demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: spacer

Pomimo permanentnego deficytu czasoprzestrzeni, kilka chwil na spacer musiałam znaleźć. Niestety, moje rozliczne zajęcia mają jedną wspólna wadę – wszystkie są właściwie siedzące. Nigdy nie szczyciłam się wyjątkowo okrągłymi pośladkami, ale obecnie chyba uległy całkowitemu spłaszczeniu. Jeśli nawet jeszcze nie do końca, to już raczej jest do tego bliżej niż dalej. Każda chwila, którą można więc wykorzystać na to żeby się poruszać jest na wagę złota. Nawet jeśli to tylko spacer po bliskich okolicach, popołudniem niedzielnym. Lepsze to niż nic. Odrobina dotlenienia zawsze się przyda. A niedzielne popołudnie wyglądało mniej więcej tak:

kanapowa demirja

12

… czyli jak wykończyć i pozbawić użyteczności wszelkiej demirję.

1. Bierze się jednego upartego Młodego, który wymyśla zakup samochodu.

2. Niech Młody ów zapomni (ZAPOMNI I POWIE – nie chce mi się wracać – od bramki, ze 30 merów, albo i mniej do jego pokoju) telefonu i radośnie ruszy przed siebie po swoją złotą strzałę na czterech kołach, na piechotę, ciągnąc matkę za sobą.

3. Dorzuć do tego stwierdzenie: Matka w drugą stronę przyjedziesz przecież, więc dasz radę. Odbij się od drzwi mechanika, który pośredniczy w sprzedaży… gdyż coś mu wypadło i dzwonił do Młodego… tyle, że telefon leżał w domu, więc owo dzwonienie to takie tam dzwoneczkiem na wietrze… bezproduktywne.

4. 3 km w nogach (albo i lepiej) są już gdy się od drzwi odbijasz zamkniętych mechanika, bo on dzwonił, ale Ty o tym nie wiesz, bo Młody nie ma swojego telefonu przy sobie. Więc oczywiście mechanik teraz nie odbiera demirjowego telefonu, bo co mu tu będzie bimbć, jak nie zna, wolne ma, i z rowu wydziera jakiegoś giganta z fantazją.

5. Młody foch, i on chce się dowiedzieć co z jego kompem, co to jest w serwisie. Tyle, że nie ma telefonu, bo został w domu. Serwis jest … 3 km (albo i na pewno lepiej) od mechanika.

6. Po odtańczeniu tańca fochów przez Młodego, matka idzie jako na te pokutę, kolejnych kilometrów ze 3 lub więcej. Raczej więcej. Po drodze umawia majstra do lodówki, bo się tak ogólnie trudno Demirji z lodówką ostatnio dogadać, gdyż niby chłodzi, ale nie zawsze i wedle własnych pomysłów, i buczy czasami dziwnie. No więc majster wstępnie umówiony i śniadanie zjedzone. W ramach szaleństwa, wszak po kawie jedynie wyszła Demirja z domu, gdyż w drugą stronę to autkiem miała być przez Jednorodnego przywieziona do domu. Obważanek, bez popitki, okazuje się nie byle jakim smakołykiem, a kręgosłup po drodze przypomina, że jest częścią Demirji, i że weto on wnosi, bo miały być 3 km, a nie 6.

7. Całe i szczęście, że serwis dziś otwarty, acz informacje mniej pomyślne. z 3 padających laptopów Demirja liczyła, że da się 2 złożyć, otóż może być ciężko. Trzeba wszystkie 3 razem rozbebeszyć i sprawdzić – może się uda.

8. Jeden problem jest jeszcze, gdyż kolejnych kilka km do domu, na Włości, trzeba w kopytkach zrobić. Jakoś, jakoś się uda, wszak, kręgosłup głupi nie jest. Wie, że w domu czeka kocyk.

Ostatnią siłą woli Demirja wróciła do domu, zjadła obiad, nakarmiła Młodego (w sensie pod nosek podetknęła), po czym wraz z kubkiem gorącej herbaty, padła jak przecinek wysłuchując żali i jęków swojego kręgosłupa.

