demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: wiosna

Codziennie idąc do pracy mijam 2 zakłady fryzjerskie, a i trzeci się trafia, gdy wracam nieco inną trasą. Wizyty u fryzjera nie są moim ulubionym zajęciem na popołudnie, ale nie da się całkiem bez nich żyć. Choć niektórym się to udaje, ale mają dar tego aby samodzielnie się nożyczkami obsłużyć. Ja tak nie potrafię. Więc chodzić muszę. Czasami. Niezbyt często, ale jednak. Więc poszłam. Po pracy. Więcej też tam już nie pójdę. To co mam na głowie mogłabym sama osiągnąć, bez wybulenia 40 PLNów, nawet zważywszy na moje anty talenty w dziedzinie fryzjerstwa. Nadmienię, że 40 dychy kosztuje podcięcie końcówek… w to samo miejsce u swojej starej fryzjerki to 20 PLNów płacę i przynajmniej wiem, że mam włosy podcięte i da się z tym wyjść na ulicę. Spoko, teraz też się da. Zwłaszcza jak zwiążę w kucyk.

Młody jak mnie zobaczy jutro to padnie ze śmiechu nad fantazją matczyną. Zwłaszcza, że jeszcze dziś stoi w jego pokoju zdjęcie z czasów przedszkolnych, gdy i on miał awersję fryzjerską i gdy to ja sama musiałam go ostrzyc. Cóż… no, mam za swoje.

Całe szczęście, że włosy jednak odrastają. Jednak, Pani liczy na to, że zjawię się u niej na pasemka… bez szans. Ten zakład fryzjerski miał już swoją szansę. Zmarnował ją. Drugiej nie będzie. Przynajmniej wiem, kto na osiedlu połowę „pudli” czesze i wszystkie „hełmy”. „Pudle” i „Hełmy” to jedne z popularniejszych, czyli częściej spotykanych, na osiedlu fryzur damskich. Teraz już wiem, gdzie te dziwne uczesania produkują i które miejsce należy omijać szerokim łukiem.

Poza tym, to wczoraj była burza, a dziś zieloność zaczyna tryskać po tym jak nieco wody dostała, bo u nas sucho jest bardzo. Trawa rankiem aż raziła w oczy zielenią, a drzewa też jakby nagle przypomniały sobie, że to czas już na kwiatki i listki…

Pięknie, jest pięknie. Ciepełko dzisiaj, świergolce świergolą jak opętane, a fiołki to po prostu oszalały i w jakiś amok kwitnienia wpadły. Staram się udawać, że nie dostrzegam tego rwetesu wiosennego. Tyle, że nie wiem jak długo mi się to uda.

Jest plan. Plan jest sobotnio – plenerowy. Jakieś chaszcze, jakieś górki i witanie wiosny. Takie 5 godzinków w terenie. Niby plan dobry jest, tylko, czy ja wytrzymam ten spacerek w natłoku wiosennych dźwięków i budzących się kolorów, bo wiosna zdaje się w oczach rozciągać swoje władanie nad okolicą.

Kwestią też jest tutaj to, że kurcze jabłonki na Włościach aż się proszą i wyczekują strzyżenia ubiegłorocznych odrostów. W końcu co się im dziwić, każda kobieta lubi na wiosnę dobrze wyglądać, a tak, bez nowej „fryzur”, zarośnięte, to jak to to tak… choć znowu matka rodzicielka będzie marudzić, że wszystkie pączki kwiatkowe jej opitolimy. Bo gdyby tak jutro jakimś cudem zdążyć z przycięciem przynajmniej części jabłonkowego towarzystwa… to w sobotę można by było się jednak spróbować zmierzyć z materią terenu. Niedziela odpada, gdyż do niektórych dziur naszego regiony, niedzielną porą komunikacja publiczna (tak państwowa jak i prywatna) zwyczajnie nie kursuje. Ot, koniec świata.

No i jeszcze w ramach wiosny widziałam już i boćka, i dziś porankiem grubego trzmiela któren to sobie latał i buczał przy jednym z ogrodzeń mijanych w drodze do fabryki.

Także ten, tego, no, Wiosna pełną gębą proszę Państwa.

