demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: sen

Tablet mi wziął i umarł. Normalnie czuję się zdegustowana. No jak tak w ogóle można? No jak tak on tak mógłI? Całkiem bez ostrzeżenia. Zawiesił się, zgasł i już się nie obudził. Podły jeden on. Parę rzeczy tam miałam w nim, których odzyskanie to raczej nie będzie łatwe. Pewnie raczej mało możliwe nawet. Mam za swoje – mogłam zapisać na pędraku, a nie w tablecie, albo w jakieś czeluście internetowe zrzucić. Mogłam. Nie zrzuciłam. 4 miechy poszło się paść. Oraz poszedł się paść dostęp do Internetów z Wersalu… do czasu przynajmniej, gdy uda mi się zlokalizować adapter do karty sim, bo

Tymczasem miewam sny dziwne. Raz, że śnił mi się kolega R. ze szkoły policealnej. Chodziliśmy sobie po jednej górce wielkiej w  obecnym miejscu, po zaspach pomiędzy domami, nie żeby w dziczy, nic z tych rzeczy. Był z nami jeszcze ktoś, ale teraz nie pamiętam kto. Niby, że też z nami razem chodził do tej szkółki. No i kolega R. opowiadał mi i pokazywał, że ma problemy ze zdrowiem córki. Takiej małej, raptem w wieku przedszkolnym. Cóż, z kolegą R. nie widziałam się pewnie z 15 lat i dzieci ma owszem, dwoje nawet, ale nie w wieku przedszkolnym, a późno szkolnym, a nawet średnioszkolnym. W każdym bądź razie opowiadał, że wszystko już posprawdzali, a ja tak patrzę na tę dziewuszkę śliczną (do mamusi podobną, bo do tatusia zupełnie nie) i pytam, czy sprawdzili jej serduszko? No to on mi, że tego nie sprawdzali – więc kazałam mu to sprawdzić i że niech popatrzy na jej cienie pod oczami i że serduszko pierwsze powinni byli sprawdzić. Zmęczyłam się tym łażeniem po zaspach, zjeżdżaniem na zadku i jeszcze stawianiem diagnoz. Ten drugi co z nami chodził, to może był T. bo się we troje trzymaliśmy, ale pewna nie jestem, gdyż nie pamiętam.

Jako, że noc była w sny owocna to jeszcze tak mi jakoś się przyplątał P. i to z przyległościami. Szedł gdzieś z Z. i V. i z wózkiem prowadzonym przez Z., czyli, że z jakimś drobiazgiem. Szliśmy naprzeciw siebie, widziałam, że V. ma bardzo nietęgą minę, właściwie jest nawet przybita oraz, że ma torebkę ode mnie (no we śnie to było co nie), taki chlebaczek w żołnierskich barwach, co jakoś mnie tak podbudowało, że ma, że nosi, i że nie wyrzuciła. Tym bardziej, że miałam w ręce drugą torebkę typu chlebaczek, tym razem jasną i coś w niej poupychane. Nie zważając na P. i Z. podałam ten chlebaczek V., a ona go wzięła z uśmiechem i spokojem oraz bez zaskoczenia, a za to minęło jej cale to przygaszenie, które widziałam z „daleka”, co dla odmiany zaskoczyło P. i Z. do tego stopnia, że Z. zaniemówiła, a P. zaczął coś mówić, ale poza tym, że się z V. do siebie uśmiechnęłyśmy, to akurat zupełnie nie słuchałam co on niby mówi. Odwróciłam się w swoją stronę i poszłam sobie zostawiając ich takich zdziczałych sytuacją. Z mojej strony – nie padło ani jedno słowo, bo do V. nie było to potrzebne, a do reszty, widać uznałam, że nie ma takiej konieczności.

