demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: wyjazd

wrócilim

2

Wróciłam z rozjazdów. Ponieważ zawsze coś, to i coś i tym razem. Nie, tą razą nic sobie nie pokaleczyłam, ale za to przywiozłam sobie przeziębienie. Malownicze i zakatarzone. W sumie chyba lepsze to niż pokaleczona stopa.

Po 12 godzinach snu, najchętniej zasnęłabym na kolejne godzin 12. Tak to już przeziębiony człowiek ma. Dobrze, że od jutra znowu długi weekend. Tyle, że nie dobrze, bo muszę dobrze rozplanować czas działania. Zdecydowanie połowa listopada zaskoczyła mnie i zastała o pół miesiąca za szybko. Damy jednak radę. Tyle tylko żeby się to przeziębienie ode mnie odstosunkowało do poniedziałku i będzie dobrze. Pozdrowienia więc macie od (niestety miałam przy sobie tylko Heńka, Perełka została w domu, a Heniek jest jak wiadomo do dzwonienia, a nie do focenia…):

wojownicza Wiewiórka… (atak gryzoni)

listopadowe kwiatki zdrojowe

… poszliśmy na wino… twu… wróć… na wodę zdrojową :) (ohydną podobno)

zapomniałam

10

Na początek to można sobie kliknąć i poszukać w gąszczu wszelkich obcych i mojej „szufladowej twórczości, która nosi tytuł „nowy dom” (był roboczy, ale jak większość tymczasówek, został na dłużej…)

o tu klikamy i szukamy… znaczy nie szukamy demirji tylko Demirji Prawda ;)

Można tam podobno jakieś punkty przyznawać, czy coś, ale ja się po prostu nie ogarniam, gdyż ogólnie ostatnio najczęściej staram się połapać 10 srok za ogony, do tego 5 gołębi i ze 3 wróble jeszcze, co jak wiadomo może być mocno absorbujące, a przeskakiwanie pomiędzy wróblami, gołębiami i srokami zaczyna sprawiać, że posiadam pewien deficyt koncentracji… także ten, no jak to Młody mówi: Matka ogarnij się… a wszystko to co tam naskrobane jest to wynika z tego co klikamy tutaj.

Przez to cale chorowanie i pomieszanie w czasoprzestrzeni zupełnie zapomniałam, że dziś popołudniu jadę na to szkolenie co to jutro i pojutrze jest w Busku. Znaczy pamiętać to pamiętałam, ale akurat umknęło mi to, że to już ten tydzień, i że to w sumie już dziś. Jestem więc zupełnie nieogarnięta w czasoprzestrzeni i całkiem, zupełnie nie spakowana, a do tego pogoda jest taka, że zwyczajnie można się utopić od tej ilości wody, która z nieba cieknie i cieknie.

Niestety nie tylko z nieba, gdyż oczywiście nie mogłoby być na spokojnie, to akurat nad ranem postanowił zacząć przeciekać dach nad pokojem Młodego. Tak więc już sama nie wiem jaki mam pomysł na to uszczelnienie kolejne. Na taśmę jest za zimno, a na resztę możliwości brak wizji. Masa bitumiczna dachowa w pistolecie, ale to zależy od wielkości pęknięcia. No nic, czekać teraz mogę tylko żeby trochę przestało padać i żeby ten deszcz się w śnieg nie zamienił. Potrzebuję jednego ładnego dnia, nawet ciepło szczególnie być nie musi, byle by nie padało i sucho było no i tak z 5 stopni na plusie też by się przydało jednak.

pomieszany tydzień

6

Tak siedzę sobie, i tak nie do końca się pozbierać mogę, bo mam wrażenie, że niby dziś poniedziałek, a to praktycznie przecież jest piątek. Tak to jest, jak się ma w środku tygodnia dodatkowy weekend i to na wyjeździe, i nic to, że wyjazd był służbowy.

