demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: wspomnienia

Normalnie to nie wiem gdzie ten styczeń mignął i śmignął, i odszedł już prawie w archiwum. Jednak widać jakieś światełko w tunelu. Na razie tylko jakieś, ale to już jest coś. To jakieś światełko, to ubywająca sterta sprawozdań terminowych. Właśnie też poszło w świat to które zawsze mnie drażni niepomiernie, gdyż są tam dwie tabele, które dzieli zawierają dokładnie te same dane, ale zabawa tkwi w szczegółach takich jak to co rozumiane jest pod pojęciem „ogółem” – zupełnie różne w obu przypadkach… oraz takich drobnych szczegółach jak całościowe ujęcie danych oraz rozbicie na wiek, płeć i status zatrudnienia… a żeby było ciekawiej – ma być zgodne z tym co zawiera zupełnie, ale to zupełnie inne i nie związane z tym wymysłem, sprawozdanie „RBmilionktóreś” tyle, że… diabeł tkwi w szczegółach, a imię jego Szczegół i zaokrąglenie. Co ja się zawsze namodlę nad tymi zaokrągleniami, to moje. Egzorcyzmy prawie odprawiam, gdyż żadne zasady matematyki tutaj nie działają i w jednej linijce jest dobrze zaokrąglić w górę, choć w dół powinno być, a w drugiej na odwrót…  całe szczęście, że fusów do wróżenia co w której kratce jest właściwie, stosować nie muszę, gdyż za fusy owe wiersze sumy robią znakomicie. Jak zaokrąglam po innemu niż ichniejsze to mi wyskakuje tyle miejsce po przecinku, że o ja ciebie nie mogę, i oczy od patrzenia na ten maczek boleć zaczynają, a do ubiegłego roku to bestia tylko łykała 2 miejsca po przecinku, wszystko inne wywalając jako błąd danych. Wzdech. Teraz niby mniej głupich błędów wyrzuca, ale upierdliwość z zaokrąglaniem wedle własnego systemu niezbadanego pozostała.

Tym czasem ferie minęły i śmignęły, co widać na drodze i w drodze do pracy, gdyż nagle z cichego o poranku mroźnym miasteczka, rwetes niejaki się obudził, i drożdżówkę ulubioną znowu muszę kupować na zasadzie, albo wyjdę przed dzieciarnią i kupię, albo smakiem się obejdę. To obchodzenie się smakiem nie byłoby znowu takie głupie i złe, gdyż chętnie oddam z 4 – 5 kg co to je sobie wyhodowałam.

Trzymajcie się ciepło. Nie wiem jak u was, ale u mnie nadal mrozi. W sumie to jest mi to głęboko obojętne. Czapa na głowę, szalik dwa razy na około szyi i tylko widok gołych kostek u licealistek przyprawia mnie o dreszcze i uczucie chłodu. Za dziesięć lat płakać rzewnie większość z nich będzie, gdy kosteczki będą bolały i stawy będą chrupały… Jako i Sister chrumka obecnie i wspomina, że jednak gole nery były nadmiarem fantazji, i moda głupia była gdy ona do liceum chodziła… a zdawało się i mnie i Matce Rodzicielce, że głupota, wróć gołota Sister nigdy nie minie… kilka lat minęło i proszę – nerki schowane, czapa na głowie… i inne takie.

przejęcie sprzętu

14

Siłą prawie przejęcia dokonałam, bo Młody zrośnięty jest z laptopem o ile akurat nie ma gorączki, która przyprawia go o dygot nie tylko temperaturowy, ale i egzystencjalny wywołując ciemne lęki z dna Młodego jestestwa. Młody, jak to Młody, i jak każdy człowiek, swoje strachy ma. Do tego facetem jest, więc marudzi i… no przecież wiadomo jak chorują faceci.

Ha mam kolejny długi weekend w tym tygodniu, a zupełnie był nie planowany i szkoda, że jednak tak nie zostało, gdyż jednak wolałabym siedzieć w pracy niż w domu… zwłaszcza, że w związku z tym nieplanowanym wolnym to od 14 zwyczajnie nie wyrobię w zakrętach i ciemno widzę swoje zaległości… od 14, bo przyszły tydzień trochę się szlajam służbowo po świecie, więc znowu mi trochę czasu ucieknie i w tym rzecz cała. W tym uciekaniu.

