demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: słońce

mała rzecz a cieszy…

4

Normalnie jestem geniuszem do duszy. Od roku, albo i dłużej, marudzę i szukam jednego drobiazgu w postaci kratki do szybki w drzwiach. Oczywiście tych do łazienki w Wersalu. Nigdzie nie ma, więc się poddałam i zastanawiać zaczęłam się nad nową wizją i nową koncepcją. Pełna rezygnacja. Wizja też żadna nie chciała przyjść mi przed oczy. Przestój w wyobraźni. Niemoc taka. No i wczoraj, w ramach dnia dobroci dla zwierząt i tego dobrego humoru, postanowiłam przejść zmagania z drzwiami do piwnicy. Czas też było pozbyć się trochę gratów z korytarza, więc dostanie się do piwnicy zaczęło być zadaniem z wysokim priorytetem realizacji. Poszłam, zeszłam z pękiem kluczy i… fik, mik, otwarłam pierwsze drzwi, oraz fik, mik i otwarłam drzwi drugie. Patrzę, a tam DRZWI! Stare, od kuchni, zniesione, zapomniane, stoją w piwnicy. Stoją i mają KRATKĘ na szybkę, taką jak mi jest potrzebna. HURA, HURA, HURA. Teraz tylko jeszcze mała puszka farby i kolejny drobiazg zostanie dopracowany i zniknie z listy rzeczy do zrobienia.

Dziś rano też niespodziwajka, spotkaniowa. Spotkałam przypadkiem, biegnąc do pracy, siostrę E. Miły początek dnia. I słońce się pojawiło, i wiatru nie ma, choć porankiem przymrozek był mało przyjemny i dla mnie i dla kwiatków, ale słońce daje nadzieję, że jeszcze uda mi się nazbierać mniszka lekarskiego na syrop. Bo może akurat, że się kwiatki do słońca pootwierają. No i jeszcze dziś przyjeżdża mój  nowy materac – jeszcze tylko stelaż wymierzyć, skręcić i będzie łoże, że HOHOHO, a jak już będzie będę mogła na nim prezent pokazać, który długo już leży w szafie i czeka na to łoże… w końcu się doczekał.

Dobrego dnia.

takie tam niby nic

20

Cicho siedzę i nie piszę, bo i o czym pisać, skoro pogoda jaka jest każdy widzi. Nieco deszczu się przydało, ale to nadal za mało i nie tyle ile potrzeba. Przynajmniej na moim końcu świata. Dziś już oczywiście po deszczu nie ma wspomnienia, a  jutro to ten ledwie wczorajszy deszcz będzie zwyczajną prehistorią. No dobra – będzie: pradeszczem.

Po za pogodą to siedzę w tabelkach, tabeleczkach i tabeluniach. Nic nowego. No i jeszcze dorobiłam 2 słoiczki kompotu truskawkowego i 1 agrestowego. Jak widać, zima mi nie straszna, pić będę miała co, a jeść też, bo owocków przecież nie powyrzucam. Nadal nie odnalazłam sąsiadów od piwnicy, i nie wiem, czy wymienili zamek w pierwszych drzwiach, czy to stary się zacina i nie chce mnie wpuścić. Do tego nastawiłam naleweczkę, a właściwie to zaczęłam nastawiać, bo nastawiać to ona się będzie przez cały sezon. Mniam.

Chyba musze sobie dzis dokupić kilka słoików, aby mieć pod ręką na wszelkie zdobyczne produkty, co je można do słoika wepchnąć. No i w ramach rozpusty to sobie obiecałam ceramiczny garnek do kiszenia ogórów kupić, ale tylko jeśli będzie we właściwym kolorze. Niestety jest tylko w wersji lajt w porównaniu do tradycyjnych garów, czyli o połowę cieńszy, co oznacza, że jest o 2/3 bardziej podatny na obtłuczenia i stłuczenia. Nic to, jeszcze pomyśle, ale małosolne pewnie już powoli za chwilę będzie można pierwsze nastawiać… znaczy teraz już niby można, ale co to za małosolne na ogórach z marketu… myśląc o tak trywialnych rzeczach oddalę się do Wersalu celem nic nie robienia poza szybkim leczem na obiadek.

Miłego popołudnia.

to będzie dłuuuuugi dzień

10

Normalnie to nie wiem jak ja ten dzień dzisiejszy przetrwam. Zwyczajnie może się zdarzyć, że przyjdzie chwila, kiedy walnę nosem w klawiaturę i zasnę snem sprawiedliwych. W błędzie jednak ten jest, kto myśli, że marudzę. O co to, to nie. Taki niedosen jaki dolega mi dzisiaj, mogłabym stosować częściej i to bez protestów.

