demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: samochod

weekend był i się zbył

6

W piątek urwałam się nieco wcześniej z fabryki, gdyż Młody piszczał o odbiorze Złomka od mechanika… na co nie miał kasy, a co kosztowało mnie 3,5 setki… bo się bak rozciekł i trzeba było go wymienić. Jak ma chwile pojeździć Złomkiem, to na nowy, a nie na stary, który za chwilę może znowu rozcieknąć. Baki w tiktakach tak mają. Sama kiedyś przerabiałam, dawno, jak sama miałam tiktasia.

Tak więc, Złomka odebrałam i w domu, na Włościach wylądowałam o porze więcej niż przyzwoitej jak na piątek. Porozglądałam się, popatrzyłam po kątach i za okno, i upchnąwszy to i owo do pralki, zabrałam się za podwórkowe roboty. Od 16 do ciemkowatości. No i git, podgoniłam nieco, ale sterta patyczków do pociachania na zimową rozpałkę dopiecową nadal sobie hihrała ze mnie. Łypała na mnie patykami, gałązkami i żywicznymi wysiękami. Wredna taka była. Nic nie mówiąc, odwróciłam się, a w głowie mej niecny plan się rodził. Sobota miała być niezbyt pogodna, ale bez deszczu podobno, już ja się rozprawię z tymi patyczakami! Jako się pomyślało, tako się zrobiło. Od 10 z minutami do 19 z hakiem czasowym, a wszystkie te łypiące na mnie patyczki zostały poszatkowane, powiązane i zniesione pod dach. Teraz to sobie schną i zimy czekają, a ja się nie wkurzam, że trawą przerosną.

W sobotę, w ramach patyczkowania, zawarłam bliższą znajomość ze stadem winniczków. Normalnie cała byłam szczęśliwa, że choć raz w roku widzę więcej ślimaków z wiadomym adresem zamieszkania, z własnym „M”, niż tego gluciastego, bezdomnego tałatajstwa, co wyżera cały ogródek.

Z prac polowych, to jeszcze muszę drutu zakupić, i winogron ujarzmić, co go to Matka Rodzicielka w dziwnym miejscu posadziła, oraz na mikro patyczkach próbowała osadzić. Pewnie koło weekendu, jak pogoda pozwoli, to się z nim uporamy z Młodym, bo inaczej ciemno to widzę.

Bilans powekendowy jest taki, że mam obrobioną część ogrodu na Włościach, wybity palec serdeczny lewej ręki (nie pytajcie, nie mam pojęcia i nie przypominam sobie jak to się stało), odwinogronowane ogrodzenie oraz całkowity ból wszystkich (a nawet WSZYSTKICH) stawów jakie są w moim człowieku. Ból stawów tak mnie na koniec soboty zmasakrował, że zwyczajnie, ledwo się doczołgałam do łóżka, i to bez przenośni. Zupełnie dosłownie. Przekonana byłam, że to pozimowe zastanie, ale śmiem twierdzić, że to nie jedyny powód mojego samopoczucia. Tylko nie wiem, czy już teraz chcę wiedzieć co jeszcze, czy raczej wolę nie wiedzieć.

W związku z powyższym, niedziele spędziłam na zaleganiu z książką w ręce, przy czym, w tak zwanym między czasie, gdzieś pomiędzy śniadaniem i obiadem, machnęłam trzy koszyczki rogalików drożdżowych. Tak, tak, z tymi bolącymi nadgarstkami, łokciami i wybitym palcem. Wszystko to dlatego, aby móc sobie powiedzieć, że takie rogaliki, to przecież nie słodycze, więc można ich dużo i jeszcze więcej…  jedz, jedz, a zadek rośnie.

No i jeszcze odkryłam, że kiedyś wkładka butów męskich o długości 26,5 – 27 cm to był rozmiar 40, a obecnie jest to rozmiar 42… tak więc przymierzyłam sobie całkiem fajne buty sportowe jednej znanej marki, a że męskie… no cóż nie wiem dlaczego, ale na końcu świata przywożą rozmiarówkę do numeru 39… więc nie wiem skąd te młode dziewczyny biorą buty, bo nie z naszych sklepów, chyba, że to one wszystko już wykupiły. tak, ja wiem, że niespełna 3 tygodnie temu kupiłam sobie podróbki airmaksów… kwestia w tym, że się rozwaliły, pękły i raczej nie nadają się do chodzenia. No i oczywiście, że wiem, że mam 50 par innych butów, ale białych sportowych nie mam żadnych.

