demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: zakupy

* * *

22

Młody dziś ma 21 urodziny. Kiedy ten czas minął, tego nie wiem. Teraz to już wszystko się zdarzyć może. Niech się mu układa i niech spełniają się jego marzenia, te duże i te małe. Zwłaszcza, że jego marzenia są realne i zupełnie realne do realizacji, choć nadal mu wiatr w oczy czasem wieje w tej kwestii (zwyczajnie jakoś ma problem z tym by zostać operatorem koparko-ładowarki, a to marzenie ma od dzieciństwa, ma nawet uprawnienia, ale to wszystko to jak widać nie dość – więc niech kiedyś będzie go stać by kupić samemu sobie tą koparkę, choćby po to by stała i zagracała ogródek, ale by mógł sobie w niej posiedzieć i pojeździć gdy będzie taka potrzeba).

Właśnie dziś, zaraz po złożeniu syneczkowi życzeń, drogą kupna internetowego, nabyłam sobie lodówkę. W końcu. Czas był po temu najwyższy. Tak więc, po długim weekendzie będę mogła upajać się jej widokiem i działaniem. Czyli spokojnie, będę mogła sobie wepchnąć do niej kilka różnych smakołyków, które zdecydowanie lepiej czują się w lodówce niż bez. Miał być Bosch, jest Whirlpoole. 200 PLNów różnicy w cenie, akurat będzie do dołożenia za naprawę pralki. Szczerze, to wolałabym wyjechać na wczasy, ale to może w przyszłym roku… a tymczasem, niepostrzeżenie i zupełnie bez mojej zgody.

Nim się człowiek oglądnie to już kolejny miesiąc ucieka nie wiedzieć gdzie i po co, a już zupełnie nie wiadomo dlaczego on tak ucieka. Więc biegną sobie tak miesiąc, za miesiącem, a człowiek, zamknięty w swoim schowku na mopy, nawet niewiele z tego widzi, bo okno w dachu, jedyny promyk światłości, za sobą ma w widoku jedynie drzewa iglaste, które dokładnie tę sama postać mają, bez względu na miesiąc i to do jakiej pory roku jest on przypisany. Każdy dzień taki sam więc w schowku na mopy i tylko papierologia comiesięczna, powtarzająca świadczy o upływie czasu oraz konieczność płacenia rachunków.

No i tutaj niejaki problem się pojawił, bo zdaje się gdzieś upchnęłam rachunek za gaz, niby jest zapłacony, ale w systemie bankowym nie widzę aby owa płatność była dokonana, w elektronicznym e-boku dostawcy brak jest jakichkolwiek zaszłości nieopłaconych, więc co jest – krasnoludki zapłaciły za mój gaz w lipcu? Jak juz chciały mi pomóc, to mogły może raczej czynsz zapłacić, albo ratę kredytu tego, czy owego. Z drugiej strony, to i tak, dobrze, że nie za prąd zapłaciły, tylko za gaz, bo za prąd drodzy państwo to ja na razie dobijam rachunkiem do 15 – 16 PLNów na miesiąc. Zdaje się, że niedługo się to zmieni, ale na ten czas to właśnie były to maksymalne kwoty moich prądowych rachunków. Wracając jednak do rzeczonego gazowego nakazu opłat – to zupełnie nie wiem czy mam raba robić, czy uruchomić sobie elektroniczną wersję faktury… gdyby ta elektroniczna wersja miała wpływ na obniżenie wysokości opłat stałych i administracyjnych to pewnie bym się zdecydowała,m ale skoro i tak je płacić trzeba w pełnej wysokości – to niech coś mam z tego – kawałek papieru i doręczenie do skrzynki osobistej. A co, kto bogatemu zabroni, w końcu za to płacę! To niech donoszą te koperty przynajmniej na czas, a nie, że człowiek się zastanawia o co chodzi i jakie czary mary się podziały.

Następne czary mary przede mną, za kilka dni, kiedy przyjdzie faktura za telefony, gdyż okazało się, że mam nadpłatę zaksięgowaną (tak mi się wydawało kiedyś, że tę samą fakturkę ze 2 razy zapłaciłam, albo coś… innego na nie to konto, na które powinnam, bo i tak miewam), będę musiała ogarnąć co jest czym w tej fakturze. Niestety faktury telefoniczne bywają opisana dosyć enigmatycznie. Choć przyznam, że w mojej sieci jest to bardziej przejrzyste, niż w różowym i fioletowym konkurencie. Pomarańczowych faktur nie oglądałam, więc nie wiem jak to u nich jest. Nie mniej, będę miała mały szyfrogram, gdyż, nadpłata nie będzie obejmować czegoś tam, a tylko coś tam, a do tego jedną wartość w niepełnej kwocie i różnicę należało będzie dopłacić. Geniusz ze mnie – nie zapisałam sobie wysokości posiadanej nadpłaty, a… nie mogę się zalogować na e-boka bo…se kurde namieszałam pomiędzy hasłami numerami telefonów i diabli wiedzą czym jeszcze ustawiając milion pięćset przekierowań oraz łączenie usług. Sama ja sobie to zrobiłam, nikt mi nie pomagał. Zdalnie i internetowo sobie to zrobiłam, i wszystko ładnie sobie zanotowałam, po czym… notatki trafiły do bliżej nieokreślonego świata równoległego, gdzie zapewne żyją własnym życiem mając mnie w głębokim poważaniu.