No i dobrze. Jeszcze kilka takich dni, a w futryny drzwi bym się żadnych nie wcisnęła. Zwyczajnie coraz bliżej mi do kształtu idealnego, tj. do kuli. Pomyślę nad tym jednak jutro, albo po weekendzie, albo… za kilka dni, czy za jakiś czas. Teraz nie mam do tego głowy.

Za brak życzeń najmocniej przepraszam, jednak, stukanie uciapanym w smakołykach paluchem po tablecie, przerosło moje możliwości. Tym nie mniej, że w zakresie mojego podejścia do świąt nic się nie zmieniło, a niegdysiejsze przebłyski ciągot familijnych i familiarnych uważa się za przebrzmiałe, albo zupełnie za niebyłe.

Sprawy nie poprawia też poprawiająca się pogoda, która poza brudnymi oknami wydobywa pełen niesmak w zakresie konieczności przywdziewania coraz cieńszych ubrań.

Jednak, jak widać nadal i ciągle jeszcze wysokie obcasy oraz czarny płaszczyk w połączeniu z malinową sukienką i pełnym makijażem (no co – święta przecież były, nie mogę całe życie już zawsze tylko w „murzynach” łazić… chociaż kupiłam sobie nowe „air-maxy”… białe i błyszczące) sprawia, że nie ginę w tłumie, a nawet, niektórzy ludzie, po wielu latach amnezji, przypominają sobie, że i owszem, znają mnie, i co więcej, można mi „Cześć” w miejscu publicznym i tłumnym powiedzieć. Ok. Prawie sobie szczękę zgubiłam i roztrzaskałam na kafelkach hipermarketu będąc pod wrażeniem, gdyż nie co dzień zdarza się, że znajomi z klasy, szkoły podstawowej rozpoznają człowieka na mieście… no może poza P. lub G. z którymi, jeśli przypadkiem się akurat spotkamy gdzieś na mieście, to kilka słów zamieniamy zawsze, zawsze i zawsze. Mogłabym też tutaj popłynąć na tematy tego jak to zapewne czas jest dla mnie łaskaw, skoro po TYLU latach jestem rozpoznawalna, ale obawiam się, że zwyczajnie Sz. mnie z kimś pomylił… zdecydowanie jest to opcja najbardziej wiarygodna, bo choć zawsze cichym i milczącym był, to jednak nie pamiętam ile lat temu ostatni raz się ze mną przywitał, a mijamy się… bywa, że i kilka razy w miesiącu.

Więc tak sobie siedzę i myślę, z kim to mnie pomylił, a jak jednak nie pomylił? To może ja zwyczajnie wrócę do moich 10 cm szpilek (mniejsza z większym, i z kręgosłupem, i z kąśliwością Pana Dohtorka gdyby się dowiedział… ale się nie dowie… chyba, że jakaś papla mu wypapla, ale nie planuję brać asysty na wizytę… a poza tym, co było, a nie jest – nie pisze się w rejestr, więc niebyłe chodzenie w szpilkach, to się nie będzie liczyło, no i jeszcze koturny to przecież nie są szpilki… się więc nie liczą.), a może do tego jeszcze zacznę chodzić w sukienkach… a może jeszcze w końcu dotrę do fryzjera… a może… dobra… popłynęłam, ale to od nadmiaru cukry, który wiem – miałam ograniczać… ograniczę, ograniczę… kiedyś…

… choć może jednak to te buty i ta sukienka… bo się okazało, że jednak w tamto przedpołudnie, kiedy w samochodzie koszyk czekał na dowiezienie do święcenia, to w tym hipermarkecie, spotkałam tylu (męskich) znajomych, że zwyczajnie, normalnie na co dzień to i przez miesiąc się nie trafia… ;)

żyję… chyba…

9

Ogólnie to bez śniegu jest do duszy. Wielkanoc mamy, czy Boże Narodzenie? Nie wiem. nie jestem pewna. Może koszyczek mam wyciągnąć? Albo cóś. Jajeczka jakieś? No nie wiem. Nie wiem.

Nie mam czasu pisać, nie mam siły pisać, nie mam na czym pisać i nie mamo czym pisać. Więc nie piszę. Czytam. jeśli znajdę chwilę czasu, co nie jest łatwe. Może w święta nadrobię.