Jak to, weekend na służbowym wyjeździe? Tak to. Nie siedzę osiem godzin przed monitorem, a osiem godzin z przerwami na kawę przed projektorem i wielkim ekranie… to prawie, jak w kinie. Nikt nic nie chciał ode mnie, żadnych telefonów… no dobra, może i ktoś dzwonił, ale kultura wymaga wyciszenia telefonu i nie przeszkadzania prelegentowi. Więc cisza była. Kawę ekspres zrobił, ciasteczko organizator dorzucił, potem obiadek dostałam pod nosek i wolne popołudnie, jak to po pracy, które, skoro czas mój prywatny i wolny, zmitrężyłam w ciepłych bąbelkach jakuzzi. O jakże mi dobrze było. Zwłaszcza w tym cieplutki jacuzzi na zewnętrznym. Leży sobie człowiek w cieplutkiej wodzie i patrzy jak to się chmurki po niebie przesuwają, jak to się niebo zmienia, jak ptaszki sobie latają. Mogłabym tak częściej. Ba, mogłabym tak codziennie… no przez godzinkę, żeby się nie rozpuścić całkiem od tej ciepłej wody i bąbelków w wodzie.

Co do wyjazdu to… oczywiście, że problem był przed wyjazdem jeden i zasadniczy, oraz dobrze znany. Chciałam choć raz na jakiś czas spakować się jak ludzie, czyli popołudniem dnia poprzedzającego wyjazd. Jak chciałam, tak zrobiłam i… oczywiście przepakowałam się w dziesięć minut, w trakcie których miałam tylko zapakować torbę do samochodu i ruszyć w świat szeroki. No nie dało się inaczej. Efektywne pakowanie to tylko na szybko, na pół godziny przed wyjazdem. Daje to mniej rzeczy zbędnych w walizce.

Co do powrotów, to oczywiście, że mój bagaż wrócił uszczuplony. Nie ma innej opcji, albo przynajmniej opcja ta jest rzadko, właściwie to nawet sporadycznie, spotykana. Już byłam cała szczęśliwa, że wszystko pozbierałam, wszystko upilnowałam, walizka i przyległości już w samochodzie, że tylko czmychnę i się wymelduję i ruszę do domu, i… no właśnie… i… zgubiłam moją różowo – czarną arafatkę. Nie umiem powiedzieć, czy zostawiłam ją w pokoju, a może na sali gdzie było prowadzone szkolenie, a może jeszcze przy obiedzie, który jadłam przed wyjazdem. Nie wiem. Została gdzieś tam w hotelowych czeluściach. Piękna nie była, ale praktyczna jak najbardziej i ciepła, i do kurteczki mi pasowała… i gdzie ja taką druga teraz kupię. Choć mam przekonanie, że ona jeszcze do mnie wróci. Mogą to być pobożne życzenia, ale w szczegóły nie wnikajmy.

Co jeszcze, no nóżkę mam rozwaloną. Bez bucików to się tylko chodzi po plaży jeśli wierzy się, że się ma dosyć szczęścia aby i tam nie znaleźć jakiegoś ostrego bliżej niezidentyfikowanego obiektu, który utrudni poruszanie się. Mam więc ładniutki plasterek i maści z antybiotykiem do smarowania. Więc smaruję i cieszę się, że jednak mam szczepienia przeciwtężcowe zrobione, no i wygląda na to, że goić to też się goi całkiem dobrze, tylko nieco kuśtykam… a w planach było na jutro polowanie na dobrodziejstwa natury do zalania na zimę.

dlugi dzien

8

Bez polskich znaczków będzie tym razem (znaczki uzupełniam poprzyjazdowo do domowo). Z tableta. Trochę mnie nie ma, bo trochę jestem znowu wyjechana. Tym razem pracowo.

No więc tak, goni mnie ten Merkury tam i w drugą stronę, żeby nie napisać, że nazad mnie goni. Mniejsza z większym. Wylądowałam w Wiśle. Tak, tej od skoczni i małyszomani. Niby nie daleko, lekkie 320 km z małym okładem, a czasowo… prawie tyle co do Bydzi (Bydgoszczy)… co się dziwić, skoro te 320 to podwójna ciągła, górki i serpentyny, a jak trafisz na zawalidrogę to się bujasz za nim, i bujasz, i bujasz, i bujasz… aż sam od siebie zjedzie ci z drogi. Ot, taki urok krajowej 28. Z 28 nie darzymy się większą sympatią, właśnie za owe podwójne ciągle na całej długości, wąskie jezdnie, częsty brak poboczy lub pobocza w zaniku oraz koleiny (choć w ciągu ostatnich kilku lat jednak trzeba przyznać, ze całkiem sporo jest odcinków poremontowanych, ale nadal tez sporo jest dziurawych)… a jak się jest na gościnnych występach dwa województwa dalej, to szaleć nie ma co, bo diabli wiedzą, co w jakich krzakach, czy za zakrętasami siedzi i suszy.

