demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: zakupy

Jest okrutny i dojmujący. Ceny bywają powalające, albo z choinki urwane, a do tego zazwyczaj nie ma tego co akurat sobie człowiek wymyślił, i co akurat człowiek chciałby kupić, bo zazwyczaj jest to po prostu, w najlepszym razie, coś innego lub zwyczajnie za wielkiego do metrażu przewidzianego do meblowania. Jakość gotowców zazwyczaj koreluje z ich ceną, ale z drugiej strony, założenie jest takie, że nic nie jest na zawsze, więc jak się rozpadnie, to kupię nowe. Z jakością zamówionych sprzętów jest nieco lepiej, ale i cena nieco wyższa. zamawianie ma tę racje bytu, że można pogrymasić, że chce różowe, albo niebieskie, albo zielone i koniecznie 5 cm krótsze, wyższe, szersze, dłuższe (wybrać właściwe wedle własnej potrzeby lub możliwości). Przechodząc jednak do rzeczy.

Od jakiegoś czasu poszukuję różnych sprzętów. Nieco rozczarowana (jednak w przedziale uprzednio zakładalnym i dopuszczalnym) materacem, doszłam do wniosku, że zakup narożnika jednak omijał będzie Internety. Niestety okazało się, że będzie omijał również markety z meblami, gdyż ten za szeroki, ten z jednym pojemnikiem, ten w niewłaściwym kolorze, ten… oj długo i dużo można by. Oj. Potupałam i zamówiłam zrobienie. Będzie za tydzień. Ło matko – tak już? No bo w marketach to czas realizacji nawet do 5 tygodni… Ło matko, ale ja na zaliczkę nie ma – dobra, da pani co pani ma, a jak nie ma to zapłaci całość przy odbiorze. Ło matko – a wniesiecie mi na górę? Wniesiecie.

Tak więc za tydzień będę posiadaczką narożnika w wybranym przez siebie kolorze, bez boczków i innych szmerów bajerów, a za to będę szczuplejsza o sporo gotówki. Jak nic, na trawie będę musiała oprzeć swoją dietę. Pokrzywy takie dorodne, więc jakoś dam radę. Krwawnik jeszcze też sensowny. Szczaw rośnie na łące. Ogarnę to jakoś, gdyż skoro pozbyłam się piniądzorów, to mam wrażenie, że owa wycieczka co to pod znakiem zapytania urlopowo stoi, nagle okaże się, że się odbędzie. O tym, że lodówka gdzieś jeszcze między czasie może wypłynąć, też pewna jestem, bo wiecie – tak to jest, że wszystko na raz i człowiek się zastanawia jak to pogodzić, i później się okazuje, że się da pogodzić, może na styk i na grubość włosa, ale się da – i ile satysfakcji człowiek ma że sobie poradził?! Tak więc mam wrażenie, że kilka wyzwań logistycznych w najbliższych tygodniach mocno przede mną. Dam radę. Jak zawsze.

dylematy Pani domu…

11

Rany to już trzynasta, a ja nie wiem w co ręce włożyć. Pewnie pod „pachi” przynajmniej mi paluszki nie zmarzną.

Poważniej, to zaraz nie będzie miało mi co marznąć, gdyż sobie je rozpuszczę, te paluszki, w wodzie, w ramach pińcetfyfnastego mysia wszystkiego po kolei, co do mycia się nadaje i tego co niekoniecznie się nadaje to też.

Pomiędzy tymi myciami i sprzątaniem to chadzam do pracy, a skoro chadzam, to nad śniadaniem się obijam. Obijając się to patrzał na pralki, bo tak sobie myślę, że po prostu znudziło mi się wożenie bambetli we dwie strony świata. Remonty pokończone, to czas powoli i meblunek inwestować. Bardzo powoli. Jednak, ta pralka mi spokoju nie daje. Nie żebym zaraz po nocach nie spała albo co. Zwyczajnie, jak patrzę na moją torbeczkę po trzyletnim użytkowaniu, to mam jej dosyć. Wszelkie pakowania mi przez to obrzydły i ruszać w świat mi się nie chce. Mam za to niewątpliwie pakowanie strategiczne opanowane do perfekcji. Nie oznacza to, że umiem zapakować tylko potrzebne rzeczy. Jestem kobietą, potrzebuję trochę luksusu i kilka drobiazgów do wyboru… pogoda się może zmienić przecież, mój nastrój może się zmienić, okoliczność przyrody też mogą się zmienić! Wszystko się może zmienić i na to wszystko, jak przystaje na kobietę, muszę być gotowa.

