demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: śnieg

zima is coming ;)

1

Wszyscy na około chudną. Na grandę i na potęgę, w kilogramach sporych, a ja? Ja zdaje się raczej mam inne tendencje. Szczytem sukcesu jest utrzymywanie wagi na stałym poziomie. Niestety zaczynam dostrzegać przyczynę powyższego stanu rzeczy. Otóż, mało ruchu oraz kolejna wielka paczka ciastek czekoladowych owsianych, która znajduje się w mojej szufladzie pracowego biurka, na pewno nie wpływają na sukcesywne zmniejszanie masy ciała. Liczyłam, tak po cichu, że jednak owsiane, z kakao to będą całkiem zdrowe i mało tuczące, no bo owsiane wiadomo, że musi być zdrowe. Otóż niekoniecznie, jak widać. Zapewne nie bez winy pozostają orzeszki ziemne, które nadal pasjami i w hurcie pochłaniam.

W weekend przypomniałam sobie, jak to jest mieć kaca tytoniowego. Nie, nie wróciłam do nałogu. Nic z tych rzeczy. Do stanu kaca doprowadziło mnie około 160 km z palaczem na siedzeniu pasażera. Normalnie jeden papieros był odpalany prawie od swojego poprzednika. Oj. Niestety warunki atmosferyczne, w postaci mgły gęstej i mocno nierównomiernej, uniemożliwiały jazdę z szybkością większą niż przyzwoita… zapewne na taką bym sobie pozwoliła, gdyż droga była prawie pusta, bo i pora mocno wieczorna. Nic to jednak. Przeżyłam. Młody też dal radę. Nie mniej jednak, w maju, albo się nigdzie nie ruszę, albo… pojedziemy sobie z Młodym bezczelnie osobno. Chociażbyśmy mieli busem jechać. Zwłaszcza, że w jedną stronę nie mogłam słuchać, jak kierowca katuje auto, a w drugą, kiedy sama je prowadziłam, musiałam wdychać kosmiczne ilości dymu papierosowego.

To jednak jeszcze nie było najgorsze. najgorsze okazało się to, co po powrocie do domu zastałam. Otóż, człowiek wraca sobie zmęczony trudnymi warunkami na drodze, oraz otumaniony z braku tlenu, uwędzony dymem tytoniowym, ma jedna słuszna wizję: wanna i spać, a tu… a tu niestety, możesz pomarzyć. Marzenia dobra rzecz. Zwłaszcza te o kąpieli, czy chociażby zmyciu makijażu. Tylko ta kobieta mnie zrozumie, która mocno utuszowane rzęsy próbowała kiedykolwiek zmyć woda mineralną… Nadmienię, że jest to niewykonalne w przypadku tuszu wodoodpornego. Pomogły chusteczki nawilżane i krem oraz to, że nie przerażało mnie witanie poranka w postaci „pandy”.

Starość nie radość. Kiedyś „panda” oznaczała, że zabawa była długa i dobra, dziś oznacza, że powrót do domu został uwieńczony awarią rurociągu, wielką dziurą w ziemi na chodniku, w miejscu gdzie magistrala doprowadza wodę do nas i do sąsiadów oraz zupełną Saharą w kranie. Kac zaś potwierdzał przyczynę „pandy”, czyli dobrą zabawę, dziś oznacza, że droga była długa i wędzarnicza. Zdecydowanie wolałam poprzednią wersję, ale w sumie, dla niewtajemniczonych, zawsze mogę jeszcze poudawać, że jednak impreza była wystrzałowa… choć była to zwyczajna (i miła rzecz jasna), ale jednak rodzinna i wyjazdowa nasiadówka.

Co do tytułu, to nie wiem jak u Was, ale u mnie, poranek dzisiejszy nie był miły. Przywitało mnie takie białe co nie bądź leżące na trawniku oraz tworzące na chodniku mokrą i burą breję. Z resztą, od rana, z nieba leci jakieś paskudztwo, ohydztwo i sama nie wiem co. Ni to śnieg, ni to deszcz. Mokre i paskudne. Zimne i wilgotne. Człowiek ma ochotę zawinąć się w kocyk i zapaść w sen, przeczekać do bardziej klarownej aury, która przyniesie zimę jak należy albo, co bardziej mgliście dziś ie jawi – wiosnę, we własnej osobie.

wczoraj przyszła zima

12

Zdecydowanie jesień należy pożegnać już w tym roku. Poprzedni weekend był ostatnim przyjemnym, a miniony był paskudny. W prawdzie u nas orkan niespecjalnie narozrabiał i miał mniejszą siłę niż przeciętny halny, ale zacinający deszcz i zimy wiatr nie nastrajały do wychodzenia spod kocyka. Wczoraj towarzystwo deszczu zostało zamienione na nieco mniej przyjemną wersję opadów. Mamy za sobą pierwszą śnieżycę w tym roku. Na razie śnieg zszedł, co najwyżej wyższe rejony Beskidu niskiego były porankiem lekko przyprószone i wyglądały niczym po-pudrowane cukrem pączki.

