demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: wakacje

W ramach gapiostwa własnego, upieczona w termoobiegu, dotarłam do Zmorki. Teoretycznie więc tytuł zawiera pewne przekłamanie, ale nie czepiajmy się szczegółów. W końcu wakacje mają swoje prawa. Ponieważ, w związku z owym gapiostwem pociągowym, dotarłam do Zmorki już wieczorem, więc liczę bytność jako kolejny dzień. Zwłaszcza, że z wieczora to ona, ta Zmora mnie w chaszcze zaciągnęła, i to po ciemku. Jej szczęście, bo tu mnie zatargała.

źródło: http://rower.bydgoszcz.eu/Szlak_Brdy_2011.html

(Jest to most, którego nie widziałam, bo jest mostem zwyczajnej kolei, i znajduje się z drugiej strony miasta… z drugiej patrząc od tej, z której aj byłam rzecz jasna. No co – siemno było, no pisałam przeca. ;) Właściwy most, któren to widziałam, własnymi oczami, to ten poniżej)

źródło: http://rowerowabrzoza.pl/index.php/archiwum/archiwum-2015/1582-most-zosta-uratowy-bdziemy-na-tarsie-rajdu-brdy

Zdjęcie zapożyczone, gdyż Perełka po ciemkowatemu radzi sobie kiepsko, a nawet zupełnie sobie nie radzi, więc została pilnować plecaka, bo kto mnie tam wie, co znowu bym zgubiła, czy zostawiła, gdyby mnie dalej nie pilnować. Miejsce owo ma swój urok, nawet po ciemku. Niektóre ludzie pewnie powiedzieliby, że zwłaszcza po ciemku… bo jak wiadomo, twory ludzkich rąk, w połączeniu z wysokością, przyprawiają mnie o dreszcze. Tu okoliczności przyrody sprawiły, że spokojnie, krokiem spacerowym, przeszłyśmy z jednej strony na drugą. Dzięki czemu Zmorce został oszczędzony pokaz „strusia pędziwiatra”. ;)

Wieczór był miły, bardzo miły, bardzo dokarmiony i odkarmiony i długi, i rozmowny. Normalnie, to po tych wywczasach to ja pół tony cięższa jestem. Same rewelacyjne kucharki mnie karmiły… poza tą z Sopockiego baru mlecznego (nie że głodna byłam jak do baru polazłam, po prostu napisy w stylu „bar mleczny” działają na mnie ja magnes… oprzeć się nie umiem, acz tego sopockiego, vegańskiego to nie polecam, bo zupa była zasłona… a pierogi zamarznięte, rehabilitacja kompocikowa to za mało jak dla mnie).

Ranek przyszedł szybko i spokojnie. Po konsultacji telefonicznej z odbieraczami, którzy zgodzili się mnie od Zmorki odebrać, tak, że nie musiałam już nigdzie się przemieszczać publicznymi środkami transportu… zyskując dzięki temu nieco czasu, zostałam zabrana na krotki rekonesansik po mieście. Taki, w telegraficznym skrócie. No i napisze wam, że miasteczko Zmorki, ma kilka bardzo fajnych zaułków, i uliczek, i doprawdy ma swój klimat, a już cegła i mur pruski, architektonicznie rozkładają mnie na łopatki i przyprawiają o opad szczęki. Niestety zdjęcia tylko z Heńka, bo zniechęcona mgłą zaokienną zostawiłam Perełkę na włościach Zmorki. Gupia ja. GUPIA nawet.  Także, niestety, na sam koniec, kilka mało lepszych obrazków z Henia.

Paw. Oj ten Paw. Paw ma to do siebie, że bywa, że się przemieszcza w obrębie miasta. Ja go sfotografowałam w mini parku, kiedyś podobnież zasiedział się na jakiś czas w rynku, gdzie obecnie jest fontanna, a kto wie gdzie go jeszcze poniesie… widać to Paw wędrownik jest. ;)

Teraz coś dla Ani. Tak i na początek podróży wakacyjnej, i na koniec trafiłam na Synagogę. Odmiennie prezentują się one nie tylko architektonicznie, ale też odmienne jest podejście włodarzy miasta do budynku. W tej, już nie dom handlowy jak miało to miejsce w poprzednio oglądanej przeze mnie, a muzeum będzie. Niestety, jeszcze była zamknięta.