Wracając jednak do sedna. Czyli do pralki. To ilość miejsca jaką mogę naprawkę zagospodarować bardzo współgra z moim budżetem. Zastanawiam się nad Beko i nad Candy. Darować sobie można pouczenia, że to szajs jest, gdyż obecnie wszystko jest szajs, a do tego Candy mam i sobie chwalę. Wytrzymuje sporo. Producent byłby doprawdy zaskoczony. Ja też bywam. Owszem, poczęstowała mnie wodą wyplutą na łazienkę ze dwa razy, ale to już moja wina jest, gdyż czasem wypadałoby jej odpływ przeczyścić lub filtr oraz nie wcinać w gumę sznurków od kaptura bluzy Młodego… zdecydowanie lepiej byśmy się zapewne dogadywały, gdybym jej takich numerów nie robiła. Jej zaletą jest jej rozmiar. Wetknę ją w dziurę i o rury nie zawadzać nie będzie. To jest coś. Przy jej głębokości uda mi się też otworzyć drzwiczki od szafki z umywalki lub od pralki bez zdolności człowieka gumy. Beko są nieco głębsze, ale zniosę to i ja, i łazienka. Ilość zużywanej wody i energii w wybranych modelach zbliżona, różnica w cenie 150 PLNów. Czas trwania cyklu standardowego (bawełna 60 stopni) między 160 – 175 min., więc też żaden szał rozrzutności.

Decyzja rozbija się pomiędzy 4 modelami o zbliżonych parametrach i całkiem zbliżonej cenie. Normalnie chyba musze jakiś system losowania opracować, bo z decyzją ciężko jest… w sumie… to gdybym mogła je dotknąć i pomacać, w bęben im pozaglądać byłoby prościej, niestety w tej mojej wsi to nie przywożą „połówek” pralek… tylko pod zamówienie… a ja się zastanawiam, czy reszta ludzi na moim osiedlu to robi pranie, czy tylko wietrzy wszystko na balkonie. No pomijając moich sąsiadów, bo wirowanie w ich łazienkach słychać jednak u mnie. Tylko co oni za pralki tam powtykali, skoro kurcze wszystkie łazienki są u nas rozmiarów mini i standardowe 50cm+ jest aranżacyjnym wyzwaniem, choćby już na poziomie futryny w drzwiach…

Mokro jest. Pada i pada. Leje i leje. Do tego zimno się zrobiło. W Zakopcu śnieg pada podobno. Oj pewnie nawet nie podobno, a na pewno, bo go u nas czuć. W powietrzu go czuć. Wczorajszy poranek był chłodny, ale do zniesienia. Dzisiejszy poranek był mokry i ostro zimny. Taki ostro śniegowo zimny. Nie marudziłabym zupełnie w temacie, gdyby nie ta woda, a nawet hektolitry wody co to się z góry leją. Nie wiem, czy tam ktoś u licha o kranie niezakręconym zapomniał? Jakąś awarię rurociągu mają w niebie, czy jak? Normalnie rzeki i strumyki w okolicy się nam buntują, niektóre się lokalnie już wczoraj pobuntowały, a reszta, pewnie dalej kolejno będzie się dołączać, zwłaszcza, że padanie zapowiedziane jest do końca weekendu. Trudno. Samochodu nie mam i żyję. Łódki też nie mam, więc pewnie też przeżyję.

Nie o tym dziś jednak chciałam. Prozaicznie dziś ma być, a tytuł powinnam wrzucić w okolicach: „terebunie, i nie tylko, po 2 PLNy”. Zmora prosiła, to dostanie obrazki. Oczywiście to nie jest tak, że idziesz i na pewno za 2 PLNy uda się wygrzebać coś fajnego. Nie, fajne torebunie się zdarzają. Choć akurat są osoby, które twierdzą, że mnie się zdarzają kiedy są mi potrzebne. No i w sumie mają rację, tyle, że to długa historia jak się to dzieje. Wracając do torebuniek moich. Oczywiście, że nie będą to wszystkie jakie mam. Mam ich zdecydowanie zbyt wiele i nabywanych w różnych okolicznościach przyrody. Cóż, lubię czasem jakąś przygarnąć lub zaadoptować. Do rzeczy!

