demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: szkola

co dalej i jak

6

Z Młodym rzecz jasna. Tak więc, skoro rzekło się słowo jedno, trzeba czasem powiedzieć i drugie. Po rozmowach i pomimo złożenia podania o sierpniowy egzamin komisyjny, Młody doszedł do wniosku, że jednak wybiera papiery z obecnej wówczas szkoły. Sprawy nie ułatwił niedobór finansowy oraz brak chętnych na korepetycje w sezonie wakacyjnym, jak też brak zacięcia do nauki, gdyż skoro trudno znaleźć osobę, która chciałaby się podjąć w kanikuły nauczania, to jak zmusić Młodego, aby przysiadł fałdek? Nierealne. Tak więc, dokumenty ze szkoły zostały wybrane, a jakże to też osobna historia, ale dam sobie spokój, nie ma po co dzielić włosa na czworo. Tegoż samego dnia zostały złożone w szkole dla dorosłych. Mam nadzieję, że 2 dni w tygodniu będą bardziej do przełknięcia niż 5 dni. Nie bez znaczenia tez zapewne jest to, że odpadną WFy i inne plastyki, techniki i cuda wianki niewidy. Jak dalej będzie – się okaże. Szkoła też oferuje darmowe kursy (darmowe dla swoich uczniów), jak coś będzie, Młody ma ochotę się zapisać – i dobrze. Niech próbuje. W końcu walczy o swoje życie i o swój los. Szkoła więc załatwiona.

Co do pracy. W tej dziedzinie Młody musi się wiele, wiele nauczyć. Jedną z rzeczy, których już się uczy to, to, że ozór trzyma się za zębami, a szef ma zawsze rację. Jak to opanuje, zacznę go uczyć zwracania uwagi szefowi w sposób taki, żeby ten jeszcze był z tego zadowolony… da się tak, wierzcie mi, starczy nieco zacięcia i znajomość przełożonego oraz opanowanie własnych temperamentów. Na tę chwilę mamy przepracowane 3 dni i zakończone niejaką słowną przepychanką… cóż, moja wina, bo dzieciaka nauczyłam bycia osobą zasadniczą… Mniejsza z większym o co poszło, ale Młody miał rację… tyle, że mienie racji nie zawsze jest mieniem racji. Szef ma mojszą i większą rację,nawet kiedy to co ma być jałowe, jałowe jest tylko z nazwy… i właśnie o tę jałowość poszło, bo skoro się pisze i moi, że jest jałowe, a „jałowe” szwenda się po betonowej podłodze przy pakowaniu… eh. Doprawdy, cóż znaczy młodość sobie przypominam. Staram się przy tym nie obcinać Młodemu skrzydeł, ale życie powoli samo to zrobi.

Także ten, Młody ma już pierwszą rozmowę o pracę za sobą. Pierwszą pracę też. Niejako. Jest zarejestrowany w urzędzie pracy, acz nieszczególnie liczy na zatrudnienie, czy choćby staż, bardziej zależy mu na kursie jednym takim, co to już dziś się na niego zapisał. Skoro urząd może mu ten kurs opłacić, to czemu nie – ładne 3 000 do przodu na starcie, bo i spełnione marzenie, i niewydane pieniądze. Myślę, że powoli jakoś się to wszystko poukłada i poskłada. Grunt, że Młody chce i że na prawdę do niego dociera, że teraz to już na poważnie zaczyna własne życie. Staram się być obok, ale nie ingerować. Odpowiadać na pytania, czy zwracać uwagę na dodatkowe aspekty lub możliwości, pomagać analizować to co już za nim, ale nie prowadzić przy tym za rączkę. To jego życie, jego decyzje, a ja mogę tylko patrzeć i po prostu być. tak sobie myślę, że te 19 lat temu byłam w podobnym miejscu życia. Też musiałam wziąć na siebie swoją dorosłość. Tyle, że byłam z tym sama. Tak, czas zatoczył wielkie koło. Chyba i dla mnie czas już na coś nowego, a może na pożegnanie przeszłości i poszukanie swoich własnych pomysłów, może czas sprawdzić, czy jeszcze umiem marzyć, i czy umiem takie marzenia realizować… tylko, czyja jeszcze umiem marzyć? Czy mam jeszcze dosyć odwagi, aby to robić?