Uliczki. Tuv, coś wie o mojej słabości do cegły i do starych miejsc. Zmorka dopiero się o tym przekonała. :) A ze mnie wyszło, że jestem cegłopokręcona i zakamarkopokręcona. Od zawsze pałam słabością do przejść „tajemniczych”. Zmorka dzielnie zniosła moje fanaberie. Chwała jej za to.

Bazylika mniejsza. Mam kilka zdjęć ze środka, które nawet bardzo dobrze się prezentowały, tak długo jak nie zostały wgrane do kompa i były tylko na ekranie Henia oglądane… Nie oszukujmy się, Henio nie był kupowany z przeznaczeniem robienia zdjęć, zdecydowanie był do dzwonienia.

i jeszcze proboszczowski ogródek, w którym był jeden ciekawy zakamarek, ale sobie go odpuściłam. Ksiądz w końcu to „tyż” człowiek i odrobiny zieleni potrzebuje, a zwłaszcza zieloności, która go osłania przed bacznym okiem parafian… choć czy ja wiem, czy tak osłania… w końcu z góry zawsze wszystko lepiej widać co jest na dole, a Zmora to nie zmora tylko Orlica powinna się nazywać, gdyż z jej balkony widoki są niesamowite. Nawet pomimo mgły i ciemnowatości, a do tego, ma baczenie na najważniejsze w mieście miejsca, jak nie z balkonowego, to z nad patelni z pierogami, które robi bardzo smaczne (gdybym wiedziała co na obiad dostanę, to bym się nie połakomiła na to badziewie w barze mlecznym), smaczniaste nawet, a do tego to jeszcze ogromne… dość, że 4 udało mi się zjeść i szczerze – miałam załatwione karmienie do popołudnia następnego dnia, a ta mnie i kolację i śniadanie dała. Jako i jej poprzedniczki. Dlatego z jednej strony szkoda mi było, że tak krótka, że niedosyt gadania, że mało czasu na oglądanie, gadanie i odpoczywanie. Z drugiej, jeszcze kilka dni, i znowu łatwiej byłoby mnie przeskoczyć niż obejść, a jak wiadomo, to nie należę do najniższych.

No i kiedy już pożegnałam się ze Zmorką, kolejny raz z niedosytem gadania, opowiadania i poznawania, ruszyłam w stronę zachodzącego słońca… o nie, rzesz, to nie ta bajka. Ruszyłam na południe, ku Włościom moim na końcu świata, ale na koniec jeszcze ostatni migawka… aleja dębów – coś moi drodzy NIESAMOWITEGO, więc warto tamtędy sie przejechać jeśli jesteście gdzieś w okolicy.

Dzięki Wam Dziewczyny i Chłopaki (i duże i małe). Było mi miło Was wszystkich poznać. Liczę na to, że jeszcze trafią nam się okazje i możliwości do spotkania również w tym realnym świecie, a nie tylko w Wirtualnej, blogerskiej rzeczywistości. Dzięki. :)

U Sekretarki Bożeny było mi bardzo dobrze, ale… czas było ruszyć dalej, a nie siedzieć komuś na głowie. Więc ruszyłam. Przed siebie. Czyli na plażę, nadal, bo nie wiadomo kiedy kolejny raz będę miała okazję chodzić po piasku i moczyć nogi w wodzie. Oby wcześniej niż za kolejnych lat piętnaście. Więc zarzuciłam plecak na plecy i potupałam przed siebie. Do Sopotu.

Tak, na molo. Nic to, że zdzierstwo tam okropne, i za to aby sobie po tych dechach pospacerować, trzeba haracz w wysokości 7,50 PLNów zapłacić. Zaszalałam, zapłaciłam i polazłam. Zasiadłam na pierwszych ławeczkach i pustym wzrokiem zerknęłam w przeszłość. Było to mocno nierozsądne działanie, gdyż mogło mieć poważne reperkusje. Poważnym reperkusją się jednak oparłam i tylko okiem rzuciłam w dalszą część plaży, lekko zamgloną, ale nadal wyraźną i z daleka lekko ukryty postęp czasu… tak jak w moich wspomnieniach, wygładzonych i wyprostowanych latami, które za mną. No dobra. Wydało się. Podróż czysto sentymentalna w to piątkowe przedpołudnie. Taka, w którą można tylko samemu się udać, bo tak i już.

