ale nie oszukujmy się, taki roztwór niszczy beczki w tempie ekspresowym, a więc ten lany na drogę, taką koncentrację jaka mieć powinien osiąga sporadycznie. To co leją po drogach, z obserwacji moich wynika, że przy -10 radzi sobie kiepsko, a nawet miejscami bardzo kiepsko. Tak więc mamy zamarzniętą ziemię, polaną solanką, nie, że dzisiaj, ale „wczora z wieczora” to czemu nie? Fajnie jest. No cóż, miało „wyschnąć” a zamarzło. Niedobre takie.

Dorzućmy do tego jeszcze boczny wiatr. Średnio silny, ale z nierównymi podmuchami. No i co? No i tutaj przydają się te dodatkowe kilogramy w bagażniku. Wyjeżdżanie w taką pogodę dostawczakami z pieczywem – fantazja właścicieli piekarni nie zna granic, a reszta… powinna nauczy się piec chleb w domu. Nie żeby na co dzień, ale na takie dni, jak dziś, się ta umiejętność całkiem przydaje. Wysoka  paka transportowa i przewożenie lekkich towarów w niej… cóż, to idealny żagiel. Gdyby jeszcze wiatr wiał w „plecy” możnaby było zaoszczędzić na paliwie, ale tak dobrze nie ma niestety. Wiatr wieje z boczku prawego, a czasem, za dwa zakręty dalej, z lewego i później znowu z prawego… rowów ci u nas dostatek.

Podziwiam jeszcze tych wszystkich mijanych porankiem na trasie kursantowiczów i ich instruktorów. To dopiero jest ułańska fantazja żeby niedoświadczonego kierowcę na lodowisko z wiatrem i zaspami zabierać. Choć z drugiej strony, taka „zielona łączka” nie ma doświadczenia, nie ma porównania, więc po prostu jedzie… byleby nie musiała hamować, to dojedzie… bo nie daj boże dzisiaj hamować gwałtownie… Nawet ABS, ani inne systemy wszelkie się na wile nie zdadzą, ani treningi na matach poślizgowych i placach do nauki wychodzenia z poślizgów… dlaczego? Z tej jednej prostej przy czym, że na placu, czy macie jesteście sami lub prawie sami ze swoimi 4 kółkami, a na drodze, węższej, posiadającej rowy po obu stronach, są jeszcze inni użytkownicy, inne samochody, inni kierowcy…

No i dodam na koniec, że następnym razem, jeśli po przebudzeniu przejdzie mi przez myśl słowo „URLOP” to nie zawaham się go użyć! Usiądę sobie wówczas przy kaloryferze, w ciepłym sweterku, z kubkiem kakao w ręce i będę sobie podziwiać zawieje i zamiecie z okna stacjonarnego domostwa, anie będę się przebijać przez przewidywane i całkiem spodziewane niespodzianki zimowej aury.

P.S. Tu już tylko 2 uczestników, a było ich w sumie jeszcze 2, ale gdyby się komuś nudziło, to jeszcze 2 dołączyło… STRAŻACY śpieszcie się powoli i nie demolujcie karetek… a jeszcze dodam, że na ten widok, tico zatańczyło radosnego pirueta na jezdni… ale do wesołej ferajny nie dołączyło… więc pojechaliśmy sobie dalej, Ja i Tico, i dotarliśmy do pracy, mijając po drodze jeszcze inne widoki około drogowe.


  • RSS