Do kompletu zaś dorzucam sobie aukcje internetową, którą wystawca skopał i podał nieprawdziwy koszt przesyłki, a następnie w mejlu domaga się faktycznego jakiegoś kosztu. Sorry Gienia, świat się zmienia. Ze mną się można zawsze dogadać, ale nie widzą konieczności płacenia 15 PLNów za kuriera dla przesyłki o wartości 9,50 PLNów, gdzie koszt poczty polskiej byłby dla listu poleconego 6,20 PLNów (dla zwykłego, a taki by wystarczył to raptem 2,60 PLNów), nie wspomnę, że dostawa do kiosku ruchu to raptem… 2 PLNy. Niech się buja z takim kombinowaniem, albo niech zacznie opisywać aukcje zgodnie z tym, jak dokonuje przesyłki na prawdę, a nie na podstawie listy pobożnych życzeń. No i ja na prawdę rozumiem, że sezon urlopowy, że gorąco, że się nie chce, albo coś – ale w takim układzie nie wypisuję bzdur, typu opłata 0,00 lub 4,50 PLNy… a później w @ krzyczę, że to 15 PLNów. Ludzie mają fantazję, albo też raczej całkowity brak wyobraźni…

Jest okrutny i dojmujący. Ceny bywają powalające, albo z choinki urwane, a do tego zazwyczaj nie ma tego co akurat sobie człowiek wymyślił, i co akurat człowiek chciałby kupić, bo zazwyczaj jest to po prostu, w najlepszym razie, coś innego lub zwyczajnie za wielkiego do metrażu przewidzianego do meblowania. Jakość gotowców zazwyczaj koreluje z ich ceną, ale z drugiej strony, założenie jest takie, że nic nie jest na zawsze, więc jak się rozpadnie, to kupię nowe. Z jakością zamówionych sprzętów jest nieco lepiej, ale i cena nieco wyższa. zamawianie ma tę racje bytu, że można pogrymasić, że chce różowe, albo niebieskie, albo zielone i koniecznie 5 cm krótsze, wyższe, szersze, dłuższe (wybrać właściwe wedle własnej potrzeby lub możliwości). Przechodząc jednak do rzeczy.

Od jakiegoś czasu poszukuję różnych sprzętów. Nieco rozczarowana (jednak w przedziale uprzednio zakładalnym i dopuszczalnym) materacem, doszłam do wniosku, że zakup narożnika jednak omijał będzie Internety. Niestety okazało się, że będzie omijał również markety z meblami, gdyż ten za szeroki, ten z jednym pojemnikiem, ten w niewłaściwym kolorze, ten… oj długo i dużo można by. Oj. Potupałam i zamówiłam zrobienie. Będzie za tydzień. Ło matko – tak już? No bo w marketach to czas realizacji nawet do 5 tygodni… Ło matko, ale ja na zaliczkę nie ma – dobra, da pani co pani ma, a jak nie ma to zapłaci całość przy odbiorze. Ło matko – a wniesiecie mi na górę? Wniesiecie.

Tak więc za tydzień będę posiadaczką narożnika w wybranym przez siebie kolorze, bez boczków i innych szmerów bajerów, a za to będę szczuplejsza o sporo gotówki. Jak nic, na trawie będę musiała oprzeć swoją dietę. Pokrzywy takie dorodne, więc jakoś dam radę. Krwawnik jeszcze też sensowny. Szczaw rośnie na łące. Ogarnę to jakoś, gdyż skoro pozbyłam się piniądzorów, to mam wrażenie, że owa wycieczka co to pod znakiem zapytania urlopowo stoi, nagle okaże się, że się odbędzie. O tym, że lodówka gdzieś jeszcze między czasie może wypłynąć, też pewna jestem, bo wiecie – tak to jest, że wszystko na raz i człowiek się zastanawia jak to pogodzić, i później się okazuje, że się da pogodzić, może na styk i na grubość włosa, ale się da – i ile satysfakcji człowiek ma że sobie poradził?! Tak więc mam wrażenie, że kilka wyzwań logistycznych w najbliższych tygodniach mocno przede mną. Dam radę. Jak zawsze.

dylematy Pani domu…

11

Rany to już trzynasta, a ja nie wiem w co ręce włożyć. Pewnie pod „pachi” przynajmniej mi paluszki nie zmarzną.