Cholernie jestem ciekawa co u Ciebie po tych wszystkich latach i nadal jestem wściekła, że zdecydowałeś za mnie. Gdybym tak miała okazję Ci nawtykać i nawymyślać… wierz mi, nawymyślałabym Ci. Jestem już starą babą, więc mogłabym i choć już nie ma we mnie goryczy, to nadal jest jakaś nutka żalu. Żalu za tym co być mogło, choć nigdy się nie stało. Mam nadzieję, że jesteś szczęśliwy. Bądź zdrów. 

Dobra. Wracając do pionu. Czasu mało, to nie ma się co tkliwić. Raczej łapać trzeba obrazy, wdychać powietrze, moczyć stopy, bo kto wie kiedy jeszcze, kiedy znowu się trafi okazja. Wracając na molo, już bez popatrywania na zachodnią część plaży. To takie mam dla Was obrazki. Ach właśnie, zapomniałam prawie, że kiedy byłam tu ostatnim razem, to dworzec PKP w Sopocie, to była taka po PRLowska, niewielka, buda, prostokątna i z zatęchłym zapachem. Teraz wielki kompleks. Doprawdy, byłam zdezorientowana, i chyba pojechałabym do Gdyni, gdyż, to co pamiętałam, było tak różne od tego co jest teraz. Niestety, z tego szoku, nie zrobiłam sobie żadnego zdjęcia na pamiątkę. Drugim szokiem było to „coś” co wyrosło przy molo ( to coś dla jachtów… a raczej namiastka mariny) oraz to co wyrosło na molo. Ktoś w magistracie, jak nic, się z euro macał przez ścianę, nim wydał pozwolenie. Pryszcz taki zostawić na środku widoku. Normalnie, to porażka jakaś. Okropnie mi zgrzytało. Brakło mi przestrzeni którą pamiętałam.

Przynajmniej w jedną stronę widok nie bardzo się zmienił. Lubię zmiany, raptus jestem, coś zawsze się dziać musi. Znaczy się, ruch musi być w biznesie, ale pewne rzeczy są jak filary, już nawet, nie że powinny, ale właśnie muszą być niezmienne. Molo było jedną z nich dla mnie. Zmieniło się, Grand hotel, na tę chwilę jeszcze stoi jako stał 15 lat temu.

Trochę pływającego małego i dużego.

No i ja tam byłam. Ja i mój cień. Były też glony, ale to miejscami.

Choć żal było mi żegnać się z  morzem, to czas przyszedł na to już nieubłagany. Czas było jeszcze Zmorkę podręczyć swoją osobą. Przecież byłoby jej zbyt dobrze, gdybym i jej nie podręczyła. Zwłaszcza, że nie od wczoraj się już umawiałyśmy… a od lat nawet można powiedzieć, że bywały takie plany, aby i jej zakątek zobaczyć. Tak więc, kolejny raz, zarzuciłam swój plecaczek i poszłam na dworzec… i tutaj czekała mnie niespodzianka… pomyliłam oznaczenia gdy spisywałam sobie godziny odjazdów pociągów… teraz zamiast szybkiego i klimatyzowanego pociągu, miałam do dyspozycji, redżionalny piekarnik z termoobiegiem oraz, dla urozmaicenia, siłę męskiego testosteronu w pakiecie. Na szczęście testosteron stopniowo wysiadał (myślę, że to byli pracownicy ze stoczni lub z innych fabryk, gdyż gremialnie i wielkim tłumem wsiedli w Gdańsku). 2,5 i pół godziny z termoobiegiem i litr wody później znowu byłam w Bydzi. Po drodze jednak, przejeżdżałam przez Tczew, kolejny raz z resztą w trakcie podróży moich – i tu mały, fotograficzny prezent dla TUV… niestety tylko dworzec w przelocie, ale samemu miastu pomachałam od Ciebie.

