demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: Rumunia

wiosna … w kalendarzu

4

Wiosna Panie Dziejku. Wiosna.

Nie wiem gdzie w prawdzie, bo poza kalendarzem to trudno ja jest mi dostrzec. Chyba, żeby zaliczyć na poczet wiosny tę wieczorna, sobotnią burzę. Nic innego do głowy mi nie przychodzi. Zimno, buro, ponuro i do tego mokro. Mało wiosennie, a do tego, gdzie by się człowiek nie ruszył, to wszędzie jakieś prychania, kichania i inne kaszle. To Młody miał anginę, to Braciszek ma zapalenie oskrzeli, to Rodzicielka cos kichać zaczyna. Nie ma co ukrywać, że bez moich ziółek to i ze mną byłoby mało ciekawie. Nie wiem w prawdzie na ile to zioła, a na ile moje przekonanie o ich działaniu, ale wczoraj, masakryczny ból głowy został przegoniony dwoma szklaneczkami mojego napitku ziołowego. Ja wiem, że na Internetach pisali żeby pić 2 – 4 razy dziennie po pół szklanki, ale, te pół szklanki można uzupełnić czystą wodą i się robi cała szklanka. Więc sobie popijam. Ziółka to te mikstury na bolące stawy. Nieco odbiegające od pełnego składu zalecanego przez choćby ojca Klimuszko, ale kurde, nic nie poradzę na to, że do samodzielnego zbierania roślinek muszę poczekać aż one urosną w tym roku, niestety, nie są dostępne w sklepie zielarskim lub też dostępna jest nie ta część roślinki, którą receptury wskazują. Macham więc ręka i biorę co jest lub pomijam to czego nie ma. Przynajmniej głowa mnie nie boli.

Niejedzenie tony słodyczy i powolne obniżanie pochłanianych ilość do połowy tony, też ma swoje dobre strony, gdyż moje napady słodyczowe po jedzeniu nieco się osłabiły i jeszcze chwila i zdaje się, że będą do przetrzymania bez słodyczowego.

Kolejnym odkryciem roku okazał się szampon dla dzieci. Bałam się, że będzie sprawiał, że włosy się szybko będą tłuścić. Nic z tych rzeczy. Wręcz odwrotnie, ani się nie przetłuszczają jakoś szczególnie szybko, ani się nie robią szopą suchego siana.

Za to paznokcie zdecydowanie się poprawiły. W końcu je mam. Jeszcze szału z nimi nie ma, ale zwyczajnie są i jest co pomalować nawet. Coś się mi zdaje, że to jednak od tych ziółek, gdyż witaminek żadnych osobno nie połykam. Pewnie powinnam, ale te co miałam, to się już pokończyły, a jakoś zapominam o uzupełnieniu zestawu kiedy jestem w aptece. Grunt, że pamiętam o marchewce kiedy jestem w sklepie.

Skoro wiosna przyszła, to czas powoli myśleć o lecie. Marzy mi się Rumunia, acz to co ma sensowną cenę to obejmuje miejsca gdzie już byłam, albo jest dziwnie krótkie, albo nie obejmuje wyżywienia. To co mnie interesuje to jest długie, drogie albo rozbite na fragmenty w trzech innych wycieczkach. Najchętniej to wzięłabym i spakowała plecak, i ruszyła w siną dal z samym plecakiem. Gdyby to był kraj którego językiem bym się posługiwała, to pewnie już bym sprawdzała jak się tam mogę dostać najłatwiej, najszybciej i najtaniej. Razem z przewodnikiem i mapą w kieszeni. Chętnie też podczepiłabym się do jakiejś mniej sformalizowanej wycieczki krajoznawczej, a gdybym tak miała własny środek lokomocji i trochę grosza, to zupełnie bym się nie zastanawiała tylko bym wsiadła i pojechała przed siebie. Jednak, kiedy tak przeglądam oferty różnych biur podróży to ciężko jest mi znaleźć coś interesującego, a do tego kiedy pomyślę sobie o tym przepędzaniu z miejsca na miejsce jak stada baranów, bez czasu na cokolwiek, tylko po to by zrealizować program, to zwyczajnie ręce mi opadają i chęci też. Czuję potrzebę własnego tępa, własnej organizacji czasu, własnego rytmu zwiedzania i własnej koncepcji trasy. Marzy mi się rumuńska plaża i kilka miejsc bardziej precyzyjnych, dookreślonych. Miejsca do których chciałabym wrócić i sporo nowych wyszukanych w Internetach albo tych, na które mogłabym trafić zupełnie przypadkiem po trasie na miejscu. Marzy mi się, zanim marzyć jeszcze można i zanim nałożą podatki od marzeń…