Przepraszam dziewczyny, ale w tym roku, nie starczyło mi czasu na zrobienie kartek i na wysłanie ich pocztą tradycyjną. Obiecuję się poprawić i już może w najbliższym czasie, na zaś zrobić kilka wielkanocnych, żeby mieć na zapas pod ręką, gdyby się okazało, że nadal obłożona robotą jestem.

Z samopoczuciem też różnie bywa. Znaczy, skoro wszyscy na około smarkali, to i mnie smarkaty czas dopadł i dogadał się z gruźliczym kaszlem, który miał dłuższy przestanek w mojej osobie i nie chciał się ze mną rozstać. Jednak, zdaje się, że już nie jest źle.

Tymczasem Młody zakończył kursy operatora koparek jednonaczyniowych i koparko-ładowarki, zdał egzaminy i nabył uprawnienia. Wjechał nieco do rowu Ferdynandem, oraz stracił zderzak na parkingu… nie wiem, czy on zaparkował bez zastanowienia, czy ten co mu rozpieprzył zderzak i kawałek lakieru zabrał z Ferdka był dupa nie kierowca, co w okresie około świątecznym z bez śniegową aurą jest normą (w sensie, że niedzielni kierowcy, którzy zwyczajowo swoje wozy chowają do garaży na zimę, teraz nimi jeszcze jeżdżą), w każdym bądź razie, się nie nudzimy. Oczywiście, że sprawca braku zderzaka zwiał i nie zostawił nic (że o nr telefonu wspominać nie będę… ), zabrał zaś nieco lakieru… na pamiątkę chyba, bo po co mu innego.

Nadal nie mamy znalezionego rehabilitanta sportowego do rozćwiczenia kolana Młodego, ale szukamy, szukamy. Mamy za to okulary nowe, gdyż stare Młody zjadł był (nie wiem, chyba na deser, bo staram się jednak dbać o to aby lodówka pusta nie była i aby Młody miał co jeść), więc może to i Młodemu, i Ferdkowi na zdrowie wyjdzie.

O pracy pisać nie będę, gdyż, po prostu niewybredne wiązanki na ust korale się mi cisną ciągiem nieprzerwanym, gdyż nie wyrabiam w zakrętach.

O stosunkach rodzinnych też pisać nie będę, gdyż dla odmiany te się mają szumnie, są mocno urozmaicone i nudą nie wieje. Dzięki czemu nowy, nadchodzący, rok jawi się w perspektywie znowu z rozwalonym urlopem na wizyty urzędowe mniej lub bardziej dobrowolne, acz nieuniknione.

Co do urlopu, wpadła mi do emajli reklama wyjazdu do Rumuni. Za tysiaka, na 7 – 8 dni. Kusi, nęci i szczerą ochotę mam pizdnąć wszystkim i pojechać… tylko kurcze – może by mi jakiś Mikołaj ten wyjazd pod-choinkowo za-sponsorował? Wyjazd wakacyjny, o tej porze roku (dokładniej to styczeń/luty) jest poza moim budżetem, także wszelkie działania Mikołajowe/ Dziadkowo Mrozowe/ itp. są i wskazane jak najbardziej i mile widziane.

Trzymajcie się tej zimy wiosennej.

niedziela deszczowa

6

… a miałam nadzieję, że pogoda pozwoli na jakiś wypad w zielone. Niestety rozpadło się. Szkoda, wielka szkoda.

Co poza tym? Ano diabli wzięli mój chytry plan dotyczący wymiany opon w Ferdku. Skoro jesteśmy razem i tak nie dłużej niż do jesieni, o chciałam zaoszczędzić na wymianie kół i konieczności dokupienia opon letnich, czy jakichkolwiek tam. Cóż, widać Ferdek, na koniec dba o moje bezpieczeństwo i broni mnie samą przed ułańską fantazją. Dzięki czemu, w piątek, wziął i spuścił mi powietrze z lewego przodu… w takcie jazdy rzecz jasna. Powoli, bez wybuchów i nagłych szarpnięć. Powoli, delikatnie i w miejscu uniemożliwiającym natychmiastowy postój, z braku sensownego pobocza. Dzięki czemu opona została załatwiona do końca, choć nie do farfocli. Nie, nie – spokojnie. Nawet felga przeżyła. Cóż widać zużycie opony około 70% przeszło w zużycie równe 100%. Obecnie więc zastanawiam się, czy dałoby się przepchnąć opcję jazdy na 2 letnich i na 2 zimowych oponach… oczywiście o krótkiej żywotności ze zużyciem dopuszczającym do jazdy, acz sugerującym, że czasy świetności minęły wiele kilometrów wcześniej…