Na czwartek mieliśmy z Młodym w planach jechać do lekarza z jego kolanem i… nie pojechaliśmy. Ze środy na czwartek, ciemną nocą, dopadł nas rotawirus. Młodego Rotek dopadł o 2 w nocy, a mnie niecałe 2 godziny później. Oczywiście jakikolwiek wyjazd nie wchodził w grę… no kurde, kampera z WC jeszcze na stanie nie mamy. Młodego wywróciło ze 3 albo i 4 razy na drugą stronę. Co go trochę naprostowałam, to go od nowa wywracało na lewą stronę. Mnie trochę łagodniej, gdyż to nasze nie pierwsze spotkanie z Rotkiem. Młodego zaś pierwsze. Dziś już mamy się całkiem nieźle, a nawet wszystko wraca do normy, a nawet ponad normę, gdyż z braku możliwości przemieszczania się spędzamy trzeci dzień tylko we własnym towarzystwie. Łatwo nie jest. Gorzej. Jeszcze jeden dzień i może dojść do rękoczynów, bo krzyki już są. Mniejsza o to jednak.

Chciałam tak tylko nadmienić, że kiedyś to nie było żadnych rotawirusów, tylko zwyczajnie… sraczka była i już. Grysiku na wodzie matka ugotowała, wody przegotowanej pić kazała i było, a później, powoli rarytasy się zaczynały. Rarytasy, czyli grysik na mleku z wodą, albo na samym mleku i na dodatek na gęsto. Do tego, zamiast suchej skórki od chleba, była kromka chleba nie suchego, a jak doszło de tego masełko to było coś, bo kiedyś to margaryn nikt do smarowania chleba nie brał… ale to dawno było. No i rarytas prawdziwy – jabłka pieczone. Normalnie słodziak. No i tak sobie o nich wspomniałam. O tych jabłkach. No i sobie je upiekłam. Pychota. Pyszota i rozpusta jawna. Już dawno nic mi tak nie smakowało, jak te jabłka pieczone.

No i tak sobie przypomniałam, że dawno temu, kiedy w sklepach nie było nic ponad octem i znudzonymi ekspedientkami nic nie było, trzeba było sobie ze słodyczami jakoś radzić. No i właśnie pamiętam, jak Babcia nam te jabłka piekła albo dusiła na kuchni opalanej drewnem, albo suszyła owoce na suszki, które robiły nam za słodycze i świetnie nadawały się zimą na kompot nie tylko wigilijny. Ech, dawno to było i czasem tak bardzo mi szkoda, że tamte dni już nie wrócą, bo nie ma już tamtego domu, nie ma tamtej, opalanej drewnem, kuchni kaflowej, nie ma Babci ani nikogo kto mógłby mi dziś opowiedzieć te wszystkie historie rodzinne, na które wówczas byłam za mała i niewiele z nich rozumiałam, ani nie starałam się ich zapamiętać, a szkoda. Wielka szkoda. Czas tak pędzi… jak ta sraczka… a człowiek wiecznie nie ma czasu na to co naprawdę ważne, bo zajęty jest tym co tu i teraz, żeby garnek był pełen i lodówka, żeby odpowiednie auto stało przed domem, najlepiej większym lub ładniejszym niż ten sąsiada… kiedyś życie było cięższe, ale chyba bardziej się żyło, bo teraz, to się chyba tylko gna do śmierci i nie ma się tak na prawdę czasu na to prawdziwe życie. Takie coś mam wrażenie…

mało czasu w czasie

6

Zrobiłam sobie długi weekend bycząc się w poniedziałek na wolnym. Jeśli zamiarem moim był odpoczynek, to kiepsko mi się to udało, albo też jestem już za bardzo zmęczona, aby cztery dni wystarczyły na złapanie oddechu i odpoczynku. Właściwie to czuję się jak ta chabeta co to z ledwością ciągnie nogę za nogą i podkowy jej klapią. Lepiej jednak nie będzie w najbliższym czasie. Jutro z Młodym do lekarza z tym nieszczęsnym kolanem kolejna wizyta. Później, w przyszłym tygodniu 2,5 dnia służbowo wyjazdowego i ogólnie znowu długi weekend. Normalnie, to więcej mnie przez te 2 tygodnie w pracy nie będzie, niż będę, więc jak już skończę z wojażami, to dziki skowyt chyba wyrwie się z mojej piersi. Skowyt dzikiego przerażenia na samą świadomość ilości roboty jaką mam do przerobienia. Do tego, podjęłam jeszcze jedną decyzję co do tego, że pewne rzeczy muszę skonsultować, gdyż świadomość efektów i odnoszenie się do efektów mnie nie satysfakcjonuje. Bardziej interesują mnie przyczyny.