same zdjęcia

8

Bez opisów, bo dla zainteresowanych pełna opisowa relacja jest do znalezienia pod adresem http://przezmanowce.blogspot.com/ . Szczerze, to ze swoimi fotkami najlepiej to powinnam się schować do mysiej dziury, gdzie mi tam do profesjonalistów, ale co mi tam – niech będzie co być ma.  Zwłaszcza, że Trojanagę sobie odpuściłam… Jednak kilka ujęć z wejścia i szczytu Farcaul wrzucić mogę… zwłaszcza konisie które znajdowały się niewiele poniżej szczytu tuż przy polodowcowym jeziorku, które umilały nam czas i dostarczały rozlicznych atrakcji… tak… chciały zeżreć plecak koleżanek… bo te zostawiły na wierzchu kanapkę, a konisie ją poczuły… no ale wyperswadowałam jednemu takiemu jadalność plecaka… tak, oporny był na tłumaczenie (a mówią, że konie inteligentne są), ale to facet koński był ;)

… no to idziemy do góry…

… Farcaul na horyzoncie… (to jeszcze tak daleko?!!!)

… jeziorko – samotny konik ogląda widoczki…

… chyba ją podrywa – co nie? … ;)

… widoczki, na które patrzył konik…

… pozowanie na zawołanie… a tak na prawdę to: „Gdzieś tu czuję kanapkę…”

… słuchaj Koniś… Ty mnie chcesz przegadać – mnie? … nie licz na to… ;)

Koniś: Co ta Baba chce ode mnie, tyle szumu o głupią kanapkę… żeby jeszcze jej kanapka była… kto te baby kiedy zrozumie… ;)

… nowe pokolenie nadjeziorne …

… impreza? impreza beze mnie? … (5 minut na wdechu i bez drgnięcia stałam niemal na baczność, jakoś z tym facetem nie miałam ochoty dyskutować… )

… szczyt … na szczycie

schodzimy w dół :)

oto jestem

6

Wróciłam. Jestem zniesmaczona własną kondycją, a raczej całkowitym jej brakiem. Bardzo zniesmaczona jestem. Dopiero na tym wyjeździe wyszło do końca co zrobiłam z własnym zdrowiem minionej jesieni i zimy. Spoko. Jakoś się do składu i ładu doprowadzę powoli. Co do robienia zdjęć, to jakoś, jak na mnie – niewiele, co nie znaczy, że bardzo mało, ale niestety widzę, że Perełka niedługo poprosi o emeryturę. Ma problemy z ostrością coraz większe niestety, więc część obrazów ma niedostatki, część, przez wzgląd na brak filtrów i ostre słońce została też przepalona, ale coś się da wybrać.

Sam wyjazd – jak wyjazd. Fajnie było, choć odpuściłam jedno wyjście w góry (właśnie przez owe braki kondycji). Hulanki do rana i nocne rozmowy polaków. Szczerze, to nie przepadam, kiedy ktoś mnie bierze pod włos i z zaskoczenia porusza tematy, o których nie ma pojęcia i o których ja nie chcę rozmawiać. Domorosłym psychologiem jestem ja sama, innych domorosłych psychologów mi już nie potrzeba. Jednak, kiedy palinka się leje ostro, to jest do przewidzenia, że komuś się zbierze na tematy od rzeczy lub filozofowanie. Jeszcze gdyby tak zebrało się jednej osobie, a tu – siła złego na jednego… 3 osoby to nie mało. Osobiście poza tym to wolę jednak filozofowanie, a nie wyciąganie i próbę spowiadania. Także ten, no z własnym życiem i tak zrobię to co będę chciała, mało tego, jeśli będę mieć fantazję aby sobie je zbabrać, to zbabram sobie je na własny rachunek z pełną świadomością tego co robię.