W ubiegłym tygodniu, zamówiłam sobie pogodę i udałam się na krótki i intensywny urlopik. Trochę mnie zadek od siedzenia jeszcze dzisiaj boli, ale przynajmniej wiem za co to i dlaczego. Warto było. Ba, nawet po dwakroć warto, gdyż plan został wyrobiony z nawiązką. Ot, takie 200 procent normy. Po kolei jednak. Zwłaszcza, że retrogradujący Merkury był po mojej stronie i działała na moją korzyść – w końcu urlop to odmiana od rutyny, odpoczynek od dnia codziennego i zatrzymanie się w codziennych obowiązkach… ale… nie tylko, bo z komunikacją też bywało różnie.

Dnia pierwszego, Merkury postanowił dać mi szanse na dłuższy sen, jednak nie zapytał mnie o zdanie oraz zapomniał mnie o owej szansie poinformować. Tak więc planowany wyjazd opóźnił się o 2 godziny. Niby wiele nie jest, ale cały mój misterny plan zaczynał trzeszczeć w szwach, gdyż wiązał się z przesiadkami, a odpisane połączenia przewidziane i spisane były tylko do kreślonej godziny… nie zawierały 2 godzin poślizgu. Ciśnienie mi się podniosło, ale myślę sobie – norma. Powinnam była się spodziewać takiego obrotu sprawy, wszak współtowarzyszkę podróży znam nie od dziś, a nawet nie od wczoraj. Sapnęłam więc, i postarałam się jakoś uspokoić. Szkoda sobie psuć humoru, a co więcej, dobrze jest przygotować się na dalsze pomysły współtowarzyszki. Dobra, dam radę.

600 kilometrów, ale dam radę. Łatwo nie było, ale się dało. Wysiadłam w Brydzi (jak to mawia Zmorka), tylko po to, aby zapakować się w pociąg. No to się zapakowałam. Super. Lekkie nerwy z kupowaniem biletu, bo czas bez zapasu, a Pani, przede mną, nie mogła się zdecydować, czy chce taki, śmaki, czy jeszcze inny bilecik oraz mało zdecydowana była co do formy płatności. Kosztem jej grymasów, ja sobie odpuścić musiałam wizytę przesiadkową w WC. Trudno.

Tak więc w Brydzi vel. WSM (Wielkie Smutne Miasto), szybciorkiem wbiegłam na peron, a tu już podjeżdżał pociąg. Nawet nie było czasu na wyciąganie Perełki dla przyzwoitego zdjęcia. Heniek musiał starczyć, a Heniek jak wiadomo, też średnio sobie z fotkami radzi. To nie jego branża. No, ale jest. dowód, że byłam.

Szybkim pociągiem, doturlałam się do Tczewa. Szybkie pociągi mają ceny nie najniższe, ale mają też klimatyzowane wagony, co jest ich wielką zaletą, o czym przekonałam się dwa dni później, kiedy tej zalety sama siebie pozbawiłam. Jednak o tym będzie następnym razem, za dwa dni. Kiedy już dotarłam do Tczewa, na szczęście nie musiałam się kolejny raz przesiadać w coś i jakoś, gdyż zostałam odebrana i zabrana. Nie, że mam coś do samodzielnego przemieszczania się, po prostu to był początek urlopu i dopiero się rozkręcałam.

Na tę nadchodzącą noc, przygarnęła mnie Ania.  Nie byle jaka Ania, a sama Kura Domowa, która pokazuje nam codziennie, że Kury Domowe, to nie takie kury i trochę jakby jej tytuł bloga jest taką przekorą, oraz dowodem na to, że Kury Domowe też mają dużo zajęcia, obowiązków i ogólnie, na głowie do przemyślenia nie jedno, a do zrobienia, bywa, że jeszcze więcej.

Ani szuka się tutaj (klik).

Niestety, nie miałyśmy zbyt wiele czasu na pogawędki, gdyż jak wiadomo, grafik mój był mocno napięty, niczym gumka od majtek, i nie udało nam się nagadać tyle ile chciałybyśmy. No nie wiem, ja mam przynajmniej nie dosyt, i jeśli się tylko uda, to chętnie to gadanie powtórzę. Tymczasem, Ania przywitała mnie z Panną Wierzyczanką w parku miejskim oraz z Lwami.

