demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: słońce

zimno

4

Zima zbliża się nieubłaganie. Dzisiejszy poranek przywitał mnie nie tylko pięknym słońcem, ale też mało sprzyjającą mojemu funkcjonowaniu temperaturą. Pięć stopni poniżej zera to już nie są przelewki. Wyciągnęłam z szuflady zimowe skarpety, z półki pobrałam zimowy szalik. Czapkę zostawiłam jeszcze tę przejściową „dziurawą”, ale to tylko dlatego, że pogoda była bezwietrzna.

Właściwie to nie ma się czemu dziwić. Takie temperatury w połowie listopada to żadna nowość. Tym bardziej, że w sumie to kwestia poranka, a później nieco lepiej ma być. Czyli nieco cieplej. Nie jest źle. Jest całkiem dobrze. Przynajmniej w pogodzie, bo po za tym to jest śpiąco. Mam wrażenie, że w tym tygodniu cierpię na deficyt snu. Po trzech niedospanych nocach liczyłam, że ta miniona przyniesie odpoczynek. Przeliczyłam się. O ile trzy poprzednie w ramach reperkusji zdrowotnych oraz zwykłej bezsenności były męczące, o tyle miniona, dla odmiany zafundowała mi sny pełne bieganiny. Normalnie to ze trzy maratony minionej nocy przebiegłam i to nie takie po ubitych ścieżkach, ale takie w typie „biegu rzeźnika”. Obudziłam się wymęczona jeszcze bardziej niż kiedy kładłam się spać.

Czas chyba pomyśleć o zmianie repertuaru rozrywkowego, bo zdaje się, że bieganie pół nocy z bohaterami oglądanego serialu, zwłaszcza, gdy są oni w większości bytami nadprzyrodzonymi, jest bardzo, bardzo męczące. Może jakieś „teletubisie”? Taki spokój, żadnych przesadzonych emocji, żadnego zabijania, żadnego picia i żadnych zabaw dla dorosłych – jak nic, zero pożywki dla mojej nadgorliwej wyobraźni.

Swoją drogą, zadziwia mnie, jak to jest, że w serialu dla młodzieży, gdzie bohaterowie to w znakomitej większości nastolatkowie, nawet jeśli z końcówki liceum, to nadal jednak nastolatkowie, piją, ćpają, pieprzą się na potęgę i mordują bez większego wysiłku… a później wszyscy się na około dziwią, że młodzież jest niemożliwa. Jak ma być, skoro to normalne, że cała szkoła pije alkohol, znaczy się wszyscy tak robią przecież, wszyscy się kochają (po prawdzie to każdy pieprzy się z każdym), a do tego są tacy silni i w ogóle! No halo. Skąd to zdziwienie?! Doprawdy, czy to takie trudne do zrozumienia, że obraz oddziałuje, a skoro widać, że coś wolno i nie ma tego konsekwencji lub są one mało dotkliwe, to można się tak bawić. Zdaje się, że serial był całkiem popularny skoro doczekał się 8 sezonów po 23 odcinki. Jestem na etapie 5 sezonu. Powiem wam, że to okropny zjadacz czasu jest. Marnotrawca. Do tego mam zaległości w innym, bardziej bieżącym serialu, już 5 odcinków mam zaległych. Nie żeby się bardzo różnił od poprzedniego, no dobra, ten dla odmiany ma dopiero sezon 3 w połowie, ale przynajmniej jest bardziej poprawny wiekowo. No bo po 30-stce seks, alkohol i głupota popełniana świadomie jest dozwolona i na nikim demoralizującego wrażenia już nie zrobi… zdecydowanie demoralizacja przecież została załatwiona i zaklepana kilkanaście lat wcześniej… na poziomie nastolatków…

mała rzecz a cieszy…

4

Normalnie jestem geniuszem do duszy. Od roku, albo i dłużej, marudzę i szukam jednego drobiazgu w postaci kratki do szybki w drzwiach. Oczywiście tych do łazienki w Wersalu. Nigdzie nie ma, więc się poddałam i zastanawiać zaczęłam się nad nową wizją i nową koncepcją. Pełna rezygnacja. Wizja też żadna nie chciała przyjść mi przed oczy. Przestój w wyobraźni. Niemoc taka. No i wczoraj, w ramach dnia dobroci dla zwierząt i tego dobrego humoru, postanowiłam przejść zmagania z drzwiami do piwnicy. Czas też było pozbyć się trochę gratów z korytarza, więc dostanie się do piwnicy zaczęło być zadaniem z wysokim priorytetem realizacji. Poszłam, zeszłam z pękiem kluczy i… fik, mik, otwarłam pierwsze drzwi, oraz fik, mik i otwarłam drzwi drugie. Patrzę, a tam DRZWI! Stare, od kuchni, zniesione, zapomniane, stoją w piwnicy. Stoją i mają KRATKĘ na szybkę, taką jak mi jest potrzebna. HURA, HURA, HURA. Teraz tylko jeszcze mała puszka farby i kolejny drobiazg zostanie dopracowany i zniknie z listy rzeczy do zrobienia.