O ile sen o R. to abstrakcja jakaś i zupełnie go nie rozumiem, gdyż nie stało się nic takiego co akurat jego by na myśl mogło mi przynieść. Żadnego spotkania, żadnych wspominek. Zwyczajnie nic. Dlatego to nie rozumiem co to senne spotkanie miało znaczyć. O tyle z P. jest zupełnie inaczej i sen jest zrozumiały w jakimś sensie, gdyż ostatnio padły pytania co tam u niego, więc nie dało się nie myśleć, zaś wózek, jeśli jest faktycznie, to nie stało się nic ponad to, co przewidziałam mniej więcej 2,5 roku temu. Zapytał wówczas: „Czy nie liczy się to co on czuje, co myśli i czego chce.” Stwierdziłam, że w sumie to się nie liczy. Poprawiłam się, że liczy się jeśli będzie chciał i umiał do tego dążyć. Nie dodałam, że wymaga to pewności swoich przekonań i chęci, zamknięcia rozdziału pod nazwą Z. i otwarcia rozdziału własnego życia oraz bycia konsekwentnym, stanowczym i niestety nie da się w tym iść na łatwiznę – czyli trzeba zadziałać, a nie brać życie na przeczekanie i czekać co się „samo” poskłada. Żeby być sobą – trzeba mieć jaja.

Czy mówi wam coś termin „retrogradacja Merkurego”? Nie? A, czy ostatnie dni nie są jakieś pomieszane, poplątane i ogólnie jak na diabelskim młynie, nic nie jest pewne, wszystko się zmienia, a do tego wyskakują niespodzianki co chwilę, i to niekoniecznie te miłe? O tym, że w domu to i owo szwankuje, że drobne naprawy trzeba uskuteczniać? Ludzie zaskakują, sprzeczają się z wami o byle co i pod byle pretekstem, strzelają fochami, a szef jest jeszcze bardziej nieznośny niż zazwyczaj? Jeśli tak jest, to czas uzbroić się w cierpliwość i nie dać się zwariować, gdyż stan ten może potrwać do 9 października jeszcze. Właśnie jesteśmy na etapie retrogradacji Merkurego, która nam towarzyszy od 17 września do 9 października 2015.

Nie wiem jak wy, ale ja mam taki mały prywatny cyrk z małpami nie do ogarnięcia. Zaskakujące wieści wyskakują zupełnie niespodziewane (szpitale, te sprawy), plany są zmieniane z minuty na minutę (ubiegło-piątkowy wyjazd do grodu Kraka będzie miał miejsce dopiero jutro). Zastanawiam się, czy nadal mówię po polsku, czy może w innym jakimś języku albo w zaskakującym jakimś narzeczu i o ile przez telefon, czy drogą telefoniczną dogaduję się szybko i sprawnie, o tyle już mówienie do otoczenia, tu na miejscu… no proszę, sorry, taki mamy klimat. Nie chcę dociekać o co chodzi i co się dzieje, mogę się domyślać, ale domyślać się nie mam ochoty. Jak w każdej robocie są ważni i ważniejsi, a ten kto lepiej zadek liże i donosi (nawet wymyślając nieprawdziwe, chore i urojone w swej chorej głowie historie) zawsze ma się lepiej, od tego kto się nie miesza, nie donosi, nie konfabuluje. Tak sobie myślę, że może czas przestać myśleć o tym jak ochronić cudzy zadek i myśleć tylko o własnym? Bo co ja sobie tam będę. Marudzę, wiem. Na dobrą sprawę i tak nic nie zmienię, choć wiem, że swój idealizm i zasadniczość to mogę sobie między bajki wsadzić, a nie stosować w pracy, zwłaszcza swojej.