pada sobie deszczyk

9

Pada i pada, i padać przestać nie chce. No i dobrze, bo gdyby pogoda była tak jak w początkach ubiegłego tygodnia, to chyba dzisiaj bym tutaj zeszła, a co najmniej odjazd zaliczyła. Litości, lata całe tak mnie nie męczyło bycie kobietą, jak jest to od wczoraj. Normalnie nie wierzę swojemu organizmowi. Deszcz, poza znośną temperaturą daje mi wymówkę, do tego aby wskoczyć pod kocyk i tam zostać niemal do rana, co po nieprzespanej nocy jest baaardzo kuszące. Gdybym wiedziała gdzie znajduje się nocna apteka, to zamiast spacerować po mieszkaniu w poszukiwaniu kolejnych tabletek przeciwbólowych oraz innych specyfików, najprawdopodobniej przespacerowałabym się po coś mocniejszego niż panadol. Tak, że jest do duszy i w pogodzie, i w mojej formie życiowej. Mam nadzieję na to, że od jutra już powinno się zacząć poprawiać.

Poza tym Młody jednak wybiera papiery i nie podchodzi do komisu. Cóż, wiedziałam, że znalezienie kogoś do korepetycji latem nie będzie łatwe do przeprowadzenia, a do tego w kompani z rozlicznymi wakacyjnymi planami Młodego… właściwie nie było szans, na to aby przekonać go do podjęcia próby zdania owego komisu. Mniejsza o to. Wieczorówki mu nie odpuszczę.

Inną inszością jest to, że OMD poczuł pismo nosem i… już zaciera ręce, że od miesiąca bieżącego przestaje płacić alimenty. No do cholery, myślałby kto, że 230 PLNów to taka zawrotna kwota, bez której nie przeżyjemy. Szczerze – niech się nimi udławi i w zadek sobie je wsadzi. Życzę mu, aby mu się to jak traktuje własnego syna, odbiło czkawką i wyszło bokiem. Gdyż tak długo jak żyję, a ja bywam złośliwa, więc na złość jemu mogę trochę jeszcze pożyć, dopilnuję, aby OMD nie dostał niczego od Młodego. Niczego, to znaczy niczego. Żadnej pomocy. Właściwie to jak tak patrzę z perspektywy czasu, wszystko co nabajzlowane w życiu Młodego, działo się w związku z tym, że nagle OMD miał przebłysk ojcostwa. Łącznie ze zmianą szkoły podstawowej, do której Młody był zapisany… bez pytania o zdanie. Tak, że to pierwsze wyszło Młodemu boczkiem i po dziś czkawką się odbija życiową. O emocjonalnej czkawce i poczuciu odrzucenia (w tym na przykład nie zaproszeniu własnego nastoletniego syna na własny ślub… czy na chrzest brata, albo do domu, na który poszły pieniądze ze sprzedaży mieszkania, któreż to miało być mieszkaniem Młodego i takich tam innych), które trawią Młodego wspominać szkoda. No więc, nawet z psychicznym rowem Mariańskim zamierzam żyć długo i upierdliwie. Ze złośliwości czystej. Pilnować będę jak pies ogrodnika – sama nie wezmę i dopilnuję, aby tatuniek też wziąć nie mógł. Co do tego, że wziąłby z Młodego ostatnią koszulę i przehandlował – nie mam najmniejszych wątpliwości.  Tak więc, muszę sobie stare, ślubne foto wydrukować. Postawić przy łóżku i każdego poranka patrzeć w te kaprawe oczka, aby w razie gdyby to konieczne było, przypominać sobie, że mam kogo pilnować. Starczy, że mnie w głowie namieszał i w życiu. Starczy, że Młodego już wyrolował gdzie i jak mógł – wierzę, a nawet pewna jestem, że życie tatunia też wyroluje. Dlaczego? Bo Młody to dziecko wielkiej szczęśliwości, zawsze spada na przysłowiowe cztery łapy (jako i teraz), a za rolowanie niewinnych… życie lubi równowagę. Ja to wiem i widzę :) i pewna tego jestem.

… a jak jeszcze raz usłyszę, że Młody to kretyn i idiota, to tatulkowi napluje w te kaprawe oczka, bo nie pozwolę ubliżać mojemu dziecku, a jeśli on nie pamięta, że to jego dziecko to cóż… niech w końcu zniknie z naszego życia. On nam nie jest potrzebny… pytanie tylko, czy my nie będziemy jemu kiedyś potrzebni. A kiedy ten dzień nadejdzie, ja dopilnuję aby Młody nie wpadł na pomysł, by tatusiowi drzwi otworzyć.

