demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: weekend

pomieszanie z poplątaniem

16

Trochę inny był plan na miniony weekend, ale cóż, kolega A. został w piątek dziadkiem, więc czas pracy nam się wydłużył znacząco. W każdym bądź razie, do domu dotarłam około wpół do pierwszej w nocy. Nie żeby trzeźwa jak świnia, ale jednak całkiem pijana również bynajmniej nie. Tym bardziej byłam zdziwiona niejako sobotnim samopoczuciem, gdyż wstałam i było spoko, ale… później mnie samopoczucie nagle się zmieniło. Sę myślę, ki pieron, kac jakiś spóźniony, się nagle zrobił, czy jak. Niby nie kac, ale samopoczucie do kiszki. Powoli rozchodziłam dziada. Dziś się okazało, że niektóre osoby rota wirusika mają… znać mój organizm tylko się temu polskiemu roześmiał w twarz i pokrył niepamięcią jego obecność. Niemieckie rotki to są takie, że człowiek latami ma dreszcze na kręgosłupie jak sobie takiego dziada wspomni, jak to go do domu sobie przytachał. Niedziela, jak to niedziela, u nas jeszcze śliczna było, więc z Matką Rodzicielką pojechałyśmy na cmentarz, dzięki czemu grób Babci mamy już ogarnięty i napastowany (od pastowania pastą, a nie od znęcania się, bo znęcanie się to było na moich dłoniach, gdyż standardowo mam kostki poobcierane i poobijane), więc deszcze mu już wiele złego nie zrobią. No i tak jeszcze, w poprzedniej notce wspominałam o torebce, że by mi się do nowej kurtki przydała, więc okazało się, że mam jakąś zapomnianą w stosownym kolorze, a drugą, za 2 PLNy… bo się z rana (o 8 z letkim hakiem) na zakupy udałam i przy okazji spożywki, zaglądnęłam na Peweks. Więc mam i torebunię, i bransoletkę. Bransoletka też za 2 PLNy. Majątek wydałam jak nic (4 PLNy).

Teraz jeszcze w ramach nadrabiania zaległości obrazkowych, wrześniowy wyjazd do Wisły, kiedy to nie bardzo miałam czasn na robienie fotek, ale skoro Perełkę przetargałam przez 3 województwa, to jednak ją ze 2 razy wyciągałam z bagażnika. Sama Wisła wieczorową porą prezentowała się tak:

Słodki Małysz… ten co to dostał gablotkę, jak mu jakiś wielbiciel, czy wielbicielka, odgryzła ucho… trudno powiedzieć, czy zrobili to z miłości do Skoczka, czy do czekolady… ale… chyba jednak lepiej, że w gablotce niż bez… zawsze to mniejsza pokusa, żeby sprawdzić, czy ona na prawdę jest czekoladowy… ;)

Ponieważ to co dobre, bywa, że kończy się szybko, to… i ja do domu wrócić musiałam. Dlaczego wracałam 28 choć mogłam inną trasą? No jak możnaby było inaczej?

trochę roboty mam

10

Jak wiadomo, ostatnio, ale nie tylko, robota mnie lubi. Tak bardzo mnie lubi, że nie bardzo mam czas na cokolwiek poza robotą. Na pisanie to już zwłaszcza, a w szczególności, na pisanie, tego co z pracą związane jest średnio. Tak więc sobie siedzę i się pozbawiam kolejnych literków z klawiatury. W sensie, że dorobiłam się i nowej klawiatury, i nowego monitora, ale nie bardzo rano pamiętam aby je podpiąć, a w trakcie dnia to nie bardzo mam czas się bawić z kabelkami i nurkowaniem pod biurkiem. Chyba w gruncie rzeczy właśnie o to nurkowanie pod biurkiem chodzi. Gdyby się tak samo zanurkowało i poprzepinało, to już by było dobrze.