Poza tym, to rodzina się nam poszerza i powiększa. Znaczy nie ta bliska, tylko dalsza. Żona kuzyna urodziła córkę… niby nic, gdyby nie to, że 44 lata ma. Kuzynka w ciąży zaawansowanej jest… wiek 43 lata. Kolejna kuzynka tez coś kombinuje, ale to młódka, bo co to jest 35 lat? Profilaktycznie wszelkie pytania ucinam, krótkim: u nas nikt w ciąży nie jest, nawet kotka. Tak, czasem wybicie z rytmu jest najlepszą metodą obrony przed pytaniami, których nie ma się ochoty słyszeć.

Z kategorii refleksyjnej, to właśnie mnie oświeciło, że nie mam pojęcia jak miała na imię moja prababcia od strony ojca. Jej grób też zawsze był pomijany i traktowany po macoszemu. Zmarła na wiele, wiele lat przed moimi narodzinami, ale jakoś jej syn, a mój dziadek, ani jego dzieci, nie pielęgnowały pamięci o tej kobiecie. Szkoda, bo to ciekawa postać była… w pewnym sensie ciekawa. To tak w ramach wspominek. Niestety ciotka M. nie pamiętała jak ona miała na imię, ale powiedziała w której części cmentarza powinien być jej grób, no i że ciotka Z. pewnie będzie pamiętać. Ciotka Z. to taka rodzinna wolna Europa jest. Właściwie to nie ma już osób które znałyby moją Prababkę bezpośrednio. Nie ma kogo o nią zapytać, ale czasem, na podstawie tych drobnych informacji jakie mam, lubię ją sobie wyobrażać. Tym bardziej, że jest rodzinnym tabu. Zdecydowanie, tych tabu po stronie Pana Hrabiego jest zbyt wiele… może to one, upchnięte na strychu, pochowane w szafach, przemilczane, niegodne spojrzenia i choćby jednego płomyka pamięci… wypadają z rodzinnej szafy niedomówień kolejnymi „trupami” chorych emocji, nieuświadomionych lęków i chorób. Poza tym, w związku z ostatnimi różnymi perypetiami, to z ową Prababka czuję swoistą bliskość… o ile można mówić, że bliskim jest ci ktoś, kogo nigdy nie poznałeś, nawet z opowiadań. A szkoda.

U Sekretarki Bożeny było mi bardzo dobrze, ale… czas było ruszyć dalej, a nie siedzieć komuś na głowie. Więc ruszyłam. Przed siebie. Czyli na plażę, nadal, bo nie wiadomo kiedy kolejny raz będę miała okazję chodzić po piasku i moczyć nogi w wodzie. Oby wcześniej niż za kolejnych lat piętnaście. Więc zarzuciłam plecak na plecy i potupałam przed siebie. Do Sopotu.

Tak, na molo. Nic to, że zdzierstwo tam okropne, i za to aby sobie po tych dechach pospacerować, trzeba haracz w wysokości 7,50 PLNów zapłacić. Zaszalałam, zapłaciłam i polazłam. Zasiadłam na pierwszych ławeczkach i pustym wzrokiem zerknęłam w przeszłość. Było to mocno nierozsądne działanie, gdyż mogło mieć poważne reperkusje. Poważnym reperkusją się jednak oparłam i tylko okiem rzuciłam w dalszą część plaży, lekko zamgloną, ale nadal wyraźną i z daleka lekko ukryty postęp czasu… tak jak w moich wspomnieniach, wygładzonych i wyprostowanych latami, które za mną. No dobra. Wydało się. Podróż czysto sentymentalna w to piątkowe przedpołudnie. Taka, w którą można tylko samemu się udać, bo tak i już.