żyję… chyba…

9

Ogólnie to bez śniegu jest do duszy. Wielkanoc mamy, czy Boże Narodzenie? Nie wiem. nie jestem pewna. Może koszyczek mam wyciągnąć? Albo cóś. Jajeczka jakieś? No nie wiem. Nie wiem.

Nie mam czasu pisać, nie mam siły pisać, nie mam na czym pisać i nie mamo czym pisać. Więc nie piszę. Czytam. jeśli znajdę chwilę czasu, co nie jest łatwe. Może w święta nadrobię.

Przepraszam dziewczyny, ale w tym roku, nie starczyło mi czasu na zrobienie kartek i na wysłanie ich pocztą tradycyjną. Obiecuję się poprawić i już może w najbliższym czasie, na zaś zrobić kilka wielkanocnych, żeby mieć na zapas pod ręką, gdyby się okazało, że nadal obłożona robotą jestem.

Z samopoczuciem też różnie bywa. Znaczy, skoro wszyscy na około smarkali, to i mnie smarkaty czas dopadł i dogadał się z gruźliczym kaszlem, który miał dłuższy przestanek w mojej osobie i nie chciał się ze mną rozstać. Jednak, zdaje się, że już nie jest źle.

Tymczasem Młody zakończył kursy operatora koparek jednonaczyniowych i koparko-ładowarki, zdał egzaminy i nabył uprawnienia. Wjechał nieco do rowu Ferdynandem, oraz stracił zderzak na parkingu… nie wiem, czy on zaparkował bez zastanowienia, czy ten co mu rozpieprzył zderzak i kawałek lakieru zabrał z Ferdka był dupa nie kierowca, co w okresie około świątecznym z bez śniegową aurą jest normą (w sensie, że niedzielni kierowcy, którzy zwyczajowo swoje wozy chowają do garaży na zimę, teraz nimi jeszcze jeżdżą), w każdym bądź razie, się nie nudzimy. Oczywiście, że sprawca braku zderzaka zwiał i nie zostawił nic (że o nr telefonu wspominać nie będę… ), zabrał zaś nieco lakieru… na pamiątkę chyba, bo po co mu innego.

Nadal nie mamy znalezionego rehabilitanta sportowego do rozćwiczenia kolana Młodego, ale szukamy, szukamy. Mamy za to okulary nowe, gdyż stare Młody zjadł był (nie wiem, chyba na deser, bo staram się jednak dbać o to aby lodówka pusta nie była i aby Młody miał co jeść), więc może to i Młodemu, i Ferdkowi na zdrowie wyjdzie.

O pracy pisać nie będę, gdyż, po prostu niewybredne wiązanki na ust korale się mi cisną ciągiem nieprzerwanym, gdyż nie wyrabiam w zakrętach.

O stosunkach rodzinnych też pisać nie będę, gdyż dla odmiany te się mają szumnie, są mocno urozmaicone i nudą nie wieje. Dzięki czemu nowy, nadchodzący, rok jawi się w perspektywie znowu z rozwalonym urlopem na wizyty urzędowe mniej lub bardziej dobrowolne, acz nieuniknione.

Co do urlopu, wpadła mi do emajli reklama wyjazdu do Rumuni. Za tysiaka, na 7 – 8 dni. Kusi, nęci i szczerą ochotę mam pizdnąć wszystkim i pojechać… tylko kurcze – może by mi jakiś Mikołaj ten wyjazd pod-choinkowo za-sponsorował? Wyjazd wakacyjny, o tej porze roku (dokładniej to styczeń/luty) jest poza moim budżetem, także wszelkie działania Mikołajowe/ Dziadkowo Mrozowe/ itp. są i wskazane jak najbardziej i mile widziane.

Trzymajcie się tej zimy wiosennej.

o Ferdynandzie dziś będzie

12

Nie jest tajemnicą, że z Ferdynandem czas nastał na rozstanie. Nie powiem, mam do niego sentyment, ale koszt jego naprawy przekracza moje chęci wydatkowania na niego środków finansowych. To wygodny i przyjemny w jeździe samochód był. Dobrze się w nim siedziało, a dalekie podróże, też były nieuciążliwe z racji dostatecznej przestrzeni dla kierowcy i dla pasażerów. Żadne tam kolana pod brodą, co ma znaczenie, jeśli przełożyć, to na wizję składania Młodego na 3 części w innych samochodach. Tu Młody siedział jak Basza, z całym swoim 198 cm dobrodziejstwem inwentarza. Jak upierdliwy w trasie jest marudzący pasażer – każdy kierowca dobrze wie, a Ferdek sprawiał, że ten szczegół podróży mnie zazwyczaj omijał.