Deficyty, deficytami, ale robota sama się nie zrobi, ale tak mi się nie chce, że o ja ciebie nie mogę. Pogoda też nie pomaga. Nie zachęca ani nic. Normalnie, może jednak trzeba było sobie urlop wziąć i odespać, a później wybrać się do lasu na spacer, albo coś. Pochodzić i złapać ostatnie jesienne, przedzimowe zapachy, bo las o tej porze roku, jak dla mnie, pachnie obłędnie. Nieziemsko i zniewalająco. Nic to, jak nie dziś… to może za rok ;)… a może Sobota będzie mieć taką pogodę to – cmentarz też będzie się prezentował dostojnie.

Swoją drogą, to drugi poranek z rzędu przywitał nas przymrozek. Sezon drapania szyb, uważa się niniejszym za otwarty. Teraz jeszcze przydałoby się znaleźć czas na wymianę opon… bo letnie chyba powinny już powoli odejść do schowka, a 2 to nawet chyba powinny już odejść do oponowego nieba…

Ogólnie, to właśnie chętnie zwiałabym z pracy, ale nie ma tak dobrze. Urlop to takie małe czary mary, na które muszę zdecydowanie jeszcze poczekać. Na kocykowanie niestety również. Jak to bywa, wczorajsze kocykowe plany trafiło wraz z chwila kiedy podniosłam słuchawkę służbowego telefonu. Więc, cóż, taki lajf. Dziś niestety kocykowanie też nie wchodzi w grę bo miganie dziś jest. W prawdzie mam cichą nadzieję, że jednak, może przełoży ktoś coś z tego migania, albo coś.

Tak odnośnie kocykowania to tak sobie myślę i myślę, że kobiety to mają przechlapane, a raczej przepodpaskowane. Normalnie lato, słońce i jak już jest kilka dni wymarzonej pogody, to nagle okazuje się, że… w te wspaniałe dni słoneczne, trafiają wam się dni szczególne. A jak jeszcze urlop masz, to już na pewno, choćby pozostałe 11 miesięcy było wszystko jak w zegarku, to teraz masz pewne jak w banku, że się coś namiesza, przemieści i zaleje dokładnie w dni, w które nie powinno, i na które liczyłaś, że się na słońcu będziesz byczyć, smażyć i w wodzie od czasu do czasu moczyć… Nic z tego. Zwyczajnie, nie da się.

Tak więc siedzę i sobie myślę, że te które mają nieco szczęścia to się zakorkują tamponem, ale reszta? Ta z mniejszą dozą szczęścia? Leżakuje w cieniu, z dala od wody i fuczy. Fuczy na wszystko i na wszystkich dookoła. Złorzeczy, marudzi i jęczy, utrudnia życie i ogólnie doprowadza otoczenie do rozstroju nerwowego… a może starczyłyby jakieś „pampersy” w kolorach letnich stroi kąpielowych? Doprawdy nie wiem, dlaczego koncerny dbające o naszą, kobiecą higienę, jeszcze nie wpadły na ten pomysł. Dla dzieciaków na basen pampwersy są, a może jeszcze coś w ten deseń, dla kobiet opracować? Tak aby można było, mając przeciw wskazania tamponowe, jednak nie rezygnować z wody? No bo takie kolorowe gatki pampersowe dla Pań to byłoby coś! Kolorowe, aby do stroju można było właściwe kolory dobrać, a gatki, no, bo dla tych, które tamponów nie mogą, to gatki w sam raz byłyby rozwiązaniem. No i tak sobie myślę, że skoro są fikuśne kolorystycznie (różowe, niebieskie), ze skrzydełkami, falbankami i zapachowe podpaski, z taką powłoką i śmaką, niekapki i inne cuda wianki, niewidy, to w czym problem? Rzeczą naturalną winny być w następnej kolejności właśnie takie gatki kąpielowe do użytkowania w plenerze i na basenie… normalnie nisza dla koncernów. Nie wiem jak wy, ale ja, rzecz jasna w rozsądnej cenie, zakupiłabym takie cudo latem bez dwu zdań – a Wy?