To, czego nie można odmówić 28 to są widoki, a nawet Widoki. Także trzymajcie kciuki, aby popołudnie czwartkowe było bez deszczowe, bo… bo Perełka jest ze mną i nie zawaham się jej użyć jeśli pogoda na to pozwoli. Kciuki i zaklinanie są potrzebne, choć na wiele nie liczę, bo pełnia pękła i pogodę zdupczyła. Taki jej urok. Nic jej na to nie poradzisz.

Tak wiec, oddale się do snu, gdyż jednak 6,5 godziny (a na tej trasie 300 km robiłam i w godzin 10… Tuv coś powinna na ten temat pamiętać), wiec czas nie jest najgorszy, ale upierdliwość i nagromadzenie nepotycznych kierowców jednak mnie znużyły. Dobrej nocy sobie i Wam.

UPDATE 7.15

Właśnie sobie przypomniałam dlaczego unikam takich szkoleń. Zwyczajnie spanie w hotelu to nie spanie. Zwłaszcza gdy obok, na sąsiedniej hotelowej pryczy chrapie ktoś zupełnie obcy, kogo pierwszy (i ostatni) raz w życiu widzisz.

Nawet taki hotel wypada słabiutko w porównaniu z wyjazdem z początku miesiąca. Atmosfera to atmosfera. U Dziewczyn noc była przespana, choć niezbyt długa, bo jak się gadulstwo włączyło to nie ma się co dziwić, ze noc była krótka, a w hotelu… jak to w hotelu. Obce łóżko, obcy człowiek obok, i to kobita, i noc bezsenna, bo poduszka nie ta, bo zimno, bo gorąco. Eh… jeszcze jedna noc i do domu.

już bez obrazków

2

Trochę sporo ich ostatnio było, więc może jakaś notka bez obrazków… bo będę się musiała przebranżowić na jakiegoś fotobloga, a ja jestem oporna i odporna na zmiany. Taka tradycjonalistka i sztywniara do bólu… może nie we wszystkim, bez przesady, ale jednak. No więc prozaicznie dziś będzie. Choć pamiętam i wiem, że mam zaległości zdjęciowe jeszcze z 2 dni weekendu przedwyjazdowego… ale wiecie, to standard (dla niektórych monotonia), górki rzecz jasna są w tej zaległości.

Pogoda nas rozpieszcza, nie mam nic przeciwko, i nawet liczę, że przynajmniej przyszły tydzień jeszcze wytrzyma. Przydałoby mi się, gdyż czeka mnie kolejny wyjazd. Tym razem służbowy i nie tak daleki, ale jednak, wyjazd jest wyjazdem, a wolne popołudnie na wyjeździe jest wolnym popołudniem, którego wolałabym nie spędzić w hotelu, a na spacerze. W prawdzie mogłabym się kopsnąć na basen, albo na siłkę, ale mi coś człowiek niedomaga. Normalnie coś się mu pomieszało i nie wiem, czy mu się odwidzi, czy jednak mu się nie odwidzi. Znaczy się zepsucie groźne nie jest, już mu się takie trafiało, ale bywa upierdliwe. Przywykłam, ot, jest w pakiecie od zawsze, co jakiś czas, więc nie ma nad czym kopi kruszyć. Tyle, że sen mam ciężki i niewiele rzeczy jest mnie w stanie obudzić. Oj niewiele.

Wracając do planowanego wyjazdu, to chciałam sobie na niego jakieś portki eleganckie kupić. Najlepiej granatowe, a niech stracę, nawet czarne by mogły być. Byle dobrze uszyte oraz z materiału, co to się da w nim chodzić bez robienia za zbieranie wszelkich paprochów i kudełków, i nie wiadomo czego jeszcze. Nie da się. Zwyczajnie są albo w rozmiarze, który może objąłby jedno moje udo, ale na pewno nie dwa, lub w drugą stronę – w rozmiarze, gdzie wchodzę cała w jedną nogawkę. Porażka też materiałowa, bo zwyczajnie wszystko albo robi za lep na śmietki i kudełki, albo jest tak sztuczne, lejące i nijakie, że zwyczajnie nie leży, albo cały cellulit ukazuje światu. Alternatywą jest zawartość szafy, ale nie oszukujmy się, nie wyciągnęłam swoich czarnych dyżurek, bo zwyczajnie wiem, że się w nie uda mi w nie wepchnąć… a nawet jeżeli się uda, to zapięcie się będzie graniczyło z cudem i nie ma na tej ziemi bluzki, która ukryłaby to co nad paskiem. Przeglądałam fotki na dysku i jak popatrzę na te sprzed 1,5 roku i na to co jest teraz… to zupełnie mi się to nie podoba.