Wracając do Rumunii. Boska jest. Zakochałam się w niej poprzednim razem, a teraz, jeszcze bardziej poległam. Mogłabym tam zostać i nie wracać tutaj. Najbardziej zniewala mnie to, że tam ludzie nie wstydzą się uśmiechać. Nie tylko do turystów, ale też i może przede wszystkim – pomiędzy sobą i do siebie. Dobra, przejdźmy do kilku zdjęć, bo o wrażeniach z tamtego kraju mogłabym dużo i bez końca. Pewnie jeszcze tam wrócę. Wszak nie widziałam jeszcze stolicy i przede wszystkim rumuńskiego brzegu morskiego. Szum wiatru z nad morza przenoszący się na pagórki i nie tylko… marzenie na następny wyjazd. Może w przyszłym roku sobie nadmorską Rumunię zorganizuję?

… w drodze (już w Rumuni – mala przerwa na kawę i wymianę gotówki)

Sapanta – „Wesoły cmentarz”

Sapanta – zakupy

Sighet Marmarowski – muzeum etnograficzne (proszę zwrócić uwagę na … detale ;) )

… oraz – widok z naszego okna… zupełnie nie wiem, dlaczego nie zrobiłam fotki pokoju naszego, czy budynku naszej noclegowni, ale ogólnie, w ogóle niewiele zdjęć zrobiłam… trzeciego dnia to nawet ani jednego… więc jest kilka kwestii nad którymi muszę się poważnie zastanowić…

Samo wyjście w góry zasługuje na osobne potraktowanie. Więc… może jutro… albo inną „razą”. Tak żeby nie przynudzać za bardzo, bo mogę być monotematyczna. Rumunia mnie uwiodła i powaliła na kolana, ma w sobie, jak dla mnie, pewną subtelność, którą trudno w jakimkolwiek innym miejscu.

komu w drogę

4

temu czas

Tak, cóż. Gdybym mogła teraz się wycofać, zapewne uczyniłabym to natychmiast. Teraz i już. Mogłabym też napisać, że gdyby mi choć odrobinę się tak chciało jak mi się nie chce, to chciałoby mi się bardzo.

Ogólnie to w wyjazdach najbardziej nie lubię pakowania. No i prania po powrocie. Tak więc ogólnie to mi się nie chce, nienawidzę się pakować. No, ale komu w drogę temu czas.

Co spakowałam, to spakowałam, czego zapomniałam dowiem się na miejscu. Pieniędzy nie wymieniłam, liczę na bankomat, w końcu nie jadę do Grecji… a na sikanie po drodze kilka euro mam w kieszeni, jako resztka z poprzednich wyjazdów różnych.

No to zadzieram kiecę i lecę. Tak, spakowałam spódnicę, i tak – jadę w góry na wycieczkę chodzoną, a nie na lansowanie się… i tak, zabieram więcej niż jedną parę butów… i kilka jeszcze innych rzeczy, które zapewne wywołałyby histeryczny śmiech niektórych, ale w końcu jestem kobietą… no tak, czy nie… ?! (NO!!!) Wracam jak wrócę, to będę wrócona. Papa

Ta łajza, co mnie obgaduje od samego rana, może w końcu by się zamknęła i dała sobie siana, bo jak nie to będzie mieć mnie zaraz na sumieniu. Niemal od rana (tak od 6.40) mam niemal nieustającą czkawkę. Wybaczcie, ale jajka nie zniosę… to nie ten dzień cyklu, więc się nie da… Może za tą bramą się da zamknąć tę jakąś niewyparzoną jadaczkę. :|

obrazem mów

5

Tak, dziś mniej słów, więcej obrazu. Co ja takiego widzę w tej Rumuni? Doprawdy nie wiem! ;) … ale jeszcze kilka zdjęć.

 

 


  • RSS