Pokazała też fragmenty miasteczka, w którym mieszka, niestety na więcej brakło czasu. Z parku, malowniczego, poszłyśmy zobaczyć Synagogę. Obie mamy jednakowe poglądy co do tego co obecnie jest w tym miejscu, i że akurat tego tam być nie powinno. Zaś za Synagogą były takie malownicze daszki, którym się nie umiałam oprzeć. Ryneczek też mają śliczny, tylko… mało fotogeniczny, bo reklam mnóstwo, tak więc te zdjęcia pozostają li i jedynie w moim prywatnym „archiwum”.

Gdyż trzeba było ruszać dalej w drogę. Dobrze ponad 100 kilometrów dalej umówiłam się z Sekretarką Bożeny, a jak wiadomo Sekretarki mają to do siebie, że skrupulatnie rozliczają czasoprzestrzeń. O tym jednak będzie jutro. Dodam jeszcze, że z Anią to się nawet nie bardzo pożegnałyśmy, gdyż, autobus podjechał zbyt szybko i wziął nas z zaskoczenia, nie dając szans na pożegnania. Liczę na to, że to dobra wróżba jest, że rozmowa nie zakończona, że do tematów wielu wrócić będzie okazja. O ile Ania będzie mieć na to ochotę, to coś się zawsze wymyśli.

Młody wrócił z chaszczy bieszczadzkich i z głuszy dzikiej. Chociaż już teraz nie takiej dzikiej, bo od ubiegłego roku mają prawdziwe sanitariaty z kibelkiem, prysznicem i ciepłą wodą w kranie. Nad tymi luksusami Młody ubolewał, od ubiegłego roku, choć w bieżącym docenia. Mnie zadziwia to, że kiedy kąpiel była w rzece to ręczniki zawsze wszystkie do domu wracały… tym razem stan ręczników to -1. Nie o zagubionym ręczniku zaś pisać chciałam, gdyż takie koszty wyjazdu są od lat wliczone w ryzyko wyjazdowe (jako i to, że zawsze jest w miejsce zguby jakiś nadmiar w plecaku… tym razem koszulka drużyny w rozmiarze męskim, więc po prostu mieli bajzel w namiocie jak się pakowali).  Ja o niecnym działaniu jakiś niewydarzonych i bez honoru złodziejaszków chciałam napisać.

Tak. OKRADZIONO harcerzy. Normalnie jakiś jełop się nie bał i zajebał harcerzykom parę drobiazgów. Jełop, bo jeśli harcerze siedzą w głuszy, najbliższy sklep jest 5 kilometrów dalej albo i lepiej, to mają w portfelach na cały wyjazd po 20 – 50 PLNów, albo i nie mają, bo im nie trzeba, gdyż i tak wydać nie mają gdzie! Telefony – są pozbierane i trzymane w murowańcu pod zamknięciem i wydawane tylko w określonym czasie, gdyż dzwonienie wymaga wyprawy na górkę poza obozem celem złapania zasięgu! Aparaty fotograficzne – 2 lub 3 i zazwyczaj są stale pilnowane i stale w użytku gdyż się dzieciaki dogadują kto bierze, a później się dzielą fotkami. NO WIĘC JAKIM TRZEBA BYĆ JEŁOPEM ABY OKRADAĆ HARCERZY? – NIEWYOBRAŻALNYM. Owszem zginęło kila rzeczy drobnych, pewnie gdyby się jełopy znały na kradzieży, to kilka plecaków, czy śpiworów mogłoby im zapewnić większy „dochód”, a tak jakieś grosze raptem kilka setek, do tego kilka telefonów, które przemytowo trzymane były w plecaku, jakiś aparat cyfrowy… wyrzucony do rowu nieopodal stanicy. Niestety, poszły tez pieniądze na powrót, na opłacenie autokaru, ale w tym problemie doraźnie zaradził hufiec, a że dodatkowo przewoźnik jest z harcerzami „zaprzyjaźniony” nie było problemu z płatnością odroczoną o 2 – 3 dni. Zważywszy, że na obozie były głównie dzieciaki i nastolatki, oraz, że w takiej grupie trafiają się dzieci nadgorliwych rodziców, to cóż… okazało się, że jeden ze skradzionych telefonów miał wgraną aplikację do namierzania i śledzenia gdzie jest dziecko. Tak więc Policja ma ściągawkę… gdzie jest złodziej, albo paser… gdyż telefon został włączony na starej karcie! Co dalej – przez wzgląd na to, że kwota łączna nie była powalająca, śledztwo pewnie zostanie umorzone. Bo nikomu nie chce się szukać igły w stogu siana… albo może nie tyle nie chce, co dobrze wiedzą kto i dlaczego.