Ostatnio brakuje mi nieco czasu na pisanie (o przyczynie braku czasu będzie innym razem), a i na myślenie nie mam go za wiele. Niestety określenie „nie za wiele” to jednak za mało jest, a raczej – nadal za dużo czasu. Choć zdecydowanie odnotowuję poprawę w zakresie ilości durnych pomysłów i durnych pokus. Spokojnie, ani durne pomysły nikomu nie szkodzą, ani durne pokusy (najczęściej wiążące się z niewychodzeniem z kuchni i objadaniem się rzeczami uznanymi dotychczas jako „niejadalne” … tak, zdecydowanie tymi mało zdrowymi). Nie zmienia to stanu rzeczy, zgodnie z którym, mam obecnie niepohamowany apetyt na orzechy ziemne, czy też jakiekolwiek inne, które wpadną mi przypadkiem w rękę. pochłaniam w każdych ilościach.

Tak więc dzień mija mi za dniem w tempie niesamowitym, od czasu do czasu dając wolne popołudnie lub dzień, dzięki czemu łapię oddech i oglądam głupie seriale dla nastolatek. Jestem w pędzie i chyba to odpowiada mojemu organizmowi. Przestój, kojarzy mi się ze stagnacją. Przestój to coś zgoła odmiennego od spokoju. Spokój można odnaleźć również w pędzie. Jutro za to będzie czas na zatrzymanie się, na to by może pomyśleć o czymś, czego unika się na co dzień. Popatrzeć na to co za mną, co przede mną, i co przed każdym z nas. Powspominać tych wszystkich, których już tutaj nie ma, a których niestety z każdym rokiem przybywa, porozmawiać z tymi którzy są, a którzy może kiedyś wspominać będą nas…

Krótko było w tym roku, ale dla odmiany biało. Przynajmniej u nas. Nikt w domu nie umiał sobie przypomnieć kiedy ostatnio mieliśmy białą Wigilię. Za to, zdecydowanie łatwiej, było nam przypomnieć sobie białą Wielkanoc… Drogą eliminacji doszliśmy, że ostatnia biała Wigilia była u nas w okolicach 2010 roku lub jeszcze wcześniej.

Oj, stałam dobre pół godziny nocą w oknie i patrzyłam jak wirują śnieżne płatki. Niestety nie udało mi się nikogo z domowników przekonać do wyjścia na pasterkę. Trudno. Może jeszcze kiedyś trafimy na białe Boże narodzenie, to się wybiorę.

Niestety, dzisiaj, orkan Barbara zdaje się zmienił w całym kraju temperatury i jest paskudnie i wieje nieco. W prawdzie to ledwie podmuchy do nas dotarły i nijak mają się z naszym halnym gdy się pojawia, tyle, że Baska wieje od drugiej strony niż ma to w zwyczaju halny, ale śnieg zabrała tak samo skubana jak i halny go zabiera. Tyle, że wieje od lewej do prawej, a człowiek nawykły do stawiania kołnierza od prawej do lewej.

A jak tam u Was święta? Bo u mnie na kanapie z talerzem łakoci pod brodą i innymi smakołykami na zmianę, z deserem w postaci specyfików wspomagających trawienie. Zjadła ogólnie przez te aż dwa dni pewne ze 3 miliony, a może i więcej, kalorii. Kto by się tam przejmował. Święta nie są od myślenia o kaloriach tylko od ich jedzenia.

Co do pisania tutaj, to… niestety mam mało cierpliwości do onetowego humoru, który nadal jest Malo dla mnie przyjazny i nie pozwala mi spokojnie pisać notki uporczywie traktując mnie „zamkniętą sesją” i koniecznością ponownego logowania.

Trzymajcie się ciepło i sztormiaki, zamiast futer wyciągnijcie z szafy (parasole się nie nadają przy takim wietrze, chyba, żę macie ich nieprzyzwoicie dużo w swojej kolekcji i potrzebujecie miejsca na nowe egzemplarze lub… dostaliście kolejny parasol pod choinkę…).