Poważniej, to zaraz nie będzie miało mi co marznąć, gdyż sobie je rozpuszczę, te paluszki, w wodzie, w ramach pińcetfyfnastego mysia wszystkiego po kolei, co do mycia się nadaje i tego co niekoniecznie się nadaje to też.

Pomiędzy tymi myciami i sprzątaniem to chadzam do pracy, a skoro chadzam, to nad śniadaniem się obijam. Obijając się to patrzał na pralki, bo tak sobie myślę, że po prostu znudziło mi się wożenie bambetli we dwie strony świata. Remonty pokończone, to czas powoli i meblunek inwestować. Bardzo powoli. Jednak, ta pralka mi spokoju nie daje. Nie żebym zaraz po nocach nie spała albo co. Zwyczajnie, jak patrzę na moją torbeczkę po trzyletnim użytkowaniu, to mam jej dosyć. Wszelkie pakowania mi przez to obrzydły i ruszać w świat mi się nie chce. Mam za to niewątpliwie pakowanie strategiczne opanowane do perfekcji. Nie oznacza to, że umiem zapakować tylko potrzebne rzeczy. Jestem kobietą, potrzebuję trochę luksusu i kilka drobiazgów do wyboru… pogoda się może zmienić przecież, mój nastrój może się zmienić, okoliczność przyrody też mogą się zmienić! Wszystko się może zmienić i na to wszystko, jak przystaje na kobietę, muszę być gotowa.

Wracając jednak do sedna. Czyli do pralki. To ilość miejsca jaką mogę naprawkę zagospodarować bardzo współgra z moim budżetem. Zastanawiam się nad Beko i nad Candy. Darować sobie można pouczenia, że to szajs jest, gdyż obecnie wszystko jest szajs, a do tego Candy mam i sobie chwalę. Wytrzymuje sporo. Producent byłby doprawdy zaskoczony. Ja też bywam. Owszem, poczęstowała mnie wodą wyplutą na łazienkę ze dwa razy, ale to już moja wina jest, gdyż czasem wypadałoby jej odpływ przeczyścić lub filtr oraz nie wcinać w gumę sznurków od kaptura bluzy Młodego… zdecydowanie lepiej byśmy się zapewne dogadywały, gdybym jej takich numerów nie robiła. Jej zaletą jest jej rozmiar. Wetknę ją w dziurę i o rury nie zawadzać nie będzie. To jest coś. Przy jej głębokości uda mi się też otworzyć drzwiczki od szafki z umywalki lub od pralki bez zdolności człowieka gumy. Beko są nieco głębsze, ale zniosę to i ja, i łazienka. Ilość zużywanej wody i energii w wybranych modelach zbliżona, różnica w cenie 150 PLNów. Czas trwania cyklu standardowego (bawełna 60 stopni) między 160 – 175 min., więc też żaden szał rozrzutności.

Decyzja rozbija się pomiędzy 4 modelami o zbliżonych parametrach i całkiem zbliżonej cenie. Normalnie chyba musze jakiś system losowania opracować, bo z decyzją ciężko jest… w sumie… to gdybym mogła je dotknąć i pomacać, w bęben im pozaglądać byłoby prościej, niestety w tej mojej wsi to nie przywożą „połówek” pralek… tylko pod zamówienie… a ja się zastanawiam, czy reszta ludzi na moim osiedlu to robi pranie, czy tylko wietrzy wszystko na balkonie. No pomijając moich sąsiadów, bo wirowanie w ich łazienkach słychać jednak u mnie. Tylko co oni za pralki tam powtykali, skoro kurcze wszystkie łazienki są u nas rozmiarów mini i standardowe 50cm+ jest aranżacyjnym wyzwaniem, choćby już na poziomie futryny w drzwiach…

Mokro jest. Pada i pada. Leje i leje. Do tego zimno się zrobiło. W Zakopcu śnieg pada podobno. Oj pewnie nawet nie podobno, a na pewno, bo go u nas czuć. W powietrzu go czuć. Wczorajszy poranek był chłodny, ale do zniesienia. Dzisiejszy poranek był mokry i ostro zimny. Taki ostro śniegowo zimny. Nie marudziłabym zupełnie w temacie, gdyby nie ta woda, a nawet hektolitry wody co to się z góry leją. Nie wiem, czy tam ktoś u licha o kranie niezakręconym zapomniał? Jakąś awarię rurociągu mają w niebie, czy jak? Normalnie rzeki i strumyki w okolicy się nam buntują, niektóre się lokalnie już wczoraj pobuntowały, a reszta, pewnie dalej kolejno będzie się dołączać, zwłaszcza, że padanie zapowiedziane jest do końca weekendu. Trudno. Samochodu nie mam i żyję. Łódki też nie mam, więc pewnie też przeżyję.