Nabytek z ubiegłego roku – czyli jesień 2015

… a to już zdobycze tegoroczne. Letnie polowanie zakończyło się… Barceloną… no może kiedyś, kto wie… na wszystko w życiu przychodzi czas. Koniec lipca lub początek sierpnia zapolowany.

Oraz, oczywiście, sedno dzisiejszego programu. Najnowszy nabytek, z ubiegłego tygodnia. Nieco mniejszy niż poprzednie dwa egzemplarze. Mniejszość rozmiaru nie jest wadą, a zaletą. Pół litra na pewno się zmieści, a jak się dobrze pokombinuje, to może i dwie półlitrówki… no co – kiedyś, w innym życiu, zanim człowiek zasiadł na domowej kanapie, to musiał mieć praktyczne utorbienie…

Oraz dodatek do powyższej torebuni, również za oszałamiające 2 PLNy.

pomieszanie z poplątaniem

16

Trochę inny był plan na miniony weekend, ale cóż, kolega A. został w piątek dziadkiem, więc czas pracy nam się wydłużył znacząco. W każdym bądź razie, do domu dotarłam około wpół do pierwszej w nocy. Nie żeby trzeźwa jak świnia, ale jednak całkiem pijana również bynajmniej nie. Tym bardziej byłam zdziwiona niejako sobotnim samopoczuciem, gdyż wstałam i było spoko, ale… później mnie samopoczucie nagle się zmieniło. Sę myślę, ki pieron, kac jakiś spóźniony, się nagle zrobił, czy jak. Niby nie kac, ale samopoczucie do kiszki. Powoli rozchodziłam dziada. Dziś się okazało, że niektóre osoby rota wirusika mają… znać mój organizm tylko się temu polskiemu roześmiał w twarz i pokrył niepamięcią jego obecność. Niemieckie rotki to są takie, że człowiek latami ma dreszcze na kręgosłupie jak sobie takiego dziada wspomni, jak to go do domu sobie przytachał. Niedziela, jak to niedziela, u nas jeszcze śliczna było, więc z Matką Rodzicielką pojechałyśmy na cmentarz, dzięki czemu grób Babci mamy już ogarnięty i napastowany (od pastowania pastą, a nie od znęcania się, bo znęcanie się to było na moich dłoniach, gdyż standardowo mam kostki poobcierane i poobijane), więc deszcze mu już wiele złego nie zrobią. No i tak jeszcze, w poprzedniej notce wspominałam o torebce, że by mi się do nowej kurtki przydała, więc okazało się, że mam jakąś zapomnianą w stosownym kolorze, a drugą, za 2 PLNy… bo się z rana (o 8 z letkim hakiem) na zakupy udałam i przy okazji spożywki, zaglądnęłam na Peweks. Więc mam i torebunię, i bransoletkę. Bransoletka też za 2 PLNy. Majątek wydałam jak nic (4 PLNy).

Teraz jeszcze w ramach nadrabiania zaległości obrazkowych, wrześniowy wyjazd do Wisły, kiedy to nie bardzo miałam czasn na robienie fotek, ale skoro Perełkę przetargałam przez 3 województwa, to jednak ją ze 2 razy wyciągałam z bagażnika. Sama Wisła wieczorową porą prezentowała się tak:

Słodki Małysz… ten co to dostał gablotkę, jak mu jakiś wielbiciel, czy wielbicielka, odgryzła ucho… trudno powiedzieć, czy zrobili to z miłości do Skoczka, czy do czekolady… ale… chyba jednak lepiej, że w gablotce niż bez… zawsze to mniejsza pokusa, żeby sprawdzić, czy ona na prawdę jest czekoladowy… ;)

Ponieważ to co dobre, bywa, że kończy się szybko, to… i ja do domu wrócić musiałam. Dlaczego wracałam 28 choć mogłam inną trasą? No jak możnaby było inaczej?