Tak więc, kiedy nadszedł czas rozstania, jakoś mi smutno i przykro, i w sumie to spędziliśmy ze sobą 7 ostatnich lat i blisko 150 tyś. km. oraz remont silnika i pomniejsze naprawy. Stłuczkę tu i tam, niewielkie, niegroźne, ale wspólne. Nie daliśmy się niejednej Bejcy, a i audice z nami taktycznie się nie mieściły w starcie na światłach. Trudno jest się nam rozstać. Tym trudniej, że na złomie, dają mi za Ferdka 600 PLNów. No to mało jest. Po 35 groszy za 1 kg. Nie wspomnę, że 1,5 roku temu (czy jakoś tak) 650 to ja za Tico dostałam… ot, życie.

Postanowiłam więc go sprzedać. Nie pierwszy raz. Gdyż pierwszy raz, to sprzedać go miałam,kiedy moja Rodzicielka się w zadku auta innego nim posadziła. Kazała mi go sprzedać, a że trafiło iż chcieli go za darmo, to skończyło się tym, że naprawiłam i jeździłam. Jeździłam i cóż, nie oszukujmy się, solanka go wykończyła. Rdza go zjada tu i tam. Parę innych rzeczy też jest zużytych. Ogólnie, jeśli ktoś jest nieco samodzielny samochodowo, to spokojnie można jeszcze na czas jakiś Ferdka zreanimować… kiedy odpadają koszty robocizny i konieczność użerania się z mechanikami.

Tak więc, postanowiłam Ferdka sprzedać. No i się zaczęło. Ja pierdziu. Faceci są niepoważni. Normalnie, N-I-E-P-O-W-A-Ż-N-I !!! W chwili, kiedy zorientują się, że mają do czynienia ze sprzedającą kobietą to… chcieliby za darmo! ZA DARMO! Już to przerabiałam poprzednim razem. Owszem, talent handlowy u mnie nie jest na poziomie spektakularnym, ale jednak go mam. Tyle, że jak widać, w naszym grajdołku, kobieta ma problem ze sprzedaniem samochodu, bo faceci mają problem z uświadomieniem sobie, że ta kobieta wie o swoim samochodzie dużo, umie odpowiedzieć na większość ich pytań i ogólnie to lubi samochody. Takie postępowanie jest domeną męską. Kobieta ma być uległa i nie znać się na motoryzacji, bo to męska dziedzina dominacji jest. Więc odbieram kolejny telefon i co? I cale życie z debilami! Na 8 telefonów, 2 były rzeczowe i nie stanowiły próby wyłudzenia za darmo, zaraz po tym jak okazało się, kto jest sprzedającym. To cwaniactwo i wywyższanie się po prostu rozpieprza mnie.

Przy jednym telefonie, czekałam tylko na hasło w gatunku i tonie: Baby to do pieluch i do garów, a nie do samochodów. Inny Pan, zawiedziony, że nie dam mu za darmo, rozłączył się bez zająknięcia się kulturą i obyciem. „Dziękuję”, czy inne zwroty uprzejmościowe – w języku niektórych Panów nie istnieją. Buraczarnia normalnie. Buraczarnia.

