demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: wizyta

Po jednym krótkim telefonie w dnu wczorajszym, mój długi weekend rozpoczyna się już dziś. Ponieważ będzie trwał do poniedziałku, włącznie z poniedziałkiem, to niniejszym będę przez 6 dni ciągiem poza pracą. Ostatnia taka rozpusta miała miejsce ze 3 lata temu (w maju na wolnym byłam 5 dni).

Tak więc, siedzę i piję kawę, maluję pazurki na wściekły różowy kolor i zaraz wskakuję w bloki startowe i ruszam. Dziś niespodziewanie szybki, krótki i mam nadzieję, w końcu sensowny, wypad do Krakowa. Niestety nie będę mieć czasu pomachać Adasiowi. Wrócę w środku nocy, a jutro będę odsypiać.

Jutro wieczorem  kino, a pojutrze – się okażę, co pogoda sobą zaoferuje.

Nie lubię nie mieć urlopu. Bardzo nie lubię. Zwłaszcza, że czuję się zmęczona. Brzydko mówiąc – zajechana. Taki tydzień nic nierobienia, w sensie, że nic zawodowego, bardzo dobrze by mi zrobił. BA. Dobrze by mi zrobiło zupełne nic nierobienie. Takie siedzenie sobie na leżaczku, patrzenie niewidzącym wzrokiem w przestrzeń, najlepiej w kolorze błękitnym… to byłoby COŚ. Tym nie mniej, zawsze mogę sobie muzykę relaksacyjną z szumem morza puścić z laptośka, leżaczek wytargać na trawkę, i wody nalać do błękitnej miednicy… Tak. To też byłoby już coś.

Nie mniej jednak, plan jest taki, że zdjęcia mojej roszpunkowej fryzury to dopiero po weekendzie. No bo tak. Plan jest. Jak jest plan, to już pół sukcesu. No więc jest plan. Zrobić nalot na Tuv. Hordą dziką przelecieć przez jej spokojny żywot. Za dobrze ma dziewczyna, trzeba jej trochę urozmaicenia. BA, a skoro nie wnosi sprzeciwu, a nawet wręcz odwrotnie (tak utrzymuje ;) ), to przecież nie dam się dwa razy prosić.

Na pocieszenie jednak, nie z braku morza, bo co się odwlecze to nie uciecze, jak mawiała moja śp. Babcia G., a z braku urlopu, to właśnie w piekarniku siedzi sobie jogurtowe z truskawkami, ale dziś bez kruszonki, bo nie miałam na nią wizji (i smaku). Jak już się upiecze, to zafunduję sobie wyżerkę na wielkim kawałku gorącego ciasta i później znowu będą przeboje ze snem… chociaż może dla odmiany w sny to pójdzie, a nie w bezsenność od 3 nad ranem… Co do snów zaś, to cóż… jak wiadomo nie od dziś, to w pewnych obszarach trafiają się sporadycznie, ale… ale… ale… w poprzedni weekend. Jednej nocy. Tej samej. 3 na raz. Normalnie to tego trzeciego nie pamiętam, za bardzo, bo tak mnie zdziwiła tematyka i ilość (ba ilość nawet bardziej), że się obudziłam… i zupełnie nie było mi żal się budzić.

tak więc

5

Czekałam z premedytacją niejaką, aby Tuv fotki dodała. Jako gość, wszak ma pierwszeństwo. No oczywiście, że nie koniecznie dobrze został termin jej powrotu do domu ustalony, gdyż osobiście nie miałam najmniejszej chęci puścić jej już wczoraj. No, ale jak mus, to mus… chociaż mogłam związać i zatrzymać ;)

Tak więc pogoda dopisała nam rewelacyjnie (dla odmiany dziś jest jakieś 10 stopni i co chwilę straszy deszczem. W sam raz na spacer po wsi galicyjskiej.

… i leśnych ostępach…

… pod czujnym okiem opatrzności…

… i nocne szwędactwo, bliżej nie wiadomo gdzie ;)

… i wszystko to zbyt krótko, gdyż szybko Tuv do domu postanowiła odlecieć …

Tymczasem, ja sobie siedzę i radośnie się opycha tym co tylko mi wpadnie w łapska. No dobra, samo nie wpadło. Owada musiałam odwiedzić, ale czipsy solone z serkiem stracciatella (lub waniliowym) wpływają całkiem nieźle na poprawę humoru, a drugi kubek kawy też nie jest bez znaczenia… i zakup koszulki, która graficznie w sposób jedyny, właściwy i słuszny wyraża mój obecny osąd o wszystkich facetach łażących po biednej matce Ziemi.

… gdyby tylko było nieco cieplej, już bym w niej paradowała…


  • RSS