trochę roboty mam

10

Jak wiadomo, ostatnio, ale nie tylko, robota mnie lubi. Tak bardzo mnie lubi, że nie bardzo mam czas na cokolwiek poza robotą. Na pisanie to już zwłaszcza, a w szczególności, na pisanie, tego co z pracą związane jest średnio. Tak więc sobie siedzę i się pozbawiam kolejnych literków z klawiatury. W sensie, że dorobiłam się i nowej klawiatury, i nowego monitora, ale nie bardzo rano pamiętam aby je podpiąć, a w trakcie dnia to nie bardzo mam czas się bawić z kabelkami i nurkowaniem pod biurkiem. Chyba w gruncie rzeczy właśnie o to nurkowanie pod biurkiem chodzi. Gdyby się tak samo zanurkowało i poprzepinało, to już by było dobrze.

Tym czasem wydałam wczoraj górę pieniędzy. Zaszalałam i kupiłam sobie kurtkę przejściową, która może robić jako zimowa, gdyż wzięłam w rozmiarze słusznym umożliwiającym wepchnięcie jednego z moich „swederków” pod nią. Dorzuciłam do tego dywanik do łazienki, gdyż staremu czas do dywanikowego nieba (albo do przyzwoitej łaźni, ale chyba nie chce mi się go prać, bo ręczna zabawa z tym jegomościem kończy się poobcieranymi kostkami), w dalszej kolejności dorzuciłam jeszcze wielką, wielkaśną poduchę pierzastą i kocyś misiowaty, milusiowaty i cieplasty, oraz dwie pary butów. Moje konto piszczało i starało się mi przypomnieć, że mam pilniejsze wydatki niż milionowy kocyczek. Bo, droga redakcji, w czeluściach mojej szafy jest co najmniej 3 kocysie, które jeszcze nie były użytkowane. Butów też mam kilka par, które jeszcze nie były użytkowane, ale to może przemilczmy. Jedynym słusznym zakupem była owa kurtka przejściowa, ale jak to tak? Sama kurtka, a eleganckie buciczki do niej? Tyle, że teraz to ja do niej nie bardzo mam torebkę…

Co poza tym? Ano w miarę ciepło jest przez minione 2 dni więc znowu mi się funkcjonowanie włączyło, choć początek tygodnia, z mizerną pogodą, był co najmniej trudny, i ciężki. Jeszcze mi się człowiek nie przestawił na tryb jesienny i do tego… to pierwsza jesień, z której się nie cieszę. Zawsze jesień i zima to był mój czas,a  teraz? No halo?! Halo! Ktoś mi człowieka podmienił, czy jak? Bo ja, przepraszam, ale nie rozumiem. Mnie się robi zimno już na samą myśl o zimie. Tak w środku mnie dreszcze łapią. Tyle lat czekałam z utęsknieniem, a teraz to co? Teraz to mi zimno. Chyba niestety, zimno mi nie tylko fizycznie, ale też w środku. W środku mojego człowieka jest zimna bryła, która tylko potęguje to zimno, które jest odczuwalne fizycznie.

Mniejsza z większym. Piątek jest. Piątunio, piąteczek, piątuś. Dwa dni nic nierobienia. Znaczy w sensie, że nie wstawania do roboty, bo robić to zawsze jest co, a nawet jak nie ma, to zawsze można sobie jakieś zajęcie znaleźć, jeśli się oczywiście chce. Może jakieś plany terenowe uda się zrealizować, może czytelnicze, a może filmowe. Coś się tam da przecież zrobić. Co nie?

telegraficznie o weekendzie

8

Telegraficznie, bo znowu bez fotek, gdyż siedziałam cały weekend na 4 literach i nigdzie poza mieścinę nasza smętną się nie ruszyłam. Po kolei jednak.