Nikt obcy nie szedł, nikt kto nie zna zwyczajów harcerzy i tego kiedy może na co sobie pozwolić. Mało tego, ktoś sobie pozwolił za światła dziennego, kiedy na warcie były 2 młode dziewczynki (i wiekiem i harcerskim stażem), a nikt się nie zapędzał kiedy na warcie stali harcerscy „osiłkowie”. Już widzę K lub A jak przyglądają się złodziejowi, a później manto mu sprawiają… Młody też marudził, że musi pogadać z drużynowym tamtych dziewczynek, gdyż „jego” dzieciaki, widząc obcych na stanicy, narobiły by takiego rabanu, że tamci by zadki mieli sine od kopania się piętami w pośladki przy zwiewaniu. Co wg mnie przemawia jeszcze, że nie szedł tam nikt obcy, bez wiedzy, oraz bez znajomości tematu? Ryzyka złapania było zbyt duże w porównaniu do łupów. Gdyby nie pieniądze na autokar, to łup w gotówce nie dobiłby do 500 PLNów, kilka starych telefonów… no może sumarycznie do 1000 by wszystko razem dotarło, a może nie. Dziwne jest też to, że aparat fotograficzny, który został znaleziony w rowie, był wart sam w sobie więcej… przyzwoita cyfrowa lustrzanka, z bardzo miłym obiektywem należała do dziewczyny, której fotografia jest pasją, z którą ona wiąże swoją przyszłość. Tak więc, wyrzucanie łupu, na którym można „dużo” zarobić  to kolejny dowód na brak profesjonalizmu.

Osobiście mam wrażenie, że ktoś zdobywa zawodowe, złodziejskie, szlify. Choć być może też wakacyjnie się nudzi i szuka adrenaliny. Na pewno przejawia głupotę skrajną, a do tego miał więcej szczęścia niż rozumu, gdyż każdy inny zestaw wartowników nie byłby do przejścia. mam szczerą nadzieję, że to szczęście jakie mieli okradając harcerzy, sprawi, że ich czujność będzie na przyszłość niska i niedbała, i że wpadną na „gorąco”, a zgubi ich własna zuchwałość… Tak, tego im życzę. Życzę im też, aby jakiś doberman potargał im portki, albo aby noga utknęła w kretówce – a wszystko to, za to, że przez nich  kilka dzieciaków płakało i na koniec wyjazdu ma złe wspomnienia, a sprawcy nie szczególnie się obłowili. Myślę, że straty w poczuciu bezpieczeństwa i w posiadaniu miłych wspomnień u dzieciaków, nie tylko tych okradzionych, ale też pozostałych, są większe niż relatywna wartość kradzieży…  gdybym tak złapała tych patałachów, to bym im do dupy nakopała i w dyby zakuła na sanockim, leskim i ustrzyckim rynku… może by im dało to do myślenia, że okradanie dzieciaków przez dorosłych facetów jest NIE HONOROWE i do tego… jakie to wyzwanie ukraść dziecku z portfela 10, czy 20 PLNów… i to często w drobniakach… Dala mnie to szczyt głupoty i prostactwa.

Może do tej dobrej przejdę. Odnalazłam, przypadkiem, swój różowy zaginiony notes. UF. Moje notatki wróciły do mnie i mogę do nich wedle potrzeby wracać. Nie muszę już dręczyć Pań w bibliotece o historie moich wypożyczeń. Mogę sobie robić na spokojnie dalsze notatki, choć już teraz w niebieskim notesie. Bardzo się cieszę, że różowy się odnalazł i że mogłam na ostatniej stronie wpisać te przemyślenia, które właśnie tam spisane być powinny.