Dziś rano też niespodziwajka, spotkaniowa. Spotkałam przypadkiem, biegnąc do pracy, siostrę E. Miły początek dnia. I słońce się pojawiło, i wiatru nie ma, choć porankiem przymrozek był mało przyjemny i dla mnie i dla kwiatków, ale słońce daje nadzieję, że jeszcze uda mi się nazbierać mniszka lekarskiego na syrop. Bo może akurat, że się kwiatki do słońca pootwierają. No i jeszcze dziś przyjeżdża mój  nowy materac – jeszcze tylko stelaż wymierzyć, skręcić i będzie łoże, że HOHOHO, a jak już będzie będę mogła na nim prezent pokazać, który długo już leży w szafie i czeka na to łoże… w końcu się doczekał.

Dobrego dnia.

takie tam niby nic

20

Cicho siedzę i nie piszę, bo i o czym pisać, skoro pogoda jaka jest każdy widzi. Nieco deszczu się przydało, ale to nadal za mało i nie tyle ile potrzeba. Przynajmniej na moim końcu świata. Dziś już oczywiście po deszczu nie ma wspomnienia, a  jutro to ten ledwie wczorajszy deszcz będzie zwyczajną prehistorią. No dobra – będzie: pradeszczem.

Po za pogodą to siedzę w tabelkach, tabeleczkach i tabeluniach. Nic nowego. No i jeszcze dorobiłam 2 słoiczki kompotu truskawkowego i 1 agrestowego. Jak widać, zima mi nie straszna, pić będę miała co, a jeść też, bo owocków przecież nie powyrzucam. Nadal nie odnalazłam sąsiadów od piwnicy, i nie wiem, czy wymienili zamek w pierwszych drzwiach, czy to stary się zacina i nie chce mnie wpuścić. Do tego nastawiłam naleweczkę, a właściwie to zaczęłam nastawiać, bo nastawiać to ona się będzie przez cały sezon. Mniam.

Chyba musze sobie dzis dokupić kilka słoików, aby mieć pod ręką na wszelkie zdobyczne produkty, co je można do słoika wepchnąć. No i w ramach rozpusty to sobie obiecałam ceramiczny garnek do kiszenia ogórów kupić, ale tylko jeśli będzie we właściwym kolorze. Niestety jest tylko w wersji lajt w porównaniu do tradycyjnych garów, czyli o połowę cieńszy, co oznacza, że jest o 2/3 bardziej podatny na obtłuczenia i stłuczenia. Nic to, jeszcze pomyśle, ale małosolne pewnie już powoli za chwilę będzie można pierwsze nastawiać… znaczy teraz już niby można, ale co to za małosolne na ogórach z marketu… myśląc o tak trywialnych rzeczach oddalę się do Wersalu celem nic nie robienia poza szybkim leczem na obiadek.

Miłego popołudnia.

to będzie dłuuuuugi dzień

10

Normalnie to nie wiem jak ja ten dzień dzisiejszy przetrwam. Zwyczajnie może się zdarzyć, że przyjdzie chwila, kiedy walnę nosem w klawiaturę i zasnę snem sprawiedliwych. W błędzie jednak ten jest, kto myśli, że marudzę. O co to, to nie. Taki niedosen jaki dolega mi dzisiaj, mogłabym stosować częściej i to bez protestów.

Deficyty, deficytami, ale robota sama się nie zrobi, ale tak mi się nie chce, że o ja ciebie nie mogę. Pogoda też nie pomaga. Nie zachęca ani nic. Normalnie, może jednak trzeba było sobie urlop wziąć i odespać, a później wybrać się do lasu na spacer, albo coś. Pochodzić i złapać ostatnie jesienne, przedzimowe zapachy, bo las o tej porze roku, jak dla mnie, pachnie obłędnie. Nieziemsko i zniewalająco. Nic to, jak nie dziś… to może za rok ;)… a może Sobota będzie mieć taką pogodę to – cmentarz też będzie się prezentował dostojnie.