Wczoraj zaś zagracaliśmy z Młodym balkon na Włościach. Dziecię moje udzieliło mi reprymendy za rok ubiegły, że balkon taki pusty i nijaki, a następnie nakazało wyjazd do ogrodniczego celem nabycia zieloności do doniczek. Nabylim i zieloności i ziemię. Zobaczymy jak długo to pożyje. Chciał to ma. Będzie podlewał, albo i nie – jego wybór. Nie jest tyle tego ile przez wcześniejsze lata, ale zawsze choć coś. Niestety, właśnie przez wspomnianą na wstępie pogodę, na ten poranek, kawa inauguracyjna nie została wypita na balkonie, gdyż… wiało i lało.

Na planowany dzisiejszego dnia wypad w teren, naszła mnie ochota, zaraz po tym, jak wczoraj, przypadkiem, poczułam zapach pierwszego, wczesnego siana. Nie ogródkowej trawy koszonej na przydomowym trawniku, tylko trawy koszonej kosą na łące. Skąd wiem, że kosą, bo cicho, spokojnie, z charakterystycznym szzzuu, szzzuu. To magiczny zapach ciepłego popołudnia. Tak pachnie tylko pierwsze zaczynające dopiero podsychać siano. Mogłabym tam usiąść na miedzy, wystawić nos do słońca i wdychać ten zapach do upojenia. Niestety ciemno grafitowa chmura nie pozwoliła mi na delektowanie się chwilą… szybko się z robotą uwinęłam, i kiedy wsiadaliśmy do samochodu, spadły pierwsze ciężkie krople deszczu… który później przywieźliśmy za sobą do miasta. :(

Teraz to powoli zabieramy się za zjedzenie obiadu, jak tylko zjemy i wypijemy poobiednią herbatkę, czas na spełnienie obowiązku obywatelskiego będzie właściwy.

Nie da się ukryć, że wiosna ruszyła z kopyta. Ona galopuje i stara się nadrobić stracony czas. Ja lecę przez ręce. Wszyscy na około, jako te mróweczki, się krzątają, najchętniej na podwórku. Ja najchętniej zakopałabym się pod jakimś kocem i dogorywała.

Pominę takie drobne niedogodności związane z wiosną jak katar od pleśni, pyłków i innych ustrojstw. Kicham i kicham, i kicham, a jak coś połknę to jestem senna. Więc nie połykam, gdyż nawet te środki, które w ubiegłym roku się sprawdzały i nie działały potępiająco, w tym roku, magicznie zmieniły swoje właściwości i jakoś nie bardzo chcą działać. Więc kicham.

Gdyby mi kichania było mało, to mam lekką karuzelę z ciśnienia atmosferycznego, które nie jest kompatybilne  z moim organizmem. Padam jak kłoda na sam widok materaca i tracę zdolność działania, czy choćby myślenia najdalej z chwilą kiedy głowa dotyka poduszki. Nie ma mnie.

Niestety, do tych standardowych objawów wiosny, w tym roku jeszcze dołączyły inne. Znacznie bardziej niepokojące i wymagające konsultacji. Tak, zdaje się, że moja pompka ma jakieś fanaberie, ale możliwym jest, że po prostu nie chce jej się pompować wody. Więc przydałoby się sprawdzić czy to pompka mi znowu szwankuje, czy może woda to nie jest płyn jaki ona lubi tłoczyć.

Tak, tak. Łykam systematycznie witaminki, pijam soczki, jadam posiłki bogate w to i owo. Odpoczywam. No i do kitu, bo sił mam mniej niż kiedy, jeszcze kilka tygodni temu, zapieprzałam średnio po 16 godzin na dobę.

Czyli ogólnie, nic nowego. Wiosna przyszła. Muszę się zaaklimatyzować i da się żyć. Tak myślę. Mam kilka planów, które mam zamiar zrealizować, więc innej opcji nie ma. Tylko niech się mój człowiek przestawi z opcji Winter, na opcję Summer…


  • RSS