Mniej przyjemne niespodzianki to na ten przykład to, że wczoraj położyłam się spać zdrowa, a dziś obudziłam się chora. Normalnie gorączka i połamana cała jestem, i w gardle Sahara pełna kaktusów i akacji (akacje mają kolce, gdyby ktoś nie miał świadomości). To nie fer. Myślę, że to z ubiegłotygodniowego przegrzania w pracy i z nagłego ochłodzenia. Nie mniej, czuję się kiepsko. Masaż plecków by się przydał jak nic, najlepiej z jakimś olejkiem rozgrzewająco – przeciwbólowym. No dobra, niech przynajmniej będzie rozgrzewający i może pachnieć pomarańczowo (taki kiedyś miałam… więc wiem, że istnieje ;) ).

jest gites

6

Palinka dobra być, ale nasza polska przypalanka być jeszcze lepsza. Wifirifi jest – jest ok. Za mało wypiłam żeby zmagać się z wifiaczem w telefonie. Foto się albo doda, albo nie. :)

img_20150702_203251

Chudy (vel Nielat) bawi w chaszczach bieszczadzkich z ekipą. Spoko, nie pierwszy raz, zapewne i nie ostatni. Wiem gdzie, wiem z kim, wiem że ma poły namiotu nad głową i miskę ciepłego żarcia raz dziennie, a resztę – harcereczki Chudego dokarmią. No więc w czym problem? W tym, że mamy 21 wiek, a moje jedyne dziecię bawi się partyzantkę BEZ TELEFONU! Normalnie uduszę. Nakopię i nawtykam tam gdzie słońce nie dochodzi i jemu i reszcie towarzystwa. Czemu niby? Gdyż jasno zostało powiedziane, że JEDEN telefon mają mieć przy dupie. Oczywiście nie mają.

Nie no lajcik, jak nic, tylko tak siedzę wkurzona jak diabli, bo nie wiem, czy wracają dziś, czy jutro – a wiąże się to z koniecznością urlopowania i miliarda prań sterty ubrań, które do soboty mogłyby w plecaku nabrać odpowiedniego zapachu, jak również być może zakwitnąć… zwłaszcza, że nie wiem do, której soboty miałyby stać, gdyż nie wiem, jak będę na najbliższym weekendzie pracować w drugiej robocie… bo jeśli znowu od piątku do niedzieli… to nie chcę myśleć co wylęgłoby się w tym plecaku.

Ot niby nic, a jednak – dyskomfort czasu i przestrzeni oraz mieszkania w dwu domach jednocześnie, a przynajmniej tylko pomieszkiwania w tym co dziecko własne. Niech nikt nie mówi, że osiemnastolatek może sam pranie zrobić, bo i owszem – i może, i potrafi… ale nie to poobozowe… mam inne wydatki niż nowa pralka…

Swoją drogą, to jak tak sobie myślę, że dobrze, że te 20 lat temu moja mama miała się czym zająć (w sensie mojego młodszego rodzeństwa), bo przecież nikt przy zadku telefonu komórkowego nie nosił, a i stacjonarny nie wszędzie był… na solińskim polu namiotowym, czy w bieszczadzkich szałasach – na pewno go nie było, a my… znaczy ja i kilka innych osób – MY tam bywaliśmy… przez całe wakacje i w nie tylko. Tak, kontrola rodzicielska miała wówczas inny wymiar, co nie zmienia faktu, że jak cwaniaki wrócą to po łbach dostaną. Już ja im nagadam, że im w pięty pójdzie, a oni i tak swoje zrobią… przecież już są w większości pełnoletni… ;) tylko czy pełnorozumni – tego nie jestem pewna.

… i znowu miało być o czymś innym, a wyszło jak wyszło…

Właśnie i jeszcze 3 pozytywy, zanim mnie Kura OGDAKA:

1. Mam dziś wolne popołudnie :)

2. Udało mi się uzyskać odblokowanie bardzo ważnego elementu oprogramowania w pracowym zestawie programowym, dzięki czemu nie będę już musiała wysłuchiwać dziwnych telefonów z jednostki nadrzędnej :)

3. Dzięki Ulibrzyduli posłuchałam kapeli, z którą do tej pory nie miałam do czynienia i cóż, gdyby udało mi się wokal wyrzucić, to kilka kawałków zaniosłoby  mnie do nieba bram :), czego się nie spodziewałam (nad resztę można by było popracować i mniej elektroniki wrzucać, bo gitary tłumi) – o to mam na myśli.


  • RSS