Cholernie jestem ciekawa co u Ciebie po tych wszystkich latach i nadal jestem wściekła, że zdecydowałeś za mnie. Gdybym tak miała okazję Ci nawtykać i nawymyślać… wierz mi, nawymyślałabym Ci. Jestem już starą babą, więc mogłabym i choć już nie ma we mnie goryczy, to nadal jest jakaś nutka żalu. Żalu za tym co być mogło, choć nigdy się nie stało. Mam nadzieję, że jesteś szczęśliwy. Bądź zdrów. 

Dobra. Wracając do pionu. Czasu mało, to nie ma się co tkliwić. Raczej łapać trzeba obrazy, wdychać powietrze, moczyć stopy, bo kto wie kiedy jeszcze, kiedy znowu się trafi okazja. Wracając na molo, już bez popatrywania na zachodnią część plaży. To takie mam dla Was obrazki. Ach właśnie, zapomniałam prawie, że kiedy byłam tu ostatnim razem, to dworzec PKP w Sopocie, to była taka po PRLowska, niewielka, buda, prostokątna i z zatęchłym zapachem. Teraz wielki kompleks. Doprawdy, byłam zdezorientowana, i chyba pojechałabym do Gdyni, gdyż, to co pamiętałam, było tak różne od tego co jest teraz. Niestety, z tego szoku, nie zrobiłam sobie żadnego zdjęcia na pamiątkę. Drugim szokiem było to „coś” co wyrosło przy molo ( to coś dla jachtów… a raczej namiastka mariny) oraz to co wyrosło na molo. Ktoś w magistracie, jak nic, się z euro macał przez ścianę, nim wydał pozwolenie. Pryszcz taki zostawić na środku widoku. Normalnie, to porażka jakaś. Okropnie mi zgrzytało. Brakło mi przestrzeni którą pamiętałam.

Przynajmniej w jedną stronę widok nie bardzo się zmienił. Lubię zmiany, raptus jestem, coś zawsze się dziać musi. Znaczy się, ruch musi być w biznesie, ale pewne rzeczy są jak filary, już nawet, nie że powinny, ale właśnie muszą być niezmienne. Molo było jedną z nich dla mnie. Zmieniło się, Grand hotel, na tę chwilę jeszcze stoi jako stał 15 lat temu.

Trochę pływającego małego i dużego.

No i ja tam byłam. Ja i mój cień. Były też glony, ale to miejscami.

Choć żal było mi żegnać się z  morzem, to czas przyszedł na to już nieubłagany. Czas było jeszcze Zmorkę podręczyć swoją osobą. Przecież byłoby jej zbyt dobrze, gdybym i jej nie podręczyła. Zwłaszcza, że nie od wczoraj się już umawiałyśmy… a od lat nawet można powiedzieć, że bywały takie plany, aby i jej zakątek zobaczyć. Tak więc, kolejny raz, zarzuciłam swój plecaczek i poszłam na dworzec… i tutaj czekała mnie niespodzianka… pomyliłam oznaczenia gdy spisywałam sobie godziny odjazdów pociągów… teraz zamiast szybkiego i klimatyzowanego pociągu, miałam do dyspozycji, redżionalny piekarnik z termoobiegiem oraz, dla urozmaicenia, siłę męskiego testosteronu w pakiecie. Na szczęście testosteron stopniowo wysiadał (myślę, że to byli pracownicy ze stoczni lub z innych fabryk, gdyż gremialnie i wielkim tłumem wsiedli w Gdańsku). 2,5 i pół godziny z termoobiegiem i litr wody później znowu byłam w Bydzi. Po drodze jednak, przejeżdżałam przez Tczew, kolejny raz z resztą w trakcie podróży moich – i tu mały, fotograficzny prezent dla TUV… niestety tylko dworzec w przelocie, ale samemu miastu pomachałam od Ciebie.

No więc jest tak, że dziś jest piąte. Prawie nie chce mi się w to wierzyć, jak ten czas zaiwania. Jutro mamy w planach z A. jakiś plenerem, chaszcze i górki. Zanim całkiem nam pogoda się spsuje i zanim noce zaczną przychodzić zbyt szybko.