Nie o tym dziś jednak chciałam. Prozaicznie dziś ma być, a tytuł powinnam wrzucić w okolicach: „terebunie, i nie tylko, po 2 PLNy”. Zmora prosiła, to dostanie obrazki. Oczywiście to nie jest tak, że idziesz i na pewno za 2 PLNy uda się wygrzebać coś fajnego. Nie, fajne torebunie się zdarzają. Choć akurat są osoby, które twierdzą, że mnie się zdarzają kiedy są mi potrzebne. No i w sumie mają rację, tyle, że to długa historia jak się to dzieje. Wracając do torebuniek moich. Oczywiście, że nie będą to wszystkie jakie mam. Mam ich zdecydowanie zbyt wiele i nabywanych w różnych okolicznościach przyrody. Cóż, lubię czasem jakąś przygarnąć lub zaadoptować. Do rzeczy!

Nabytek z ubiegłego roku – czyli jesień 2015

… a to już zdobycze tegoroczne. Letnie polowanie zakończyło się… Barceloną… no może kiedyś, kto wie… na wszystko w życiu przychodzi czas. Koniec lipca lub początek sierpnia zapolowany.

Oraz, oczywiście, sedno dzisiejszego programu. Najnowszy nabytek, z ubiegłego tygodnia. Nieco mniejszy niż poprzednie dwa egzemplarze. Mniejszość rozmiaru nie jest wadą, a zaletą. Pół litra na pewno się zmieści, a jak się dobrze pokombinuje, to może i dwie półlitrówki… no co – kiedyś, w innym życiu, zanim człowiek zasiadł na domowej kanapie, to musiał mieć praktyczne utorbienie…

Oraz dodatek do powyższej torebuni, również za oszałamiające 2 PLNy.

pomieszanie z poplątaniem

16

Trochę inny był plan na miniony weekend, ale cóż, kolega A. został w piątek dziadkiem, więc czas pracy nam się wydłużył znacząco. W każdym bądź razie, do domu dotarłam około wpół do pierwszej w nocy. Nie żeby trzeźwa jak świnia, ale jednak całkiem pijana również bynajmniej nie. Tym bardziej byłam zdziwiona niejako sobotnim samopoczuciem, gdyż wstałam i było spoko, ale… później mnie samopoczucie nagle się zmieniło. Sę myślę, ki pieron, kac jakiś spóźniony, się nagle zrobił, czy jak. Niby nie kac, ale samopoczucie do kiszki. Powoli rozchodziłam dziada. Dziś się okazało, że niektóre osoby rota wirusika mają… znać mój organizm tylko się temu polskiemu roześmiał w twarz i pokrył niepamięcią jego obecność. Niemieckie rotki to są takie, że człowiek latami ma dreszcze na kręgosłupie jak sobie takiego dziada wspomni, jak to go do domu sobie przytachał. Niedziela, jak to niedziela, u nas jeszcze śliczna było, więc z Matką Rodzicielką pojechałyśmy na cmentarz, dzięki czemu grób Babci mamy już ogarnięty i napastowany (od pastowania pastą, a nie od znęcania się, bo znęcanie się to było na moich dłoniach, gdyż standardowo mam kostki poobcierane i poobijane), więc deszcze mu już wiele złego nie zrobią. No i tak jeszcze, w poprzedniej notce wspominałam o torebce, że by mi się do nowej kurtki przydała, więc okazało się, że mam jakąś zapomnianą w stosownym kolorze, a drugą, za 2 PLNy… bo się z rana (o 8 z letkim hakiem) na zakupy udałam i przy okazji spożywki, zaglądnęłam na Peweks. Więc mam i torebunię, i bransoletkę. Bransoletka też za 2 PLNy. Majątek wydałam jak nic (4 PLNy).

Teraz jeszcze w ramach nadrabiania zaległości obrazkowych, wrześniowy wyjazd do Wisły, kiedy to nie bardzo miałam czasn na robienie fotek, ale skoro Perełkę przetargałam przez 3 województwa, to jednak ją ze 2 razy wyciągałam z bagażnika. Sama Wisła wieczorową porą prezentowała się tak:

Słodki Małysz… ten co to dostał gablotkę, jak mu jakiś wielbiciel, czy wielbicielka, odgryzła ucho… trudno powiedzieć, czy zrobili to z miłości do Skoczka, czy do czekolady… ale… chyba jednak lepiej, że w gablotce niż bez… zawsze to mniejsza pokusa, żeby sprawdzić, czy ona na prawdę jest czekoladowy… ;)

Ponieważ to co dobre, bywa, że kończy się szybko, to… i ja do domu wrócić musiałam. Dlaczego wracałam 28 choć mogłam inną trasą? No jak możnaby było inaczej?


  • RSS