No i niech nikt mi nie stula, że ludzie się zmieniają, bo nawet jeśli się zmieniają, to jest to owocem ich ciężkiej pracy nad sobą, a tatulek Młodego jest ideałem więc nie widzi potrzeby zmiany w sobie czegokolwiek i w jakikolwiek sposób…

… a następną razą o nauczycielach będzie, bo jestem zniesmaczona, zdruzgotana i po prostu zrozpaczona tym co oczyma swoimi oglądam, a to co słyszę na oba własne ucha – to już po prostu nie da się wyrazić.

jak to – ano tak to

21

Pisać jakoś specjalnie nie mam ochoty. Młody nadal ćwiczy głupotę postępującą i galopującą. Odpuszczam. Jak chce sobie spieprzyć własne życie – ma do tego prawo. Skoro nie słucha nikogo, i wie lepiej, to niech wie. Nawet jeśli nie chce skorzystać z wyciągniętej do niego ręki, przez ludzi, którzy tego obić nie muszą. Nadal rzecz jasna w niczym nie widzi problemu i wymyślił, że od września zmienia szkołę i zaczyna od… 1 klasy. Czas chyba pogodzić się z tym, że moje synio skończyło edukację na gimnazjum, a to co teraz robi to jest uprawianie bimbactwa, olewactwa i skrajna woda sodowa. Jego życie – jego wybór – on płacił będzie swoje rachunki i pił piwo, które sobie waży. Owszem są inne opcje, ale wymagają tego, aby poświęcić wakacje kosztem nauki i zdaniem komisu. Tylko on nie widzi takiej konieczności, bo wakacje są do odpoczywania. Ano nie są. Jeszcze tydzień i żegnaj dobroci serca matczynego. Nie wiem tylko co zrobić z babcią, bo ta ma określone tendencje i skoro sama sponsoruje notorycznie zdrową trzydziestolatkę, to nie oszukujmy się, że moje protesty na cokolwiek się zdadzą.

Tak więc tym czasem, z niejakim wkurw-em na Młodego, który mi pod skórą buzuje i który sprawia, że mam ochotę niepomierną wpierdolić Młodemu, oglądam sobie zaległe seriale i podczytuję mądre książki. Spokojnie, nawet jak mu wpieprzę, to i tak łaskawie niech donosiciele pamiętają, że nie będę bić dziecka, a 2 metry dziewiętnastolatka. Za co? Za głupotę. Własną, bo widać zamiast tłumaczyć latami, trzeba było raz, czy drugi wpieprzyć pasem i rozumu może by nabrał.

Tak więc oglądam sobie zaległości w „Kaszlu”, Stalkerze, czy Grze o tron. Tyle mojego. Nie mam siły tłumaczyć pierdyliard razy zakutej pale, że posiadanie wakacji to mrzonka, taka sama zresztą jak to, że będę go sponsorować, kiedy on się będzie bawił w bycie dorosłym.

Poza tym, o wiele przyjemniej jest popatrzeć na takie tam męskie ciasteczko. Tak wiem, w typie męskiej urody jestem do znudzenia jednowątkowa… ale, nic nie poradzę, że kręci mnie coś co wygląda na 150% testosteronu, a nie metroniewiaadomoco i do tego, zdecydowanie preferuję, kiedy facetowi nie sterczą kości… co nie znaczy, że preferuję jakieś bardzo odległe wspomnienie kaloryfera…

… duże dzieci – duże problemy.

Jak nic dociera do mnie znaczenie tego powiedzenia. Doprawdy, nie poznaję własnego dziecka. jego pomysły zwyczajnie mnie przerażają, a brak odpowiedzialności za samego siebie i swoje działania oraz olewactwo i bimbactwo ze wszystkiego poraża mnie i paraliżuje. Nie wiem kto i kiedy, ale jeśli ktoś mi Młodego podmienił, to ja poproszę o zwrot mojego nieco chaotycznego, ale jednak znacznie bardziej odpowiedzialnego, niż to obecne, dziecka.

Od czasu wejścia w posiadanie dowodu osobistego i prawa jazdy, po prostu zamieszkał pod moim dachem obcy człowiek. Tak, Młodemu wydaje się, że jest bardzo, bardzo dorosły. Niestety tak mu się tylko wydaje. Zaś jego kolejne pomysły i przekonanie, o tym jak są słuszne i mądre, mnie poraża. Nie wspomnę o obrażaniu i awanturach. Nie wiem, może to jakiś bardzo zapóźniony bunt nastolatka? Jak tak dalej pójdzie to po prostu ja wymięknę. Nie powiem, że osiwieję, bo już osiwiałam, może jeszcze nie całkiem jak gołąbek, ale jednak… zaczynam doganiać w kwestii siwizny moja matkę, która jednak jest moją matką i która miała prawie 30 na karku, kiedy mnie urodziła… więc, halo… ja się tak nie bawię! Ona zaczęła siwieć kawałek po 50-tce, a ja na długie lata przed (ba na dziesięciolecie z hakiem niezłym).