Tak, jestem idealistką, i tak, zdaje się, że Ferdek jednak trafi na złomowisko, końcem miesiąca, chociaż Młody doszedł do wniosku, że skoro za 600 mam go pchnąć na szrot, to może on sobie sprawdzi ile kosztowałoby go zreanimowanie Ferdka przy pomocy tatusiów kolegów, którzy są mechanikami od tego i owego, a resztę to on sam. Ma dziś się rozglądnąć co do możliwości i kosztów. W sumie, gdyby miał pod czujnym okiem sam coś przy nim domajstrować, i nim jeździć… przynajmniej wiedziałabym, co ten samochód może i nie umierałabym ze strachu co obcy złom może za numer wywinąć… bo nie ukrywajmy, wraz z własnym prawem jazdy w kieszeni Młody zachorował na posiadanie własnego samochodu. Samochód to koszty, więc to też może być mobilizacja do szukania pracy. Owszem, szuka, owszem już mógłby iść, ale jego marzeniem jest ten nieszczęsny kurs na koparkę, na który jest zapisany w UP. Problem w tym, że jakaś „ciemcia”, która ten kurs nadzoruje, ma problem z zebraniem 12 bezrobotnych aby go rozpocząć… doprawdy, 12 facetów szukać od czerwca i nie znaleźć? To dopiero trzeba być zdolną osobą! Lub cholernie być za karę w pracy i całkowicie nie nadawać się do wykonywanej roboty, kiedy w ciągu dnia rozmawia się z 30 albo i więcej osobami poszukującymi pracy… nie, no to trzeba mieć zdolności.

Tak więc, Ferdek nadal stoi pod brama, i nadal nie ma pewnej przyszłości. Chyba nikt na tę chwilę nie wie co go czeka. Ani on, ani ja, ani Młody. Sytuacja ulega dynamicznej zmianie.

tydzień na dziko

10

Marzy mi się spokojne popołudnie, albo wieczór – choć jedno. Zważywszy na pogodę może być nawet przy kominku. Koniecznie z lampką dobrego wina oraz dobrym towarzystwem, albo przynajmniej z jednym lub drugim.

Ciężko obecnie mówić o dobrej koniunkturze, a tej mniej dobrej mam za to w nadmiarze. Nie chce mi się o tym nawet pisać. Mało tego, dziś jeszcze to nawet pisać nie będę, bo nie będę, może jutro po południu. Jak więcej rzeczy się wyklaruje, albo jeszcze bardziej skomplikuje. Ogólnie, to czas na przełom. Kumulacje uważam za wyczerpaną i czas na odwyrtkę – czyli dobre czas przyjąć.

Napiszę tylko, że piątkowe Ferdynanda przejścia oponiarskie to nic nadzwyczajnego w odniesieniu do reszty zdarzeń. Niczym szczególnym nie jest również przedwczorajszy potop łazienkowy. Tak, szlam i kamień zapchały mi pralkę, która się zbuntowała i… wylała swoje żale na środek łazienki dwoma wiadrami wody.

Cóż, opony wiedziałam jakie mam, i nie jest to złośliwość losu, że mi się odoponiła jedna. Wytrzymała i tak nadspodziewanie długo. Dlatego też nie robię tragedii z tego stanu, zwłaszcza, że historia zakończyła się pomyślnie i … już przygarnęłam dwie letnie stare – nowe.

Pralka, hm… jakbym umiała sobie przypomnieć kiedy po raz ostatni czyściłam ją z tego paskudnego szlamu, to może i mogłabym mieć do siebie pretensje, ale skoro nie pamiętam – było to dawno, a nawet bardzo dawno temu. Szlam ów w naszym domu już nie jednej pralce skrócił żywot, więc, też nie jest to złośliwość losu tylko bolesne przypomnienie o tym, jak ostatnio mocno żyłam na wariackich papierach eksploatując nadmiernie własne zdrowie i żywotność mojego otoczenia – jak widać również tego teoretycznie nieożywionego.

Nadrobiłam też zaległości wywiadówkowe Młodego. Cóż, jak dalej tak pójdzie, to skończy się na wykształceniu gimnazjalnym, czyli, że edukacja zakończy się ostatnim świadectwem po gimnazjum, bo… jest pełnoletni, a dyrekcja szkoły nie ma obowiązku trzymać takiego lenia w swoich murach. Szczerze, brakło mi weny i inwencji do tłumaczenia osiołowi mojemu, że osiołem jest (żeby osłów nie obrażać). Ma dokładnie jedną jedyną i ostatnią szansę, ale niewiele robi aby ją wykorzystać. Jego życie. Koniec i kropka. Odpuszczam, bo ani uczyć się, ani żyć za niego nie dam rady i nie jestem w stanie. Albo w czerwcu przyniesie promocje do następnej klasy, albo… ma mi przynieść umowę o pracę. Koniec. Niech robi co chce, ale na mój koszt robienie „nic” nie wchodzi w grę.