Do tego sny miewam komiczne, choć nie bez wyrazu i pewnie nie bez znaczenia, którego jednak nie rozumiem. Ten z minionej nocy… moja siostra siedząca na stołeczku, na polu truskawek obierająca z ziemi wyrywana marchewkę. Pole, jedno z tych mijanych na trasie pomiędzy Wersalem i Włościami. Na poboczy zaparkowany znajomy Opelek kombi i… Tuv z X-menem schodząca w stronę mojej Sis. Pytam Tuv co tu robi… a ona, że przyjechali się pożegnać, bo wyjeżdżają do Dani na jakiś czas. No jak to, tak, że przecież, tak nagle, że są tu, jak u siebie jakiś gości mają, że jak to tak wyjeżdżają? Tuv mi na to: „Ano jedziemy. Tak wyszło.” No w głębokim szoku byłam, aż się obudziłam… no i w sumie, przyjechali się pożegnać z moją Sis na to pole truskawek, gdzie ona wyrywała i czyściła z ziemi marchewki? No i moja Sis, jakby zupełnie bez zdziwienia, że wyjeżdżają.

Z poprzedniej nocy za to, sen z widoczkiem na moje widoki z okna Włościowego. Śnią mi się 3 kobiety: moja Mama, moja koleżanka (równolatka, z którą znamy się jeszcze od szkoły podstawowej) i dziewczynka między 3 – 6 lat. Siedziały na wjeździe na sąsiadowy parking strzeżony, przy kwadratowym stoliku i jadły tosty. Mama siedziała po lewej, moja Koleżanka (która pracuje z moją Mamą i jest jej podwładną) tyłem do bramy parkingu, obok mojej Mamy po jej lewej stronie, a niby na rogu stolika (???), dziewczynka siedziała na przeciwko zupełnie obojętna rozmowę dorosłych kobiet, zajęta tostami. Dziewczynka owa to była niby córka innej koleżanki, a niby nie, niby miała tylko tak samo na imię, a niby nie (Maryla). Przyglądałam się jak dziewczynka wcina tosty z szynką i z jajkiem. Ona się im przyglądała i obrywała kawałki jajka które wychodziły poza chleb (takie przypieczone jak czasem bywają brzegi w jajku sadzonym), bo tosty były z szynką i z jajkiem. Toster, z którego przyniosłam dziewczynce kolejnego tosta, stał na trawie, po przeciwnej stronie ulicy, jezdni… właśnie ta jezdnia oddzielała mnie początkowo od nich i dawała perspektywę do przyglądania się całej scenie. Kiedy przeszłam przez tę ulicę, też zignorowałam rozmowę kobiet dorosłych i uśmiechałam się do zajętej jedzeniem dziewuszki…

No i tak to się plecie i leci do przodu, powoli, z nieprzespana nocą w tle, gdyż sen z Tuv tak mnie zaskoczył, że ze snu mnie wybił i obudził… co standardowo skończyło się 2 godzinami bezsennego leżenia i przewracania się z boku na bok oraz myślenia o głupotach, choć z drugiej strony – o bardzo ważnych głupotach i wszystkich tych decyzjach, które chyba czas podjąć, a na które zupełnie nie mam wizji… bo choć wiem czego chcę i czego pragnę, to rak mi przekonania co do tego, czy taka droga realizacji jest właściwa…

Ogólnie to nadal mamy słoneczko, tylko niejako nieco chłodno jakby się u nas zrobiło. Trudno, jakoś to przeżyjemy. Nie o tym jednak chciałam dzisiaj napisać. Pogoda, pogodą ważna sprawa, ale są tez ważniejsze. Przynajmniej dla mnie.

Miałam notes, różowy, w którym od kilku miesięcy prowadziłam notatki o tym, o czym czytałam. Nie tylko spis tytułów i autorów, ale przemyślenia, cytaty i takie różne różności. Tak więc w zeszycie owym były wpisywanki, wklejanki i rysowanki, i oto od kilku dni zupełnie nie mogę go zlokalizować. Normalnie amba zjadła chyba, bo  przerzuciłam cały Wersal, ferdka i posprzątałam sobie w robocie półeczki. Nawet Włości już raz przejrzałam, a dzisiejszym popołudniem mam zamiar dokładniej i dobitniej jeszcze przetrząsnąć Włości. Nie ma. Rozstąp się ziemio, ale nie ma. Nie tracę nadziei, że notatnik ów się odnajdzie, gdyż bardzo zżyta się czuję z jego zawartością.