Tak więc, żyjemy sobie od awantury, do awantury, od pretensji, do pretensji, od telefonu ze szkoły, do telefonu ze szkoły… szczerze – w kwestii szkoły to wymiękam. Oczywiście uratowanie roku to mgliste marzenie i mrzonka prawie. W najlepszym układzie zostanie matematyka na sierpień. Przy czym, nawet jeśli podwoje kolejnej klasy będzie otwarte dla Młodego, to chyba wolałabym aby poszedł do pracy, a szkołę skończył wieczorowo lub zaocznie. Znoszenie jego dziwnych, porywczych i kosmicznych pomysłów, jest przerażające. Chce być dorosły – proszę bardzo, z całą odpowiedzialnością i konsekwencją za siebie. Co oznacza – czas na obowiązki, a nie tylko na przyjemności. Co w dalszej kolejności oznacza – pójście do pracy.

Na tę chwilę to oczywiście żyje już wakacjami, wyjazdem tu i tam, i zupełnie jakoś ucieka mu ten komis z matmy, który jest najlepszym rozwiązaniem z opcji obecnie dostępnych. W wersji pesymistycznej są, co najmniej 3 oceny niedostateczne, a do komisyjnych egzaminów można podchodzić przy 2 ocenach niedostatecznych, więc cóż, czas chyba zacząć rozglądać się za pracą, a nie za wyjazdami wakacyjnymi…  W wersji widzenia świata w czarnych kolorach to… ocen niedostatecznych jest 5 lub więcej. Czyli tym bardziej nie ma o czym rozmawiać, a jedynym tematem jest pójście do pracy.

Przeraża mnie jego niefrasobliwość. Wychodzenie sobie ze szkoły bez mówienia komukolwiek czegokolwiek, bo i po co, on dorosły jest i co on się tam komukolwiek opowiadał będzie. Wybieranie lekcji na, których zaszczyca nauczycieli swoją obecnością, a na innych lekcjach już się nie pojawia. W tym na matematyce, więc trudno cokolwiek wiedzieć i rozumieć z lekcji, na której się nie bywa. Przekonanie, że i tak spadnie na cztery łapy i wszystko będzie dobrze, po prostu mnie rozwala.

Rzecz jasna, jest przekonany, że jeśli zawali rok, to stanie się cud i dyrektor pozwoli mu kolejny rok lawirować (co jest opcja niedostępną z kilku powodów – o czym Młody bardzo dobrze wiedział i powody znał już we wrześniu, czyli początkiem mijającego roku szkolnego). Ten cud się nie stanie. Więc drugim cudem na jaki liczy, jest to, że może jednak pójdzie do szkoły wieczorowej, ale… do pracy to nie, bo on się uczył będzie… udusić to mało. No i nie ze mną te numery. Hasło „będę się uczył” zostało wyeksploatowane i w tej grze, ta opcja już jest nie dostępna… no może na następnym levelu – czyli swoją naukę Młody będzie sam finansował i pilnował.

Nowością jest hasło: „pogubiłem się”. Zdziwiłabym się gdyby nie. Jak się tak namiesza i odwala taką manianę to trudno się nie pogubić. Zwłaszcza kiedy olało się i wszystko i wszystkich. Obecne więc zdziwienie, że koledzy się od niego odsuwają, traktują go niepoważnie, czy ewentualnie wykorzystują, jak dla mnie jest naturalną konsekwencją tego jak on sam postępował i ich traktował przez ostatnie długie miesiące.

… dzisiejszy telefon od wychowawczyni przelał czarę mojej goryczy. Jeśli zadzwoni do mnie raz jeszcze, to dam jej numer telefonu ojca Młodego. Cóż, wszak obecna jego żona jest matematyczką… a Młody beknie właśnie z matematyki…

tydzień na dziko

10

Marzy mi się spokojne popołudnie, albo wieczór – choć jedno. Zważywszy na pogodę może być nawet przy kominku. Koniecznie z lampką dobrego wina oraz dobrym towarzystwem, albo przynajmniej z jednym lub drugim.

