demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: rozstanie

listy od onetu

43

Czy już dostaliście informację, że to koniec?

Dziś rano, w mojej skrzynce, znalazłam wiadomość, że onet.pl zamyka serwis blog.pl z dniem 31 stycznia 2018. Rzutem na taśmę popatrzyłam przez mój lufcik w dachu i rzuciłam okiem na kalendarz. Niestety, to nie jest żart z okazji 1 kwietnia, choć taką miałam przez chwilę nadzieję.

Jestem tutaj od maja 2003r. W maju 2018 minęłoby mi tutaj 15 lat blogowania. W tym czasie zwiedziłam kilka innych witryn blogerskich, ale nigdzie nie zagrzałam miejsca. Nie wiem czy to kwestia sentymentu, czy może kwestia wybredności i zbyt wielu formalności jakie należy dopełnić w większości innych serwisów.

Czternaście i pół roku to szmat czasu, ale z drugiej strony, to też może dobra chwila na to aby się zastanowić co dalej? Może czas zacząć żyć tylko poza siecią? Może czas wrócić do papierowych zapisków, gdzie jednak można napisać wszystko wprost, jawnie i bez ubierania w okrągłe słowa, czy przystrajania w metafory lub inne przenośnie. Może czas zniknąć?

Właściwie to czuję się w pewien sposób odrzucona, odepchnięta i w pewnym sensie eksmitowana. Bezdomna. Po tylu latach? Tak już? nie raz bywało źle, nie raz bywało trudno, nie raz serwis zamierał, ale zawsze się jakoś zbierał, a teraz tak już? Bez ostrzeżenia – wypad i koniec? Spadaj, już nikomu to nie jesteś potrzebna!

Tracę dom i tracę też rodzinę. Tę przyszywaną rzecz jasna, ale jednak rodzinę. Te kilka osób, które znam prawie całe blogerskie życie. Te osoby, z którymi jestem krótko, a które też coś jednak wnoszą w moją codzienność też tracę. Tracę w końcu również tę część, którą może miałabym okazję poznać, ale nigdy już nie poznam, bo tego miejsca nie będzie.

Przecież możemy się wszyscy gdzieś przenieść… niby oczywiste, ale z mojego doświadczenia wynika, że wiele osób machnie ręką na przeprowadzki. Część z nich machnie ręką na stare treści, bo nie poradzi sobie z przenosinami, część założy nowe blogi, a część machnie na system ręka i pójdzie dalej w świat bez bloga. Po ponad czternastu latach, z kilkoma tysiącami wpisów, z ogromem komentarzy, czuję jakby ktoś mi odbierał kawałek mnie samej. Wyrywał fragment mojej duszy, bo przecież tyle myśli tutaj zostawiłam, tyle słów zapisałam starając się zamknąć w nich coś co było niemal nieuchwytne, a teraz mam to zakończyć? MY (!!!) mamy to zakończyć?

Pstryk, i wyłącznik, pstryczek elektryczek, wyłączony. Zamknięte. Wypad z baru. Po tylu latach nie robi się takich rzeczy znienacka i bez ostrzeżenia. Nie traktuje się ludzi jako dopustu bożego i zła wcielonego. Tak, to tylko miejsce na dyskach, trochę treści cyfrowych, świat wirtualny, ale każdy taki fragment wirtualny powiązany jest z określoną osobą, z żywym człowiekiem. Z kimś kto, może i ma skłonności ekshibicjonistyczne i jest grafomanem, ale też jest człowiekiem, a człowiek, nawet w wirtualnym świecie, zasługuje na szacunek, współpracę i kooperację.

Szczerze – poczułam się, jak dziecko w przedszkolu, któremu Pani przedszkolanka mówi, że ma wyjść za drzwi sali i poszukać sobie nowej grupy, bo ta go już nie chce. Mają swoje zabawki, i nie chcą się nimi dzielić. Wypychają za drzwi, a to co było twoje wywalają do kosza na śmieci, zupełnie bez emocji i zupełnie bez brania pod uwagę czynnika ludzkiego. Liczą się tylko zyski, tylko dodatnie saldo na kontach spółki, a przecież, zawsze można znaleźć rozwiązanie, które mogłoby zadowolić interes obu stron. Dać wybór i możliwość. Sobie i nam. Zawsze jest wiele rozwiązań, niestety najlepiej widać te, które są krótkodystansowo najlepszymi rozwiązaniami. Widać tylko to co tu i teraz, a czasem, warto popatrzeć na przyszłość.