Na pocieszenie zaś, żeby nie było, bo wszak na zakupach byłam, to kupiłam sobie kurteczkę bawełnianą, szytą a’la „katana”… RÓŻOWĄ. Słitaśną dla młodej kobitki, a dla mnie… a co – jak nie mogę skoro mogę. Im bardziej słyszę, że różowy jest passe tym więcej pojawia się go w mojej szafie. W różnych odcieniach.

Tak więc, nadal nie mam się w co ubrać na wyjazd, w sensie spodni, więc albo popielate dyżurki wyciągnę z szafy (ZNOWU), albo spódniczka (bo się rozciąga i spokojnie nadal w nią się mieszczę).

P.S. - zdjęć mojej osoby z minionego wyjazdu nie ma, bo… kara w Perełce tego nie zdzierżyła, a gdyby to jednak była nie prawda, i jakieś by były to, zwyczajnie, i po prostu, hipopotamy podnoszą poziom wody w kałuży, więc cóż… lepiej dla was, że nie wiecie o ile.

już za chwileczkę…

8

Odliczam do końca dnia pracy. Mam rozpustę przed sobą. Całe 3 dni urlopu. Normalnie po prostu nie wiem czy się cieszyć, czy płakać. Profilaktycznie po prostu zrobię sobie listę drobiazgów na popołudnie, abym jutro rano, dzikim świtem, nie biegała po mieszkaniu i nie starała sobie przypomnieć co jeszcze miałam zabrać, a o czym zapomniałam.

Najważniejsze na tę chwilę jest zrobienie miejsca na karcie pamięci i wepchnięcie jej w Perełkę. Tak, wiem, że w razie co to można kupić, żaden problem, w każdym markecie i nie tylko, ale szkoda mi czasu na latanie po marketach, i nie tylko, w poszukiwaniu karty pamięci. Naładować prądy w Perełce, pozbierać ładowarki pod rękę i do plecaka, oraz sprawdzić, czy wszystkie niezbędne numery telefonów są wpisane w telefon, a kartka z rozpiską pociągową jest tam gdzie jej miejsce, czyli pod ręką. Reszta to mniej ważne. Jak już będę ja, Perełka i Heniek (telefon), to wszystko jest ogarnięte. Negocjuje w sprawie pogody, acz ptaszęta z miejsc docelowych świergają, że u nich lepiej z pogodą niż u mnie. Więc dobrej myśli jestem, że mi ta dobra pogoda nie zwieje stamtąd. Jak wiadomo, 4 to już tłum, więc pilnowanie, poza sobą samą, aparatem i telefonem, jeszcze parasolki, chyba by już nadwyrężyło moją cierpliwość.

Ze spraw pilnych, to muszę jeszcze przypomnieć sobie jak się ustawia automatyczną ostrość w Perełce, gdyż może jest to niskich lotów rozwiązanie, ale niestety, obecnie nawet w okularach mam problem z oceną ustawienia ostrości i … niestety spora część zdjęć z minionego weekendu poszła do kosza. Coś za coś. Tym bardziej, że emerytura Perełki jest daleka, raczej sukcesywnie jej wiek emerytalny jest podnoszony i niewiele zapowiada aby w tej materii miało się coś zmienić. A jak wiadomo, sprzęt w moim posiadaniu, na szczęście dla mnie, dożywa tak późnej starości w sprawności, że normalne, np. takie laptośki, tak długo nie żyją. Tosiek jest widać nienormalny. Tak, jeszcze żyje, choć nie mam do niego za grosz cierpliwości od czasu kiedy klawiatura mu niedomaga. Jednak, czasem odpalam staruszka, aby jeszcze sobie pochodził.

Tak więc, znikam na kilka dni. Jeśli uda mi się ogarnąć czasoprzestrzeń, to zostawię wam jakiś obrazki, żeby wam do oglądania wskoczyły jutro lub pojutrze… skoro mogę na zaś, to czemu nie? ;)

Trzymajcie się robaczki.


  • RSS