Tak więc wiem, że po ostatnich maratonach siedzenia w robocie bez ruchu, bez spacerów popołudniowych i innych takich, moja sprawność fizyczna, cokolwiek to znaczy, odeszła i zamieszkała pod innym adresem.

Wiejący w czasie tych dzisiejszych maratońskich „spacerów” zimny wiatr dodał jedynie pikanterii całej wyprawie i sprawił, że bez grzanego piwa z wkładką, raczej się dzień nie zakończy. Tak więc idę reanimować mojego człowieka, gdyż kręgosłup piszczy i kwiczy, a przewiane mięśnie trzęsą się niczym galareta. Tak więc funkcjonowanie bez samochodu dzisiaj przypomniało mi w pełnej krasie o swoich urokach.

Życzę wam ciepłego, bezwietrznego wieczoru. :)

ten czas pędzi

9

Właśnie do mnie dotarło, przypadkiem niejako, że z nałogiem tytoniowym rozstałam się już trzy lata temu. No proszę jak ten czas szybko mija. Zdaje się, że ledwie wczoraj to było. Nadal miewam chwile, w których chętnie sięgnęłabym po dymka, nieraz bywa, że praktycznie mnie ściska aż do bólu, ale takie chwile są coraz rzadsze. Na ogół jednak papierosy mi śmierdzą. No i dobrze, gdyż sobie obecnie tego wydatku w moim budżecie wyobrazić nie jestem w stanie.

Nie mniej, na wspomnienie tego od jak dawna już nie palę, paradoksalnie naprowadził mnie węch. Od kilku dni po prostu mój nos dostaje pomieszania z poplątaniem i wyłapuje bardzo drobne zapachy. Zapachy, które, kiedy paliłam, były czysta abstrakcją i poza moim zasięgiem. Teraz, po prostu mam ich dosyć, i tak sobie pomyślałam, że fajnie byłoby gdybym przynajmniej części z nich nie czuła, i że takie nieczucie, zaciaprane smołą tytoniową górne drogi oddechowe mi gwarantowały.

Taki zapach, niby nic, a jednak. Np. dzisiaj porankiem, ktoś gdzieś przepalał w piecu drewnem i zapach ten towarzyszył mi przez większą część drogi do pracy, mieszał się z zapachem spalin z dizlowskiego silnika mijającego mnie samochodu oraz mydlanych perfum mijającej mnie rowerzystki. Doprawdy, mieszanka niby subtelna, ale powalająca. Kiedy miałam nadzieję, że nieco więcej świeżości dotrze do mojego noska, gdyż weszłam właśnie na ścieżkę która odbiega od głównej jezdni samochodowej (ot taka dojazdówka do domów z ogrodami), moje powonienie przywitał zapach… nie, nie kwiecia ogrodowego, gdyż to jakoś przez minione upały wypalone zostało, ale lekko nawilgłego podłoża nieco ziemistego, nieco asfaltowego, ale za to obficie obsikiwanego przez psy… Zapachy skumulowały się w powietrzu, które pierwszy raz od wielu dni złapało odrobinę wilgoci i nieco niższe temperatury. Och, gdybym tak mogła do lasu, daleko od ludzi!

Już za chwilę do zapachów dołączą też alergeny i chyba na to teraz będę czekać, gdyż jakoś tak się składa, że alergeny jednak wpychają się przed zapachy i czuję się mniej przytłoczona kakofonią bodźców sprzecznych i zmieszanych, choć niewstrząśniętych, docierającą dziś do mojego noska, a że z alergenami samo oddychanie jest nieco utrudnione… cóż… się coś łyknie i będzie dwa w jednym: w nosie sucho i mniej zapachów… ;)