Tym czasem wydałam wczoraj górę pieniędzy. Zaszalałam i kupiłam sobie kurtkę przejściową, która może robić jako zimowa, gdyż wzięłam w rozmiarze słusznym umożliwiającym wepchnięcie jednego z moich „swederków” pod nią. Dorzuciłam do tego dywanik do łazienki, gdyż staremu czas do dywanikowego nieba (albo do przyzwoitej łaźni, ale chyba nie chce mi się go prać, bo ręczna zabawa z tym jegomościem kończy się poobcieranymi kostkami), w dalszej kolejności dorzuciłam jeszcze wielką, wielkaśną poduchę pierzastą i kocyś misiowaty, milusiowaty i cieplasty, oraz dwie pary butów. Moje konto piszczało i starało się mi przypomnieć, że mam pilniejsze wydatki niż milionowy kocyczek. Bo, droga redakcji, w czeluściach mojej szafy jest co najmniej 3 kocysie, które jeszcze nie były użytkowane. Butów też mam kilka par, które jeszcze nie były użytkowane, ale to może przemilczmy. Jedynym słusznym zakupem była owa kurtka przejściowa, ale jak to tak? Sama kurtka, a eleganckie buciczki do niej? Tyle, że teraz to ja do niej nie bardzo mam torebkę…

Co poza tym? Ano w miarę ciepło jest przez minione 2 dni więc znowu mi się funkcjonowanie włączyło, choć początek tygodnia, z mizerną pogodą, był co najmniej trudny, i ciężki. Jeszcze mi się człowiek nie przestawił na tryb jesienny i do tego… to pierwsza jesień, z której się nie cieszę. Zawsze jesień i zima to był mój czas,a  teraz? No halo?! Halo! Ktoś mi człowieka podmienił, czy jak? Bo ja, przepraszam, ale nie rozumiem. Mnie się robi zimno już na samą myśl o zimie. Tak w środku mnie dreszcze łapią. Tyle lat czekałam z utęsknieniem, a teraz to co? Teraz to mi zimno. Chyba niestety, zimno mi nie tylko fizycznie, ale też w środku. W środku mojego człowieka jest zimna bryła, która tylko potęguje to zimno, które jest odczuwalne fizycznie.

Mniejsza z większym. Piątek jest. Piątunio, piąteczek, piątuś. Dwa dni nic nierobienia. Znaczy w sensie, że nie wstawania do roboty, bo robić to zawsze jest co, a nawet jak nie ma, to zawsze można sobie jakieś zajęcie znaleźć, jeśli się oczywiście chce. Może jakieś plany terenowe uda się zrealizować, może czytelnicze, a może filmowe. Coś się tam da przecież zrobić. Co nie?

zaległości do odrobienia

6

Jakiś czas temu, to u Sekretarki Bożeny, jak to w sekretariacie bywa, rozgorzała wymiana poglądów i zainteresowań torbami materiałowymi. No więc stwierdziłam, że mam ręcznie malowaną, w prezencie od syneczka nawet ją dostałam… tyle, że ją wyprałam… i już jakby trochę mniej malowana, ale że zobowiązałam się kiedyś ją pokazać, to i pokazuję to co z niej zostało… to co zostało po praniu, bardziej z rysunku niż z torby, bo jej użyteczność nie zmalała, ale estetyka już niestety tak…

Zdaje się, że kolory niebieskie były bardziej pranio-odporne niz kolory czerwone.

no i jeszcze dorzucę taką babską, która na pranie jest odporna, a do tego ma uszy o przyjemnej długości…

Co do weekendu, to był zaskakujący, niespodziewany, nieplanowany i nadspodziewanie udany… pominąwszy brak wody gdyż jak wiadomo nieszczęścia chodzą parami, to rury na magistrali wodnej pierdutneły i przed Włościami, i za Włościami, co niestety spowodowało, że kąpiel była brana w misce i w 2 litrach wody… no bo skoro trzeba było ruszyć w teren… ale ponieważ, na pierdoły postanowiłam mieć wymerdane… to mam i się nie przejmuję brakiem wody w kranie, czy może mniej estetyczną fryzurą, którą też pewnie bym jeszcze wyszorowała, gdybym miała więcej niż 2 litry wody na kąpiel. Jak się chce to się da.

P. kiedyś powiedział, żebym się pierdołami nie przejmowała (marudziłam coś o tym, że mam nogi jak u sarenki… i bynajmniej nie chodziło o to, że aż takie zgrabne)… więc się nie przejmuję, już nie… a jak komuś coś nie odpowiada, to jego kalosze, nie moje…

Nie wiem, czy zauważyliście, ale pewnie tak, że się wczoraj jakoś popsuło ogrzewanie. Po sobotnim całkiem miłym dniu, z naprawdę fajnym i ciepłym wieczorem, niedziela okazała się paskudna, ohydna, zimna i mokra. Zwyczajnie, ktoś wyłączył, nie wiem zupełnie dlaczego, i całkiem tego nie rozumiem, ogrzewanie na zewnętrznym. Gdyby tego było mało, to chyba temu na górze, jeszcze jakaś rura przecieka, bo kapie nam na głowy, i kapie, i kapie, i kapie, i mój parasol stoi w mieszkaniu, a ja w pracy jestem, bez parasola.