po świętach… i dobrze

9

Trochę mnie te święta kosztowały. Znaczy straty po nich odnotować muszę dosyć znaczne. Nie mam już ani blendera, ani miksera oraz nie posiadam jednej foremki do pieczenia. Tak jakoś wyszło. Z tego wszystkiego to najbardziej mi szkoda blendera i tych wszystkich koktajli, których przez jakiś czas nie wypiję, bo nie mam ich czym zmiksować. Mikser jakoś przeżyję, znaczy jego brak. Mam ubijaczkę. Chciałam napisać trzepaczkę, ale zaraz by Wam dziwne rzeczy po głowach chodziły. No i mątewkę też mam. Jednak ten blender… teoretycznie, część rzeczy można przez sitko przecierać, ale na to trzeba mieć czas i zacięcie… no i na samo wspomnienie tej techniki robi mi się lekko słabo, gdyż bywała stosowana gdy Młody jeszcze nie miał pełnej paszczy zębów, a mnie nie było stać na taki wydatek jak mikser z nożykiem… Na całe moje szczęście szybko nabył pełen zestaw zębów w paszczy i wzgardzał wszystkim co nie nadawało się do gryzienia. Teraz to jednak co innego. Nie chce mi się. Normalnie, ciarki na plecach. Jeszcze ta nieszczęsna blaszka babkowa. Wiem, zdolna jestem, gdyż Rodzicielka posiada blaszki do pieczenia, które są prawie w moim wieku i jeszcze służą, a ja swoją po 3 – 4 latach użytkowania zamordowałam. Zdolna jestem niesłychanie. Zwłaszcza w mordowaniu przedmiotów i innych takich też. Ludzi nie morduję. Przynajmniej na razie. Jeszcze nie. Kto to wie co to będzie. jak wojna będzie, to pewnie i mordować będę. Chyba, że wpierw mnie zamordują. Mniejsza o to.

Co do marudzenia, to bierze się z pogody za oknem. Normalnie ten śnieg mnie dobija. Może nie leżakuje, ale pada co chwilę, a na wyższych górkach rozpanoszył się i sobie zalega. Leży i się śmieje. Normalnie ileż można. Choć z drugiej strony, koreluje to z moim nastrojem i samopoczuciem. Ta pogoda znaczy się. Włączył mi się na wszystko olewizm, wdupiemanizm i wyjebizm.

A dziś, w ramach promocji, czeka mnie malowanie korytarza. No i normalnie, chyba kupię, zamiast mebli do kuchni, tę szafę do przedpokoju, gdyż tego ścierwa starego co to się całkiem rozłazi, czas najwyższy się pozbyć. Ogólnie, to chętnie wielu rzeczy pozbyłabym się z własnego życia. niestety, niektóre nie są łatwe do wywalenia, jak szafa, czy część ciuchów… niestety niektóre mnie jeszcze jakiś czas będą uziemiać. Trzymać w miejscu, lub kazać do niego wracać… już nie długo jednak. W to wierzę. W końcu prawnicy mają kosmiczne honoraria nie bez powodu,  ten umie na swoje rzetelnie zarobić.

Kupiłam sobie ubraniowy zestaw świąteczny. Niestety, kupując go, błędnie założyłam, że skoro święta są w kwietniu, to lekki płaszczyk w kolorze pastelowej mięty, beżową sukienkę dzianinową z rękawem trzy-czwarte, miodowe spodnie i takież obuwie, uzupełnią znakomicie już posiadane zestawy. Niestety, uzupełnić, może i uzupełnią, ale nie koniecznie w święta. Na święta mam do odszczotkowania zimowy, czarny płaszczyk przed kolano oraz zimowe buty do odpastowania (po raz kolejny).

Sukienka zbyt przewiewna i długość rękawa mało pociągająca gdy za oknem śniegiem rzuca. Buty, szpilki rzecz jasna, bez palców, więc na świąteczne spacery też się nie przydadzą, płaszczyk, do samochodu mógłby być, gdyby nie kościelne przeciągi i wyłączone ogrzewania, a spodnie. Cóż spodnie, gdy na kolor miodowy, przy tej pogodzie nie mam większej ochoty. Chęci i owszem, do miodu pitnego, jak najbardziej, gdyż tego chętnie napiłabym się, albo grzane piwo lub wino koniecznie z kardamonem… ale cóż się dziwić, skoro Boże Narodzenie szykuje nam się w Wielkanoc… może więc jednak nie trzeba było rozbierać choinki i tej własnej i wyjazdowej… bo skoro śnieg ma jeszcze do tego wszystkiego padać, to… jak to dalej tak ma być, to może odwrócić kolejność świąt obu…

No właśnie sęk w tym, że nie pada. Rozczarowana jestem. Minus dwanaście stopni, brak wiatru, i tylko tego białego badziewia brakuje. Normalnie tęsknię za tym badziewiem. Normalnie, chciałabym rzucić się w śnieg i robić orły. Jak za dzieciaka. A tu nic. Nie ma śniegu. Wczoraj narobiło obiecanek cacanek i na tym się skończyło, a tak przyjemnie dreptało się przez miasto kiedy białe płatki przez chwilę wirowały w powietrzu. Rześki marsz, ze słuchawkami na uszach, z wirującymi płatkami przed oczyma, z kolorowo rozbłyskującymi światełkami, które jeszcze zdobią miasto. Bajka, poezja. A tu nic. Mróz tylko. Jestem rozczarowana i zdegustowana. Zupełnie jak małe dziecko – całkiem rozczarowana brakiem tego białego badziewia jestem. :(


  • RSS