Tak, zastanawiam się, czy nie wpadł w niepowołane ręce i oto cóż, jeśli wpadł, to się dowiem (wcześniej lub później), gdyż w związku z treściami różnymi zostanę zapewne uznana w najlepszym razie za szurniętą, a w innym, nieco gorszym wariancie, za kosmitkę, albo sama nie wiem za co jeszcze. Mam ochotę napisać ogłoszenie: „Uczciwego znalazcę proszę uprzejmie o zwrot mojej własności intelektualnej.” i w jednym miejscu ogłoszenie porozkładać, jednak niestety, jeśli zaginęło to w tym miejscu, czyli, że nie odnajdzie się na Włościach, to pozamiatane. Uczciwy znalazca to mit. Doszukiwanie się sensacji to jest COŚ. Wyolbrzymianie, przekręcanie i „wyrywanie” z kontekstu – to jest to co się liczy i co ma znaczenie. Przykre? Niestety prawdziwe.

Do tego mam zjazd formy. Nic nadzwyczajnego. Właściwie znając podstawy własnego samopoczucia jednak łatwiej jest je znieść. Łatwiej jest sobie wytłumaczyć, że świat nie jest taki paskudny, jakim się wydaje, że może i owszem, kolorowy nie jest, ale tragedia jest tylko w mojej głowie (organizmie) pozbawionej pewnych substancji chemicznych, które już za kilka dni na nowo zacznie sobie mój człowiek produkować w odpowiednich stężeniach. Teraz to tylko jakoś trzeba przeczekać ten zjazd chemiczny, a później znowu będzie normalnie… choć może i farmakologicznie uzupełnić niedobory? Może powoli czas zacząć tę opcję rozważać. Kilka przebarwień więcej w tę, czy w tamtą stronę w obliczu stabilności organizmu, może nie jest małą ceną, ale też nie jest szczególnie wygórowaną. Jest jeszcze jeden sposób, ale obawiam się, że nawet moje zaprzyjaźnione aptekarki nie poszłyby na to bez recepty…

Tymczasem jestem niesamowicie i sakramencko zmęczona. Nie wiem czym, więc pewnie znowu zaliczyłam pikowanie w dół wyników krwi. Zwłaszcza, że ciągnie mnie do soli jak jakąś maniaczkę, a ten objaw bywa jednoznaczny.

Do tego miałam dziwny sen: dom mojej babci (od strony ojca), w którym była moja mama, ja, Młody (w wieku mocno Nielatowym), mój brat P1 (zupełnie sprawny, bez jakichkolwiek problemów ze zdrowiem) i moja Sis. Moje rodzeństwo podpaliło pomieszczenie na poddaszu. Dom palił się najpierw powoli, ale nikt go nie próbował gasić. Po prostu patrzyli, a ja nawet nie patrzyłam. Któreś stwierdziło, że straż coś nie przyjeżdża, i że chyba przedobrzyli, ale już było nieco za późno na ratowanie, choć Sis i brat próbowali coś tam robić. Nikomu nic się nie stało. Wszyscy byliśmy na zewnątrz znowu, a dom się palił. Zapytałam Młodego – Nielata, czy wyniósł komputer tak jak go prosiłam, na co on mi, że zapomniał. Ja – spokój. Totalny spokój, całkowite opanowanie i zero emocji. Przez sen, jakąś świadomą część mojego mózgu, bardziej zaskoczył mnie mój brak emocji do zdarzenia niż samo zdarzenie. Ale proszę, o to straż nadjeżdża, na skuterku i samochodem, pewnie ochotnicza straż pożarna. Nie, to nie samochód, to klauni na rowerach – różnych rowerach, zwykłych na dwu kołach i tradycyjnych i na jednym kole. To klauni poukładani byli w formie wozu strażackiego, ale kiedy podjechali w pobliże domu, na łąki poniżej wzgórza, gdzie zawsze było siano zbierane, to rozsypali się z tego wozu i zaczęli ćwiczyć akrobacje i popisy cyrkowe na tych rowerach. W chwili kiedy zorientowałam się, że to nie wóz strażacki straciłam zainteresowanie płonącym domem (z zimnym stwierdzeniem: niech się spali, zasłużyli i zapracowali sobie na to by spłoną) i również bez emocji, choć ze sporym zainteresowaniem dla wykonywanych ewolucji i akrobacji, przyglądałam się klaunom na rowerach. Ciekawe, co na ten temat powiedział by Sigmund Freud. Choć może nie ciekawe. Swoją drogą, jest to też jedyny człowiek, którego opinia o moim zaginionym, różowym notesie, bardzo by mnie interesowała…