Tak poza tematem, to co się stało z pogodą? Ktoś coś wie na ten temat? No bo jak to, to tak? No ja się nie zgadzam! Jeszcze ten tydzień zamawiałam z ładną pogodą… zdjęcia chciałam popstrykać na trasie, a tak to w deszczu to co ja pstrykać będę?! No co? Nie bawię się tak. (Foch)

Wracając do tematu wyjazdowo – spodniowego, to doszłam do wniosku, że jeszcze może uda mi się jakieś pasujące portki w drugim obiegu nabyć. Skoro w pierwszym nie ma, to może w drugim coś się trafi. Wstałam więc sobotnim świtaniem, i zwarta i gotowa ruszyłam na łowy. No i złowiłam, tyle, że nie koniecznie portki. Złowiłam reprymendę. Jak nic. Jak z Końca świata, nad sam Bałtyk. A było to tak, że na łowy wybrałam się z z koleżanką E. Przemierzyłyśmy teren łowczy wszerz i wzdłuż, i z boczku ulokowałyśmy się celem przeglądnięcia i segregacji łupów. Oczywiście, każdy łup należało obejrzeć, przymierzyć, oraz omówić pod kątem przydatności lub urody własnej. Mierzę więc, na podkoszulek rzecz jasna, jakiś łaszek, chyba sukinusię, albo coś i mówię do znajomej, że: „Wyglądam w tym jak rasowa plebejka i nic tylko mi grabie, albo widły dać do ręki oraz stado gąsek do pasania.” O jeju! Co ja sobie narobiłam! Jakiejś kobiecinie bardzo nie spodobało się określenie „plebejka”. Jak nic, poczuła się urażona do żywego, i zaraz mnie sztorcować, i zaraz, że ona sobie nie życzy słuchać takich rzeczy! Oraz, że to nie ujma być ze wsi! W pierwszej chwili zaniemówiłam. Ani do kobity nie gadałam, ani nie krzyczałam na całą paszczę. O co jej „kaman”?  Ta dalej swoje. Więc stwierdziłam, że po pierwsze to mówiłam o sobie, a ja nie czuję się gorsza ze względu na swoje pochodzenie, po drugie to zupełnie nie mówiłam tego ani do niej, ani o niej (nie znam wszak kobity, a po trzecie, już głośno, żeby i mnie słychać było w owym przybytku, że zdaje się podsłuchiwać nie jest ładnie, bo nic innego to nie było, gdyż zdecydowanie nie do niej mówiłam… czyli PODSŁUCHIWAŁA! Zamknęła paszczę i już coś pod nosem mamrotała. No, ale ogólnie kawę miałam załatwioną, na sobotę, bo ciśnienie mi podniosło babsko jedno.

Czy coś kupiłam – a pewnie, że kupiłam, Młodemu podkoszulek, a sobie portki, tyle, że nie czarne, ani nawet nie granatowe, ale popielate… zawsze to coś nie dżimsowego, a do tego zmieściła się w nie moja niewymowna, a znad paska nie wylewa się Niagara sadła. Będą. Na raz w sam raz. No i jeszcze bluzie sobie kupiłam… o 2 rozmiary za dużą, ale jak nie odszukam swojej motywacji z wiosny do różnych rzeczy, to i te 2 rozmiary może do końca zimy okazać się niewystarczającym zapasem objętości. No i jeszcze miałam zakusy na czarny gorset z futerkiem, ale nie miałby mi go kto sznurować, więc sobie go darowałam, a nówka był, nie śmigany i z metką i w odpowiednim rozmiarze… to tak w ramach notki poprzedniej. Reszt soboty przebimbałam. Czyli ogarnęłam Włości, pranie i pieczenie.

W niedzielę zaś wybrałam się na mini recital dziewczyn z prywatnej szkółki wokalnej z naszej mieściny na końcu świata. Było za darmo, a jedna z 3 dziewczyn akurat z Młodym do klasy chodziła w gimnazjum. No cóż, śpiewać każdy może, każdy głos może wyćwiczyć, większość ma nawet talent, ale charyzma głosu to prawdziwa rzadkość. Z 3 dziewczyn, charyzmę posiadała tylko jedna. Oj ta barwa, oj ta siła, oj… tylko repertuar nie do końca dobrany do możliwości, no i szkolne maniery, które skracają możliwości, nie pozwolą jeszcze ulecieć pełnej sile… to taka poczwarka z zadatkiem na niesamowitego bluesowego motyla. Jeśli jej się uda to śpiewanie w życiu, to pierwsza popędzę po jej płytę, żeby sprawdzić czy jest ten motyl na wolności, czy też komercja go tłamsi.


  • RSS