Swoją drogą, to drugi poranek z rzędu przywitał nas przymrozek. Sezon drapania szyb, uważa się niniejszym za otwarty. Teraz jeszcze przydałoby się znaleźć czas na wymianę opon… bo letnie chyba powinny już powoli odejść do schowka, a 2 to nawet chyba powinny już odejść do oponowego nieba…

Ogólnie, to właśnie chętnie zwiałabym z pracy, ale nie ma tak dobrze. Urlop to takie małe czary mary, na które muszę zdecydowanie jeszcze poczekać. Na kocykowanie niestety również. Jak to bywa, wczorajsze kocykowe plany trafiło wraz z chwila kiedy podniosłam słuchawkę służbowego telefonu. Więc, cóż, taki lajf. Dziś niestety kocykowanie też nie wchodzi w grę bo miganie dziś jest. W prawdzie mam cichą nadzieję, że jednak, może przełoży ktoś coś z tego migania, albo coś.

Tak odnośnie kocykowania to tak sobie myślę i myślę, że kobiety to mają przechlapane, a raczej przepodpaskowane. Normalnie lato, słońce i jak już jest kilka dni wymarzonej pogody, to nagle okazuje się, że… w te wspaniałe dni słoneczne, trafiają wam się dni szczególne. A jak jeszcze urlop masz, to już na pewno, choćby pozostałe 11 miesięcy było wszystko jak w zegarku, to teraz masz pewne jak w banku, że się coś namiesza, przemieści i zaleje dokładnie w dni, w które nie powinno, i na które liczyłaś, że się na słońcu będziesz byczyć, smażyć i w wodzie od czasu do czasu moczyć… Nic z tego. Zwyczajnie, nie da się.

Tak więc siedzę i sobie myślę, że te które mają nieco szczęścia to się zakorkują tamponem, ale reszta? Ta z mniejszą dozą szczęścia? Leżakuje w cieniu, z dala od wody i fuczy. Fuczy na wszystko i na wszystkich dookoła. Złorzeczy, marudzi i jęczy, utrudnia życie i ogólnie doprowadza otoczenie do rozstroju nerwowego… a może starczyłyby jakieś „pampersy” w kolorach letnich stroi kąpielowych? Doprawdy nie wiem, dlaczego koncerny dbające o naszą, kobiecą higienę, jeszcze nie wpadły na ten pomysł. Dla dzieciaków na basen pampwersy są, a może jeszcze coś w ten deseń, dla kobiet opracować? Tak aby można było, mając przeciw wskazania tamponowe, jednak nie rezygnować z wody? No bo takie kolorowe gatki pampersowe dla Pań to byłoby coś! Kolorowe, aby do stroju można było właściwe kolory dobrać, a gatki, no, bo dla tych, które tamponów nie mogą, to gatki w sam raz byłyby rozwiązaniem. No i tak sobie myślę, że skoro są fikuśne kolorystycznie (różowe, niebieskie), ze skrzydełkami, falbankami i zapachowe podpaski, z taką powłoką i śmaką, niekapki i inne cuda wianki, niewidy, to w czym problem? Rzeczą naturalną winny być w następnej kolejności właśnie takie gatki kąpielowe do użytkowania w plenerze i na basenie… normalnie nisza dla koncernów. Nie wiem jak wy, ale ja, rzecz jasna w rozsądnej cenie, zakupiłabym takie cudo latem bez dwu zdań – a Wy?

Z innej pary kaloszy. Raz jest lepiej, a raz gorzej. Kasia K. ma teksty, które chyba wyciągała z mojej teraźniejszości, gdzie prawie każda linijka jest jak to co jest i nic innego… więc zapętlam i daję głośniej, tak głośno, aby sąsiedzie nie słyszeli niczego więcej ponad to co śpiewa Kasia…

ja to mam pecha

4

Pogoda w końcu się zrobiła kocykowa i bryndza. Normalnie, pierwsza, od dłuższego czasu, przespana noc, sama w sobie powinna była mi dać do myślenia. Do spółki z tym co to ostatnio mnie na spacery po ścianach i rowach mariańskich wysłało, też powinno dorzucić swoje grosze do świadomości. O bólu głowy od samego rana, ba, od chwili przebudzenia, nawet nie powinnam wspominać.

Jedno jest pewne za to, ziółka spisują się naprawdę całkiem dobrze. Żadnych rewelacji skórnych przepowiadających i zapowiadających. normalnie to nie jestem sobie w stanie przypomnieć takiego skórnego lajtu, jak tym razem. Niech mi więc nikt nie wciska kitu, że zioła to bujda. Zioła po prostu wymagają czasu i systematyczności, i samozaparcia.

Tak więc w ramach bonusu i kumulacji ostatnich dni. Cóż, u mnie życie dzieje się hurtem, więc pierdoli się też wszystko hurtem rozkminiając mój system nerwowy na funty i szterlingi. Tak skutecznie tą raza, że cztery dni wcześniej padam na pysk. Twarda jestem. Takiej pogodzie nie odpuszczę. Zmywam się z tego bajzlu za chwilę. Mam w planie kocyk nad rzeką. Najwyżej zejdę, ale kto by się tym przejmował.


  • RSS