… swoją szosą to chciałabym cofnąć się o 3 lata… chciałabym się czuć tak jak czułam się latem 2012, tuż przed tamtą Rumunią i to jak czułam się po tamtej Rumuni, tamtej jesieni i zimy… a później wsiadłam na rollercoaster, z którego uparcie nie chciałam zejść…

sny, dziwne sny

1

Właściwie nie pamiętam dzisiejszego snu. Pamiętam za to słowo, które było w nim ważne, i które miałam zapamiętać, i które od chwili przebudzenia plątało mi się po głowie tak upierdliwie, że sięgnęłam migusiem po tableta i zapodałam owo słowo magiczne wujkowi googlowi i… jest. Czyli nie jest to słowotwórstwo mojej podświadomości, tylko realny przekaz, ale… nadal nie wiem co ono znaczy, gdyż zupełnie nie naszym polskim słowem się ono okazało. Mało tego, nie jestem pewna w jakim ono jest języku. Obstawiam języki skandynawskie, ale pewności nie mam, to domniemanie na podstawie tego co mi wujek googiel szepną skrycie aż 3 wskazaniami.

Pozwoliłam sobie na skopiowanie jednego z trzech wskazanych przez wujka googiela dokumentów zawierających owo słowo. Nie przypominam sobie, abym z nim, czyli z tym słowem, miała kiedykolwiek do czynienia. Za wskazówki co ono znaczy, czy z jakiego języka pochodzi, będę wdzięczna. Słowo to brzmi: daktylista.

Nie mam całkowitej pewności, że jest to słowo właściwe, gdyż pamiętam je fonetycznie, oraz zapisałam je w znanym sobie alfabecie, więc niekoniecznie jest ono tym, co miałam zapamiętać. Dodatkowo, mam przekonanie, że miało formę żeńską, czyli w brzmieniu było zbliżone do: „daktylistka”. Nic więcej niestety nie pamiętam.

Normalnie jak za 2 dni. Od 21 do prawie 7 rano. Rozpusta. oczywista, oczywistość, że co chwilę się budziłam bo organizm nie dowierzał, że jeszcze może spać i nie zagraża mu budzik.

Kurcze, zmęczona, padająca na pysk, śmierdząca pizzą, zauroczyłam faceta. Normalnie, w takim stanie ducha i fizycznym, zbliżonym już prawie do zombi, załapałam się na komplementy i na zaproszenie na obiad i kawę. Nie wspomnę, że do kompletu dowiedzieć się, że ma się 5 lat mniej niż się ma… kurcze, już go lubię. Panowie doprawdy nie doceniają siły komplementów obecnie. Nie doceniają, ja wam to mówię. A jeżeli zaglądają tu jacyś Panowie, to niech sprawdzą i przetestują w otoczeniu. Niech powiedzą kilka miłych słów kobietom… taka silna broń, tak blisko w zasięgu, a tak zignorowana. Doprawdy – marnotrawstwo możliwości.