Ciężko obecnie mówić o dobrej koniunkturze, a tej mniej dobrej mam za to w nadmiarze. Nie chce mi się o tym nawet pisać. Mało tego, dziś jeszcze to nawet pisać nie będę, bo nie będę, może jutro po południu. Jak więcej rzeczy się wyklaruje, albo jeszcze bardziej skomplikuje. Ogólnie, to czas na przełom. Kumulacje uważam za wyczerpaną i czas na odwyrtkę – czyli dobre czas przyjąć.

Napiszę tylko, że piątkowe Ferdynanda przejścia oponiarskie to nic nadzwyczajnego w odniesieniu do reszty zdarzeń. Niczym szczególnym nie jest również przedwczorajszy potop łazienkowy. Tak, szlam i kamień zapchały mi pralkę, która się zbuntowała i… wylała swoje żale na środek łazienki dwoma wiadrami wody.

Cóż, opony wiedziałam jakie mam, i nie jest to złośliwość losu, że mi się odoponiła jedna. Wytrzymała i tak nadspodziewanie długo. Dlatego też nie robię tragedii z tego stanu, zwłaszcza, że historia zakończyła się pomyślnie i … już przygarnęłam dwie letnie stare – nowe.

Pralka, hm… jakbym umiała sobie przypomnieć kiedy po raz ostatni czyściłam ją z tego paskudnego szlamu, to może i mogłabym mieć do siebie pretensje, ale skoro nie pamiętam – było to dawno, a nawet bardzo dawno temu. Szlam ów w naszym domu już nie jednej pralce skrócił żywot, więc, też nie jest to złośliwość losu tylko bolesne przypomnienie o tym, jak ostatnio mocno żyłam na wariackich papierach eksploatując nadmiernie własne zdrowie i żywotność mojego otoczenia – jak widać również tego teoretycznie nieożywionego.

Nadrobiłam też zaległości wywiadówkowe Młodego. Cóż, jak dalej tak pójdzie, to skończy się na wykształceniu gimnazjalnym, czyli, że edukacja zakończy się ostatnim świadectwem po gimnazjum, bo… jest pełnoletni, a dyrekcja szkoły nie ma obowiązku trzymać takiego lenia w swoich murach. Szczerze, brakło mi weny i inwencji do tłumaczenia osiołowi mojemu, że osiołem jest (żeby osłów nie obrażać). Ma dokładnie jedną jedyną i ostatnią szansę, ale niewiele robi aby ją wykorzystać. Jego życie. Koniec i kropka. Odpuszczam, bo ani uczyć się, ani żyć za niego nie dam rady i nie jestem w stanie. Albo w czerwcu przyniesie promocje do następnej klasy, albo… ma mi przynieść umowę o pracę. Koniec. Niech robi co chce, ale na mój koszt robienie „nic” nie wchodzi w grę.

Tak, cóż, doszłam do siebie już chyba prawie, po ostatnich miesiącach emocjonalnego zjazdu. Jeszcze nie jest idealnie, ale panowanie nad sobą idzie mi nad wyraz dobrze. Zmierzam w stronę zimnej suki i zaczyna mi być z tym dobrze.

takie tam słów kilka

2

Miałam napisać notkę o niechcieju. Jak mnie to dopadł i jak mnie nie chce opuścić. Cóż. Z niechciejem własnym sobie radzę. Z niechciejem Młodego już nie koniecznie. Właśnie miałam telefon od wychowawczyni. Czy ubicie własnego Młodego to będzie przez sąd rozpatrywane w kategorii zbrodni popełnionej w afekcie?

Doprawdy, mam jedno dzieciąteczko, a emocji szkolnych jak za całą drużynę piłkarską. Ja pierdziu. Jedynki za brak zadania. Miała nadzieję, że z tą przypadłością rozstaliśmy się jeszcze w gimnazjum, a tu masz. Zrobił i nie zabrał do szkoły… Rzecz jasna, gdyby był to pojedynczy przypadek to nie byłoby o czym wspominać… technikum chyba jednak było jedną wielką pomyłką. Nie moją – mojego lesera.

Znowu zabrną w miejsce w którym sobie nie radzi. Znowu się tam wpakował na własne życzenie. Mam szczerą ochotę wysłać go do pracy za granicę na wakacje. W obcym miejscu, gdzie zdany będzie sam na siebie. Może by się w końcu czegoś nauczył. Niech mi nikt nie mówi o psychologu, bo to już przerabialiśmy. Tak jak mnóstwo innych rzeczy.

Nie mam siły na to wszystko. Nie mam już na to siły zwyczajnie.


  • RSS