Weekend, weekend i po weekend. Pominę delikatną kwestię pobudki sobotniej z godziny 5,30 przez trzepoczącego się do okna motyla, któren to zapewne w piątek wieczorem wraz z praniem lub pościelą przywędrował z balkonu, a o tej nieludzkiej porze poczuł zewn natury i przemożną chęć wydostania się do niej. Wiem, mogłam być nieczuła i przewrócić się na drugi bok, i zignorować dziada, ale pomyślałam sobie, że jak tak dalej o szybę będzie tłukł, to sobie cały pyłek ze skrzydełek otrząśnie i się nielot z niego zrobi. Wstałam więc i dziada wyeksmitowałam z mojego pokoju. Zdaje się, że On jednak szczęśliwszy był ode mnie, gdyż, jak się go pozbyłam to okazało się, że właściwie to ja rześka i wyspana już jestem… ale co można robić o 5.30? Otóż można zrobić sobie kawę i pranie, jedno, pranie drugie, krochmalenie i już przed 8 rano mieć pościel na sznureczkach w ogrodzie wywieszoną, oraz udać się na dalsze zakupy czy coś.

Niestety, okazało się, że Młody pomyślał o względnym ogarnięciu gawry swojej, co sprawiło, że to mi kocyczek dorzucił na stertę prania, to podusie, którym też wody i detergentu czasami nieco by się przydało, to skarpetkę zapomniana zza pufy, to znowu kocyczek jeszcze jeden… bo pościel to w piątek sobie zmienił. Stąd to poranne jej wieszanie w ogrodzie było. Tak więc pralka cały boży dzień miała zmianę. Z milion razy.

Nie o tym było moim zamiarem jednak gryzmolić. Chciałam nadmienić, że wegetarianka ze mnie marna, i jednak zostanę przy mięsie, gdyż zwyczajnie, samymi roślinami to ja się nie najadam. dzień, dwa, czasem trzy mogę bez mięsa, bywa, że i cztery, ale padlina jest padlina. W życiu mi tak pizza z salami nie smakowała jak w sobotę. Niedzielny schabowy był po prostu poezja niedzielnego obiadu, a wcześniejsze, piątkowe wyjadanie pieczeni rzymskiej z brytfanki, bez pieczywa i innej zakąski, dostarczyło mi rozkoszy kulinarnej, o niemal niebiańskiej sile… a może piekielnej? Nie wiem, fakt, że w końcu udało mi się nie myśleć o jedzeniu, i w końcu, choć przez czas jakiś nie byłam głodna. Wniosek z tego taki, że mój człowiek, sama trawa nie pojedzie.

No i jeszcze popełniłam soczek mniszkowy w sobotę. Pychota powiadam wam. Pychota. Gdyby nie ten deszcz to popełniłabym go więcej, bo to na próbę było, ale tak to, cóż, liczyć mogę, że może się przerwie to moczenie z nieba, i że jeszcze jakieś 400 – 500 mniszków zakwitnie… bo i miałam zakusy na nalewkę pokrzywowo – mniszkową. No bo skoro kokorycz nadal rośnie w lesie to… jakoś trzeba było ziołowe zapędy wykorzystać.

Zmorko droga, zupa pokrzywowa została wyparta przez wielki gar grochówki na boczku, ale obiecuję solennie, że jak tylko, a może nastąpi to na dniach, o ile zlokalizuję pokrzywy niewykoszone, jak tylko znajdę podstawę jej produkcji, to zmajstruję i proces opiszę. :)

Co do przesyłki piątkowej zaś, dotarła, choć dziś ją dopiero przejęłam, a otwierać będę popołudniem, gdy dotrę na Wersalowe apartamenty. Ciepłości Wam i suchości życzę.

