Zwyczajnie – wyżreć z lodówki lub z szafki coś co termin ważności ma w głębokim poważaniu i żyje właśnie trzecim życiem. Dodając do tego drobny szczegół w postaci humorzastego żołądka. Tak więc w ramach fantazji (i wyjadania z lodówki różności, bez sprawdzania terminów przydatności do spożycia), nie pomna na to co dohtory mówiły (dieta lekkostrawna, produkty jak najmniej przetworzone oraz częściej i w małych ilościach), nażarłam się tego co wpadło mi w ręce i jeszcze samo nie uciekało. Dziś trzeci dzień kiedy moje flaczki mają ochotę mnie udusić. Dobrze, że nie potrafią wyjść ze mnie na zewnątrz, bo zważywszy na to ile metrów flaczków ma każdy z nas, to duszenie mogłoby być bardzo efektowne i mocno widowiskowe… nie mniej jednak, od środka też radzą sobie niezgorzej. Mogłabym rozważać, czy to nie jakiś rotek, ale nie… nie tą razą. Zaleta jest tego taka, że mam posprzątaną lodówkę na włościach i część szafek, a przy okazji się nażarłam. Jednak, nim ten niecny czyn popełniłam (a skłonności do tego rodzaju zachowań destrukcyjnych mam widocznie genetyczne po Matce Rodzicielce, którą notorycznie pilnujemy przed „dojadaniem” resztek), to poszłam sobie byłam, z niejaką A., na szybkie łapanie tego co jeszcze w tej jesieni jest do złapania. Raptem prawie „za dom”, blisko, bliziutko, prawie za bramę, no może rzut beretem dalej, a jednak i tak przyjemnie dla oka.