Ogólnie to już w sumie jest czwartek. Po minionym weekendzie mam całkowitego Niechcieja oraz zapalenie ucha środkowego, co ewidentnie wpływa na to, że Niechciej panoszy się na całego i rozsiadł się wygodnie. Niech mu będzie, kilka dni może się połajdaczyć na mój koszt, ale później to już wara i jazda precz.

Właściwie to nie mam o czym pisać, gdyż o niebieskiej ścianie już pisałam, o czekaniu na lodówkę również. Tak, nadal na nią czekam. Zdjęć też strasznie mało pstryknęłam na minionym wyjeździe, więc nie ma czym „dodrukować” przestrzeń i w ogóle dzieje się nic. Ogólnie to cenię sobie bardzo ciszę i spokój, ale mam wrażenie, że mój człowiek zaczyna nieco się nudzić, a kiedy mój człowiek zaczyna się nudzić, to strach się bać i nigdy nie wiadomo co mu do głowy strzeli. Bierze mnie zawsze znienacka, bez mojej zgody bardzo często i rozwala mnie na kilka dni, a bywa, że i na kilka miesięcy. Na dzisiaj jednak siedzi sobie obok mnie, na skraju biurka, założył nóżkę na nóżkę, podparł się po bokach rączkami, patrzy w dal niewidzącym wzrokiem i macha nóżką. Tą nóżką macha, która jest na górze. To znów, dla odmiany, podziwia paznokietki u rączek, a to bardzo wymowne jest, gdyż niewiele można w tym temacie podziwiać, no chyba, że kombinuje zakup kolejnego lakieru do paznokci, skoro te takie nieumalowane są obecnie… pewnie kolejny niebieski, albo różowy… zależnie gdzie go, tego mojego człowieka, drogeria bardziej przyciągnie, czy na Włościach, czy w Wersalu. To, że drogeria go przyciągnie jest więcej niż pewne, gdyż fryzjerskie zabiegi są jak najbardziej mile widziane, wręcz nawet konieczne. Nie no, tutaj szaleństw nie przewidujemy, eksperymenty i z długością, i z kolorystyką mamy już za sobą.

Dawno, dawno temu, kiedy Młody był jeszcze Nielatem i miał coś około 1 metra wzrostu (a może i ponad metr, gdyż ze wzrostem Młodego nie ma żadnych oczywistości), acz chyba za czasów początków tego grajdołka, będąc w odwiedzinach u kolegi B. i koleżanki K. (obecnie określanych B&K&co.) w grodzie Kraka, nosiłam się na pomarańczowo… później był etap różowy, a następnie, całkiem niedawno – złota roszpunka latem 2013. O poniższym zdjęciu zupełnie zapomniałam, jednak kolega B. znalazł je w czeluściach własnego zasobu fotograficznego, za co mu niezmiernie dziękuję.

Tak więc, dawno, dawno temu, kiedy byłam piękna i młoda, nie miałam siwizny, ani okrągłych kształtów… oraz jak widać, nie zajmowałam sobie czasu staniem przed lustrem i poprawianiem natury… to przyszło z czasem i wzięło mnie z zaskoczenia, niczym ten mój Niechciej, wyglądałam jak poniżej. Cóż, zmieniłam się do tego stopnia, że praktycznie nie przypominam siebie, więc spokojnie, ciężko byłoby mnie zidentyfikować mając poniższe zdjęcie młodego dziewczęcia i szukając baby w średnim wieku na jego podstawie… nawet wyszukane programy graficzne nie trafiają za naturą…