zimno, mokro i zielono

4

Na weekend był plan chytry i interesujący. Był. Na tym się skończyło. Niestety nie przepadam za plątaniem się gdziekolwiek kiedy na głowę ciapa mi deszcz. Może być chłodno, może być ponuro, pochmurnie i nawet mgliście, żaden problem to dla mnie, ale deszcze? Deszcz sprawia, że nie mam ani siły, ani ochoty, ani zacięcia, ani niczego. Najmniej to pomysłu. Bo mogłam iść na siłkę, jednak doszłam do wniosku, że możliwym jest, że dziki tłum tam będzie na okoliczność deszczową, a ja akurat nadal, jak i zawsze, nie mam szczególnie dużej potrzeby asymilacji społecznej. Mało tego, ludzie ostatnio w dużej mierze mnie drażnią. Unikając deszczowych tłumów, postanowiłam poczytać, polenić się i nic nie zrobić. Takoż tez się stało. Gdyż o ile sobota była świadomym wyborem, o tyle, niedziela już mniej świadomym, i wygenerowanym z automatu. Owszem deszczyk sobie nadal i w niedzielę sukcesywnie kapał, jednak inne okoliczności przyrody sprawiły, że nic mi się nie chciało.

Tak więc niedziela upłynęła mi na dochodzeniu do siebie po wizycie u koleżanusi w sobotni wieczór. Było miło, ale rano już miło nie było. Doprawdy mój człowiek już albo się starzeje mocno, albo jakiś popsuty jest, czy co? Bo żeby tak przez pół dnia nie móc zmotywować żołądka do pracy i oddawać każdy płyn jakim się go próbowało motywować? Gdyby jeszcze człowiek się jak świnia sponiewierał, a tu nie, nic z tych rzeczy. Kulturka, bo plany leśne były. Tak więc, i deszcz i człowiek sprawili, że niedzielę, tako jak i sobotę, przebębniłam trochę z książką w ręce, trochę  oglądając filmy, a trochę nie robiąc nic.

Dziś padam na nos, bo dla odmiany, o ile poprzednia była nieco krótka, o tyle bieżąca miniona był z gatunku mało sennych. Co chwilę się budziłam, co chwilę nie mogłam zasnąć, a minuty płynęły i oczywiście najlepszy sen zaczęłam łapać tuż przed budzikiem. Tyle. Oczy dziś na zapałki i powoli coś tam pracujemy. Byle do przodu.

jak ten czas zaiwania

6

Zwyczajnie nie mam czasu. Norma o tej porze roku. Choć akurat i tak mam dodatkowy bonus w zakresie pracy. Takie tam niespodzianki z minionych lat, które trzeba wyprostować i nie zawsze moje to niespodzianki, ot – biurowe, szafowe trupki, które wypadły, gdy nieopacznie otwarłyśmy jedną szafkę wespół z drugą nieostrożną (jako i ja) osobą, i do tego jeszcze telefon z gatunku… co mogę z „tym” zrobić, bo to delikatna sprawa jest. Gardłowa nawet.

Tak więc przepadłam w swoim papierowym królestwie i tak do wiosny, a nawet do lata wczesnego, nie widzę możliwości jakiegoś większego obrobienia się. No może, jak się ogarnę, to gdzieś koło marca – kwietnia się przyluźni. Więc nie pozostaje mi nic innego, jak… zakrzyknąć: Byle do lata!!!… Brzmi to nieco absurdalnie, kiedy czas myślenia o zniczach i chryzantemach dopiero nastał, ale taka jest prawda. Byle do lata. Nawet o dłuższym urlopie nie bardzo mam co marzyć.

W ramach więc uciechy nad tym wszystkim oraz w związku, i bez związku, z faktem, że jedna taka w końcu dzidzię od cyca odstawiła, ja się upiłam, a ona mi towarzyszyła. Oj, ciężka była niedziela, oj ciężka. A do tego plany ambitne były, a doprawdy nieciekawie zapowiadało się samopoczucie. Przypomniałam sobie dlaczego nie grozi mi zostanie alkoholikiem… spokok, metoda niedopuszczania do kaca na mnie tez nie działa… alkohol mnie nie lubi. No i dobrze. A sponiewierać się próbowałam od roku lub lepiej i jakoś… nie było mi po drodze, a tak… mam spokój na jakiś czas.

Wieczór niedzielny już z lepszym, a nawet całkiem dobrym samopoczuciem. Miło, w miłym towarzystwie i całkiem muzycznie. A. załatwiła wejściówki, wytargała mnie na busa (to przez kaca… gdyby nie kac, to… jak się nie ma we łbie, to się ma w przewianych wiatrem kościskach) i bardzo dobrze zrobiła, a rzec by można nawet, że BARDZO DOBRZE… nowa płyta Angeli Gaber… (koncert na żywo, rzecz jasna lepszy niż jotubowe zrywki)


  • RSS