Hm, nadal uczę się panować na swoim cholerycznym usposobieniem i nie rzucać się z pazurami na otoczenie, czy jest za co, czy za co nie ma. To nie łatwe, ale możliwe. Da się? Da się! Myślę nawet, że ma to pozytywne efekty. No i zdradzę tajemnicę, że z czasem, coraz łatwiej jest zapanować nad własnym małym demonem, co to człowieka pcha w dzikie awantury, sprawia, że ręce go swędzą do różnych rękoczynów oraz sprawia, że ozór miele tak by ranić, a nie by rozmawiać. Co ciekawe, zapanowanie nad jest możliwym bez uszczerbku na impulsywności i temperamencie w innych zakresach życia. Tego się obawiałam. Teraz wiem, że bez potrzeby. Zastanawiam się jeszcze jak to się przełoży na inne zależności, ale też jestem przekonana o pozytywnym efekcie. Zastanawiam się nad tym jak wysłać jegomościa demona na niekończące się wakacje i właściwie wiem już jak to zrobić można, więc jeszcze chwilę i całkiem zatrzasnę mu drzwi przed nosem.

No i jeszcze truskawki. Pierwsze, z posmakiem plastiku od ilości konserwantów, ale jednak, to truskawki. poległam, nie oparłam się i kupiłam sobie i smakowały rewelacyjnie. Bosko i truskawkowo…

Budzik sobie, a ja sobie. Dwadzieścia minut po siódmej, to lekka przesada, zwłaszcza biorąc pod uwagę ten drobny szczegół, że pracę zaczynam o 7.30. Oczywiście, że słyszałam budzik, który dzwonił kilka minut po szóstej. oczywiście, że drzemka miała trwać dziesięć minut. Oczywiście, że sama to ja się nie obudziłam. Obudził mnie za to krem, który spadł sąsiadce do wanny. Krem w szklanym opakowaniu, lotem koszącym – pionowym, wpadł do żeliwnej wanny… oczywiście, że zjawisko to rozeszło się po rurach i przez cienką ścianę, jak również towarzyszyły temu złorzeczenia i wyrażenia niecenzuralne mojej sąsiadki. I chwała jej za to, gdyż to właśnie ten ciąg przyczynowo – skutkowy obudził mnie z mojej 10-cio minutowej drzemki, która trwała dobrą godzinę i dziesięć minut.

Tak więc, dziś jestem wypoczęta, wyspana, zwarta i gotowa, chociaż w permanentnym niedoczasie, a do tego zaraz muszę służbowo mknąć do miasta wojewódzkiego i tu mam niejaki problem gdyż, nie mogę się zdecydować, czy między czasie w owym mieście wojewódzkim mam udać się na szybki przegląd obuwniczy (zwłaszcza pod kątem trepów dla Młodego), lekki rekonesans obuwniczy na jesień dla mnie (jak powszechnie wiadomo – butów w mojej szafie nigdy nie jest wystarczająco dużo), czy też zwiedzić jakąś castoramę, czy coś w celu zbadania cen artykułów ogólnobudowlanych, które pozostają w kwestii moich zainteresowań. Jest też opcja czwarta, aby wyciągnąć na kawę jedno stworzenie i po prostu, posiedzieć i posprzeczać się z zakresu: a może jednak dasz się skusić… nie nie dam się skusić, a może jednak, a może chyba raczej nie, a może, a może… to taki rytuał – gdyby ktoś nie załapał. Rytuały zaś są po to aby je kultywować i od czasu do czasu się im oddawać, dla samego kultywowania i kilku minut nic nierobienia i bimbania sobie z ogólno-życiowej gonitwy.

No więc pędzę dalej. Przed siebie. Gdzieś. W przestrzeń.


  • RSS