Nie chodzi o to aby zmian nie było, nie chodzi o to aby bać się nowego, ale czasem warto pomyśleć co zmienić w tym co jest, aby dało nową wartość… wartość długofalową, a nie krótki i szybki zysk. To dziwne czasy – wszystko musi być teraz i już, a tak na prawdę w tym biegu to nie ma kiedy się zatrzymać i zastanowić co ma sens, co zasadność, a co jest zbędne. Bez analizy, bez zastanowienia, tylko działanie i brak radości w tym co jest, bo na radość nie ma czasu, jest czas tylko na zysk i na nic więcej…

Więc na najbliższe tygodnie mam czas aby poszukać nowego domu cyfrowego lub zapakować w swój wirtualny tobołek czternaście i pół roku, i ruszyć w świat analogowy, bez oglądania się za siebie. Czternaście i pół roku to jednak szmat czasu jest. Spory kawałek życia, a przecież są tu starsze blogi… a wszyscy jednakowo jesteśmy odrzuceni i porzuceni… nadszedł czas rozstań. Prezent w sam raz na Święta i pod choinkę…

Półtora miesiąca, półtora miesiąca na to by zdecydować o tym co zrobić z wieloma latami swojego życia.

będzie o emocjach

7

Skończyłam czytać „Chustkę”. Jeżeli się boicie, bo nie wiecie czego oczekiwać, to spokojnie. Książka to nic innego jak przeniesienie wpisów z bloga. Bez komentarzy czytających, ale też bez komentarzy redaktorów przygotowujących do druku. To słowa Joanny, które pisała i które już raz czytałam. Jednak, dzisiaj, to właśnie ona znowu ratuje mnie z opresji własnych zapętlonych myśli. Nie ważne jak jest, nie ważne jak cholernie jest źle, zawsze trzeba mieć nadzieję i trzeba walczyć. Nie, to nie jest książka, której należy się bać, ale tak, trzeba mieć przy sobie wielki karton chustek do wysmarkiwania nosa, bo kiedy czytasz to wszystko jeszcze raz, to nagle nie wiesz, czy płaczesz z jej emocji, czy z własnych, nie wiesz kiedy płaczesz nad jej przerwanym życiem, a kiedy nad swoim. Nieraz tak cholernie popapranego. To dla tych, którzy chcieli, ale nie mieli pewności.

Dla mnie natomiast, dla siebie samej, chciałam zapisać kilka drobiazgów. Teraz kiedy pamiętam, kiedy są świeże te myśli dziwne i pokręcone.

Co to jest miłość? Czym jest miłość? Jaka jest jej definicja? Jaka jest moja definicja miłości? Bardzo prosta. Miłość to przyjaźń, bliskość (również, a może zwłaszcza ta fizyczna), akceptacja i zrozumienie drugiej osoby, radość z jej radości i smutek z jej smutku, to bezinteresowna pomoc i wspólne żarty, to nie przeliczanie i nie rozliczanie, bez wypominania i licytacji, to lojalność i zrozumienie, bez próby zmienienia drugiej osoby wedle własnego upodobania, podchodów, kręcenia i wykorzystywania. To rozmowa, a nie krzyk, to wzajemne wychodzenie na przeciw potrzebom drugiej strony.

Tak siedzę i myślę sobie, że kiedyś byłam w stanie przeżyć w silnym stresie wiele długich miesięcy. Bo wydawała mi się, że tak musi być, tak ma być, tak być powinno. Wydawało mi się, że nie mam opcji i wyboru, że muszę trwać w tym co jest. Trafił się jednak człowiek, któremu będę wdzięczna do końca życia, za to, że powiedział mi, że to co myślę, to nie prawda. Powiedział, że życie bez miłości nie ma sensu. Miał rację. Zrozumienie tej racji kosztowało mnie jednak wiele wysiłku. Dziś, wiem, że przez te lata jakie minęły, udało mi się pochować wszystkie „trupy” z szafy mojego małżeństwa. Każdy dostał własny nagrobek i świeczkę. Wiem, że udało mi się pochować kilka z dzieciństwa, ale wiem też, dzięki Ludziowi i własnym emocjom, które nadal siedzą w szafie. Kiedyś, kiedyś je pochowam, ale jeszcze nie teraz. Gdybym chciała zrobić to teraz, zrobiłabym tylko miejsce na nowe. Nie chcę nowych. Jeszcze nie.

powracająca karma

7

Nie jestem ideałem. Nigdy nim nie byłam. Nigdy nie twierdziłam, że jestem. Jak się jest w moim wieku, to ma się to i owo na sumieniu. Jednak mam też pewną wadę. Właściwie to dwie. Nie umiem walczyć o ludzi, oraz nie umiem pogrywać ludźmi. Mści się to na mnie dosyć często. Do spółki z innymi takimi. Chwilami też zastanawiam się, kim byłam w poprzednim życiu, że w tym, nie zasłużyłam na miłość.

Pierwszy raz od czasów niespełnionego uczucia do J., czyli od cholernie dawno temu, byłam w stanie zaryzykować. Tyle, że założenia na wejściu były inne. Wracam znów, do swojej norki i nie dam się już z niej wyciągnąć. Jest ciasna, smętna i dobrze znana, i nic w niej nie boli, a do samotności… zdążyłam się przyzwyczaić przez minione lata.

Nie, to nie wina i nie decyzja Ludzia. To moja wina i moja decyzja. Zakochiwanie się nie było w planach. Plany były inne. Owszem znam swoje emocje i ich granicę, tylko jeżeli balansuje się na tej granicy, zawsze istnieje ryzyko, że spadnie się na tę mniej właściwą stronę. Choć, która strona jest tą mniej właściwą? Kwestia zmieniającego się światopoglądu. Nie, nie będę przepraszać, za to że się zakochałam. Warto było. Qrwa mać, warto, warto było. Choćby po to, aby to poczuć… niestety, nie da się nikogo zmusić do uczuć ani takich, ani innych…


  • RSS