Tak, cóż, doszłam do siebie już chyba prawie, po ostatnich miesiącach emocjonalnego zjazdu. Jeszcze nie jest idealnie, ale panowanie nad sobą idzie mi nad wyraz dobrze. Zmierzam w stronę zimnej suki i zaczyna mi być z tym dobrze.

niedziela deszczowa

6

… a miałam nadzieję, że pogoda pozwoli na jakiś wypad w zielone. Niestety rozpadło się. Szkoda, wielka szkoda.

Co poza tym? Ano diabli wzięli mój chytry plan dotyczący wymiany opon w Ferdku. Skoro jesteśmy razem i tak nie dłużej niż do jesieni, o chciałam zaoszczędzić na wymianie kół i konieczności dokupienia opon letnich, czy jakichkolwiek tam. Cóż, widać Ferdek, na koniec dba o moje bezpieczeństwo i broni mnie samą przed ułańską fantazją. Dzięki czemu, w piątek, wziął i spuścił mi powietrze z lewego przodu… w takcie jazdy rzecz jasna. Powoli, bez wybuchów i nagłych szarpnięć. Powoli, delikatnie i w miejscu uniemożliwiającym natychmiastowy postój, z braku sensownego pobocza. Dzięki czemu opona została załatwiona do końca, choć nie do farfocli. Nie, nie – spokojnie. Nawet felga przeżyła. Cóż widać zużycie opony około 70% przeszło w zużycie równe 100%. Obecnie więc zastanawiam się, czy dałoby się przepchnąć opcję jazdy na 2 letnich i na 2 zimowych oponach… oczywiście o krótkiej żywotności ze zużyciem dopuszczającym do jazdy, acz sugerującym, że czasy świetności minęły wiele kilometrów wcześniej…

Wczoraj zaś zagracaliśmy z Młodym balkon na Włościach. Dziecię moje udzieliło mi reprymendy za rok ubiegły, że balkon taki pusty i nijaki, a następnie nakazało wyjazd do ogrodniczego celem nabycia zieloności do doniczek. Nabylim i zieloności i ziemię. Zobaczymy jak długo to pożyje. Chciał to ma. Będzie podlewał, albo i nie – jego wybór. Nie jest tyle tego ile przez wcześniejsze lata, ale zawsze choć coś. Niestety, właśnie przez wspomnianą na wstępie pogodę, na ten poranek, kawa inauguracyjna nie została wypita na balkonie, gdyż… wiało i lało.

Na planowany dzisiejszego dnia wypad w teren, naszła mnie ochota, zaraz po tym, jak wczoraj, przypadkiem, poczułam zapach pierwszego, wczesnego siana. Nie ogródkowej trawy koszonej na przydomowym trawniku, tylko trawy koszonej kosą na łące. Skąd wiem, że kosą, bo cicho, spokojnie, z charakterystycznym szzzuu, szzzuu. To magiczny zapach ciepłego popołudnia. Tak pachnie tylko pierwsze zaczynające dopiero podsychać siano. Mogłabym tam usiąść na miedzy, wystawić nos do słońca i wdychać ten zapach do upojenia. Niestety ciemno grafitowa chmura nie pozwoliła mi na delektowanie się chwilą… szybko się z robotą uwinęłam, i kiedy wsiadaliśmy do samochodu, spadły pierwsze ciężkie krople deszczu… który później przywieźliśmy za sobą do miasta. :(

Teraz to powoli zabieramy się za zjedzenie obiadu, jak tylko zjemy i wypijemy poobiednią herbatkę, czas na spełnienie obowiązku obywatelskiego będzie właściwy.

przeżylim

6

Znaczy ja przeżyłam, Młody też, Ferdek prawie. Dziś, Młody pierwszy raz samodzielnie jechał Ferdkiem. Beze mnie. Prawie zeszłam w domu na zawał. Młody zszedł prawie na zawała z przejęcia w Ferdku, a Ferdek… cóż… zniósł wszystko cierpliwie i bez zawału. Znaczy się, stał się samochodem z jeszcze większym deficytem zahamowań, gdyż Młody z wrażenia spory kawałek przejechał na zaciągniętym ręcznym…

… braki w ręcznym hamulcu są o tyle dotkliwe, że jest problem z wypadaniem biegów… więc cóż… jakoś to będzie, ale jak by nie było czas zacząć się rozglądać za następcą Ferdka… tylko jeszcze, żeby tak było za co go zakupić… to byłoby fajnie…


  • RSS