P. S. – jest po godzinie 11… sąsiadka zza płota pracowego gotuje obiad. Jarzynowa jak nic!…

wyjątkowo zimny maj

10

Wczoraj wymarzłam się w pracy do tego stopnia, że na poważnie obawiałam się o własne plomby, czy przypadkiem nie przyjdzie im ochota na pójście precz od tego całego szczękania zębami. Normalnie maj, a jak nie maj. No dobra, wiem, pisałam, że zniosłabym i śnieg w lipcu, ale to jednak w innym kontekście i dwie notki temu. Tylko przez chwilę zastanawiałam się co powinnam zrobić z popołudniem po tak wymarzniętych służbowo ośmiu godzinach. jedno spojrzenie za okno zdecydowało o wszystkim. Przecież nie wiem kiedy znowu będzie pogoda sprzyjająca pieszym wycieczkom. Witamina D i pobudzenie mojego leniwego krążenia jawiły się mi jako dobra podstawa na spokojny sen, który ostatnimi i nieco już dłuższymi czasy – jakoś w deficycie. No więc zabrałam Perełkę i potupałam przed siebie… do Cerkieweki. Pierwszy, acz myślę, że nie ostatni raz i nadal doskwiera mi brak roweru, ale tupanie, człapanie i truchtanie też nie jest złe…

Tam, hen, na horyzoncie jawią się wzgórza, a wśród drzew kryje się cel mojej wędrówki…

… czasem odwracam się i patrzę jak miasto się oddala…

… i na boki zerkam ciekawie…

… i idę, idę dalej…

… z góry, pod górę…

… do Cerkiweki…

… i pod czereśnią usiadłszy zerkam na to co  było tak daleko, a teraz, choć bliżej to jeszcze do dalszej drogi zachęca, i wzywa, i woła – lecz jednak – to już nie dziś, dziś czas by wrócić do domu, gdziekolwiek by on nie był…

Wiosny szukałam. Wiosny szukałam, ale znalazłam przepiękne widoki. Więc jeszcze kilka widoków z tego spaceru wam pokażę.

Szlajam się. Tu i tam. Z aparatem się szlajam. Wściekam się, że jestem zbyt niecierpliwa aby pstryknąć takie czy inne zdjęcie. Kiedy je przeglądam, nie podobają mi się. Każdemu coś brakuje, z każdym coś jest nie tak. Nie jestem i nie pretenduję do miana fotografa. Jestem zwyczajnym pstrykaczem, ale to jeszcze nie znaczy, że pstrykane fotki mogą mnie nie satysfakcjonować. Na całe szczęście, bardzo satysfakcjonuje mnie to co odkrywam. Nowe miejsca, nowe ścieżki. Miejsca w których zapewne zaludni się kiedy zacznie być na prawdę ciepło, ale teraz bardzo mi odpowiadają. Zwłaszcza w tej wiosennej szacie, która bardziej wspomnieniem jesieni jest niż wiosną. Takie złudzeni koloru i światła, które już za kilka dni zmieni się bezpowrotnie.

Tak więc, chadzam sobie tędy i owędy, chociaż bardziej owędy…

Jako, że okolica nieco na uboczu, nieco od głównych arterii miasta oddalona, słynie z pewnych tendencji do oddawania się w tych rejonach różnym czynom lubieżnym… w prawdzie mijałam parę z kocykiem, ale no chyba na kocyk jeszcze zbyt wcześnie… jednak kogoś ewidentnie z butów wyrwało… oj – to dopiero rozkosz musiała być nieziemska ;)

Miejsce owo zwane jest od wyjątkowego dla okolicy nagromadzenia dorosłych przedstawicieli owego gatunku:

… i żeby nie było, że się sama szwendam nie wiadomo gdzie, to nie byłam tak całkiem sama, bo z góry patrzył na mnie i mnie pilnował sam Pan Twardowski – o tak spoglądał:

…i tylko jeden dylemat mieliśmy – ani ja, ani Mości Twardowski, nie wiedzieliśmy co to za kwiecie brzegi rzeki porasta bujnie, gdyż w mojej poprzedniej okolica, akurat to kwiecie nie kwitło w nadmiarze…


  • RSS