Z innej pary kaloszy. Raz jest lepiej, a raz gorzej. Kasia K. ma teksty, które chyba wyciągała z mojej teraźniejszości, gdzie prawie każda linijka jest jak to co jest i nic innego… więc zapętlam i daję głośniej, tak głośno, aby sąsiedzie nie słyszeli niczego więcej ponad to co śpiewa Kasia…

ja to mam pecha

4

Pogoda w końcu się zrobiła kocykowa i bryndza. Normalnie, pierwsza, od dłuższego czasu, przespana noc, sama w sobie powinna była mi dać do myślenia. Do spółki z tym co to ostatnio mnie na spacery po ścianach i rowach mariańskich wysłało, też powinno dorzucić swoje grosze do świadomości. O bólu głowy od samego rana, ba, od chwili przebudzenia, nawet nie powinnam wspominać.

Jedno jest pewne za to, ziółka spisują się naprawdę całkiem dobrze. Żadnych rewelacji skórnych przepowiadających i zapowiadających. normalnie to nie jestem sobie w stanie przypomnieć takiego skórnego lajtu, jak tym razem. Niech mi więc nikt nie wciska kitu, że zioła to bujda. Zioła po prostu wymagają czasu i systematyczności, i samozaparcia.

Tak więc w ramach bonusu i kumulacji ostatnich dni. Cóż, u mnie życie dzieje się hurtem, więc pierdoli się też wszystko hurtem rozkminiając mój system nerwowy na funty i szterlingi. Tak skutecznie tą raza, że cztery dni wcześniej padam na pysk. Twarda jestem. Takiej pogodzie nie odpuszczę. Zmywam się z tego bajzlu za chwilę. Mam w planie kocyk nad rzeką. Najwyżej zejdę, ale kto by się tym przejmował.

Na życie też nie mam jakoś specjalnie. Pewnie dlatego, że teraz zupełnie nie wiem czego chcę, a raczej na chcenie czegokolwiek nie mam ochoty.

Tyle mojego, że złapałam dziś odrobinę słońca. Nie za wiele, żeby się nie upiec. Mało sypiam ostatnio i bez problemów z poparzoną skórą. Czekam, aż zmęczenie weźmie górę, ale jak tak dalej pójdzie to zapukam do drzwi dohtorka i poproszę o jakąś receptę. Leżenie i patrzenie w sufit zdecydowanie źle mi robi.

A właśnie, właśnie. Udało mi się wczoraj wyłgać z dyskoteki, na rzecz pifka na ryneczkowym ogródku. Oczywista, oczywistość, że na znajomków człowiek się napatoczył i tu zong nie byle jaki. Zwyczajnie, zajęło mi z 15 minut zanim przypomniałam sobie jak ma na imię kolega z którym nie jeden raz się wódkę i piwo piło… okazji było nie mało kiedy pomyśleć, że się ze 20 lat znamy… Całe szczęście, że „chłopaki” meczem zajęci byli. Kilka słów jedynie z PH na szybko, jak zawsze, co jak zawsze zbulwersowało S. (no bo MECZ, świętość znaczy się… miałam mu ochotę powiedzieć: też Cię lubię… z sarkazmem rzecz jasna, ale na bulgot głosem kastrata nie miałam ochoty), drugi P. jak zwykle we własnym wymiarze i własnej czasoprzestrzeni, no C., którego imię niepamięć pochłonęła… C. jak zwykle szukający swojej księżniczki z obleśnymi, kaprawymi, brązowymi oczkami i małym czymś… nie pytajcie skąd wiem, nie sprawdzałam osobiście, nie czułam nigdy takiej potrzeby, ale wieści w małym mieście rozchodzą się lotem błyskawicy…

Miałam się jeszcze w drodze powrotnej na dom załapać na imprezkę u sąsiadki co to przyjechała na chwile z Włoskiej ziemi do domu rodzinnego. Na urlop raptem, bo i praca ściga i dzieci tam do szkoły chodzą, więc czasu nie za wiele na siedzenie w rodzinnym gnieździe, jak własne się na dalekiej ziemi uwiło. Odpuściłam jednak. Nie ma co wisielczym humorem psuć innym zabawy, a zwłaszcza, że senność po chmielu poczułam, a to towar na wagę złota ostatnio.

Dodatkowo się dowiedziałam, że myślę niestandardowo, co zbija ludzi z tropu, bywam za bystra, kieruję się niekobiecą logiką, a do tego mam „wytrawne” poczucie humory… znaczy się nie wiem nadal czy je mam, czy go nie mam, ale chyba lepiej sądzić, że ma się jakieś specyficzne, niezbyt zrozumiałe niż żadnego… starczy, że oględnie jestem zakuty głąb kapuściany jako kobieta… dlaczego? To proste. Bardzo duża jestem dziewczynka, a do wczoraj nie wiedziałam, że w głowie kobiet żyją dwa zwierzątka: Botaki i Niebonie…

… a rano trzeba do pracy iść…


  • RSS