Po wczorajszym wpisie, to tak sobie siedzimy Ja i moje życie na przeciwko siebie. Nóżka założona na nóżkę, machamy sobie bucikiem, oglądamy sobie paznokietki u rączek, czy lakier równo się trzyma i ogólnie, udajemy, że nie ma tematu żadnego. Popatrujemy to na siebie, to na to co za okienkiem. Pełen luzik, zobaczymy kto kogo przeczeka. Ja je, czy ono mnie. Tym czasem, borem lasem, w mózgu wszystkie zwoje mało się nie przegrzeją. Jakaś zmiana we mnie jest. Coś pękło, coś się zmieniło, a coś zostało, coś odeszło. Z jednej strony zbyt późno, z drugiej zbyt wcześnie, a najlepiej aby całkiem nie było.

Tym samym robię przegląd szafy, wywalam to i owo. Przestałam liczyć na to, że jeszcze się zmieszczę w ubrania sprzed wielu lat. Już tego nawet nie chcę. To jak wracać do starego życia, a nie ma w nim zbyt wielu rzeczy do których chciałabym wrócić. Chętnie bym jednak jeszcze wbiła się w sukienkę, w tę biała, haftowaną z mnóstwem guziczków na rękawach… niby to tylko 2 lata minęło… a ja mam wrażenie, jakby to w innym życiu było…

Czas leczy rany. Tak mówią. Trochę racji mają. Prawie 3 lata. Dużo się w tym czasie działo, oj dużo. Jednak, tym co chcę zapisać dla zapamiętania, jest zarzekanie się. taka duża jestem, a czasem się jeszcze zarzekam i nadużywam „nigdy-bania”. Nigdy więcej to, nigdy więcej tamto, nigdy, nigdy, nigdy. Czyżby? Na pewno? Na prawdę? … a może jednak to nigdy ma swój czas przydatności do spożycia… Moje ma. W zależności od rzeczy, czas bywa różny, ale jednak jest i już.

Rower. Hm… Blisko 3 lata temu, po pewnym zdarzeniu, opisanym tu i siam

Twierdziłam, że nigdy, ale to nigdy i za żadne skarby, pieniądze i groźby, czy prośby, do roweru się nie zbliżę. Bo to diabelska maszyna jest. Pokrętna, narwana i zdradziecka, niebezpieczna do tego, a dentyści są drodzy. Od ubiegłego roku jednak powoli się zastanawia nad przysposobieniem i zaadoptowaniem jakiegoś jednośladu. Bez napinki, i bez parcia na już i teraz, choć jednak, przydał by się, bo jednak życie bez samochodu, byłoby łatwiejsze, gdyby był rower. Tak więc od słowa, do słowa o rowerze, idąc – jadąc dalej, w poranek sobotni wzięłam machinę Młodego i dawaj – na drugi koniec miasta. Tylko jak tam dojechać, aby ominąć jak najwięcej górek? No jak? No tak to, że zamiast trasą 3 km, to można wybrać trasę 5 km i tylko jedna górka człowiekowi na drodze stanie. Tak więc 5 + 5 = 10 km.

Niby mało, a jednak dużo, bo i moje uda, i pośladki i siedzenie czuły do wieczora te kilka kilometrów. Fakt, że umęczyłam się z lekka, bo nie udało mi się siodełka przestawić, a Młody ma jednak nogi sporo dłuższe ode mnie… także ten, nagimnastykowałam się, bo raz, że majdnąć do wsiadania i zsiadania nogą trzeba było wysoko, dwa, że ręce też miałam jakby nieco przykrótkawe do kierownicy, a pozycja… cóż, nie oszukujmy się… tym razem, jedynka nie miałaby szans na przetrwanie…

Swoją drogą to po tych 3 latach zostało mi li i tylko wspomnienie, oraz… nadal problemy z humorzastą jedynką, która nadal, pomimo lat trzech ma lepsze i gorsze dni. Tako w sumie jako i ja.

P.S. Nie mam już ani tej długości włosów (ścięłam jakiś czas temu i jakoś już tak mi zostało), nie mam też tej figury, gdyż ostatniej zimy zafundowałam sobie kilka ponadmiarowych kg, nie mam tez już strupków na twarzy i kolanach, ale za to mam na pamiątkę, do spółki z zębem, przebarwienia na skórze w miejscach otarć… paru rzeczy nie ma jeszcze, które wówczas były, ale cóż… życie toczy się dalej, a kg tez się powoli pozbywam, choć z wiekiem, niestety, bywa to coraz trudniejsze.

Także, drodzy moi mili – nie ma co się zarzekać, zaklinać i nigdy-bać. Szkoda czasu.


  • RSS