demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: rodzina

W gruncie rzeczy, tegoroczna jesień nas rozpieszcza. Prawdziwie polska, złota jesień. Tego mi trzeba. Gdybym jeszcze znalazła nieco czasu na to aby pospacerować, złapać zapachy i obrazy. Cóż, może jeszcze zdążę, a może w przyszłym roku. Choć właśnie nie chciałabym niczego odkładać. Już nie. Niczego nie chcę już odkładać. Nie da się mieć ciastko i zjeść ciastko. Trzeba podjąć decyzję i iść dalej z jej świadomością, konsekwencją i tym, co ze sobą niesie, i dobrego, i złego.

Tego nauczyło mnie życie. Nie warto czekać, nie warto odkładać na później. Żyć trzeba tu i teraz, bo… jutra może nie być. Lub też jutro może być zupełnie inne niż to, którego się spodziewaliśmy, które sobie zaplanowaliśmy i na które, w jakiś sposób, czekaliśmy. Takiego jutra, jak miało być, jutro może już nie być… Zbyt wiele razy, to jutro, w tym roku już dla zbyt wielu mi bliskich osób zwyczajnie – nie nadeszło…

Miałam na koniec października bardzo ambitną notkę. Górnolotną i taką bardzo przemyślaną. Wylądowała w szkicach i niech tam zostanie. Tam jej miejsce. Nie mam na nią czasu, tak jak nie mam czasu na łzy. I dobrze, bo nie wiem nad czym tak na prawdę płakałabym. Chyba najbardziej z bezsilności, gdyż ogólnie jest do dupy ze wszystkim. Kolejny raz, życie pokazuje mi jak bardzo jestem w nim sama ze sobą. Przyjaźń to wytarty frazes i… kiedy masz kłopoty, możesz być pewien, że zostaniesz z nimi sam. To też ma dobre strony, nie masz złudzeń, że ktoś będzie dla ciebie wsparciem choćby w postaci dobrego słowa. Jak widać, przyjaźń, to frazes, na dobre czasy, gdy masz dobrą passę w życiu, kiedy schodzisz w dół swojego zbocza, zostajesz sam z całym bagnem w jakie wpycha ciebie życie… nic się ni martw… jeśli się nie utopisz i wypłyniesz… znów zaczniesz sobie dobrze radzić… „przyjaciele” znów znajdą czas i chęci…

Dodam tylko do kompletu jedynie, że… powiedzenie: „mężczyznę poznaje się po tym jak kończy, a nie jak zaczyna” to zdanie, od którego przypomnienia sobie powinno się rozpocząć każdą damsko – męską znajomość… nie trudno jest dobrze zacząć, ale… mieć odwagę cywilną aby dobrze skończyć… a przynajmniej zdobyć się na szczerość i prawdę… zastanawiam się, czy jeszcze są na tym świecie faceci którzy potrafią zakończyć znajomość z klasą. Szczerze – raczej w to wątpię. Dobrze, że mają byłe żony lub byłe partnerki, które odwalają za nich czarną robotę. Tyle, że taki problem… to nie problem, farsa co najwyżej. Nic więcej. Jedna pewność samotności więcej – nic ponad to.

gaszenie pożarów

18

Wracając do ubiegłego tygodnia, to poza wymienionymi czynnościami około ferdkowymi i około pralkowymi, czas dzieliłam jeszcze pomiędzy szpital (atak epilepsji młodszego PP), policję (donos na pana hrabiego), kuratorów (rozmowy na „wysokim” szczeblu) i sąd (Wersal można oddać bez walki lub przynajmniej spróbować zawalczyć o swoje). Udało mi się dotrzeć do pracy w poniedziałek na chwil oraz w czwartek na dzień cały… Jak dalej tak pójdzie, to zacznę gryźć i wyć. Bynajmniej nie do księżyca.

Dziś też na grande przemieszczanie się z Wrsalu na Włości busem, bo… bo to, bo tamto, bo siamto i owamto. Bo się ochrona przyczepiła w sklepie (owszem bezpodstawnie, ale to nie powód do reakcji takiej ostrej). Bo kuratorka dzwoni (nie kuratorka akurat, ale szkoda mi czasu na tłumaczenie, że tam mają jedno wyjście na miasto, a ona ma źle numer opisany, a kuratorów jest kilku). Bo dzielnicowa dzwoni i chce… coś chce…

Albo moja Rodzicielka zacznie wizyty u psychologa, który jej pomoże uporać się z traumą minionych lat, albo ja wyląduję w wariatkowie z braku możliwości odreagowania stresów i frustracji… tych własnych, moich i tych w spadku po reszcie rodziny…

Zamknięty krąg zależności emocjonalnej, manipulacji, uzależnienia, współuzależnienia i degradacji psychicznej, okraszone zestawem chorób o które nikt nie prosił. Próbuję żyć własnym życiem. Super. Tyle, że mi nie wolno. Mam to gdzieś. I tak będę żyła własnym życiem, mam do tego prawo. Nie jestem partnerem własnej matki. Jestem jej dzieckiem. Nie jestem ojcem moich braci. Jestem ich siostrą.

Tymczasem po prostu jestem i gaszę pożary. Jej pożary. Jej niepanowanie nad emocjami. Jej nerwicę.  Nie dla niej to robię, tylko dla siebie. Prościej i łatwiej jest mi gasić zarzewie niż dogaszać zgliszcza. Ona czuje, że odchodzę mentalnie, więc dostaję nowe i nowe, i nowe zadania. Abym była, nie odeszła, trwała. W tym samym miejscu, zawieszona w czasie, gdzie nie ma przyszłości, jest tylko wszystko zaklęte w przeszłości. Dostaje ataków klaustrofobii we własnym życiu.

Nie cofnę się już. Nie teraz, gdy powoli zaczęłam układać sobie ścieżkę. Kiedy zaczynam się uczyć o tym co tu i teraz, odrywać się od przeszłości, rozkładać ją na czynniki pierwsze i rozumieć, oswajać ją i widzieć, że nie muszę się z nią godzić, ale walka też nie ma sensu. Powoli przestaję się szarpać z przeszłością. A tego właśnie nie mam wg niej prawa zrobić. Nie mam prawa rozliczyć przeszłości, mam ją pamiętać, mam w niej trwać. To prawo, prawo do godnego i samodzielnego życia, więc nadałam sobie sama, bo chce iść do przodu. Zobaczyć co będzie dalej. Bogatsza przeszłością, nawet tą poranioną, idę do przodu. Już to zaczęłam i nie pozwolę sobie przerwać, nie dam się ściągnąć z tej drogi… już nie. Nie tym razem. Nie jej.

veto wnoszę

8

Ten rok miał być spokojny i miły. Tymczasem jestem na jakimś roller-kosterze. Cały czas jest „fan”. Się dzieje tyle, że normalnie, jak jest dzień, że nic się nie dzieje, to normalnie nie wiem co jest grane.

Jak nie wyzyskujący i naciągający pracodawca, to była żona. Jak nie była żona, to była Pani kurator. Jak nie była Pani kurator, to nowy Pan kurator. Jak nie Pan kurator, to policja, zakład ubezpieczeniowy, mechanicy, majstrzy, instruktorzy itd. itp. Do tego dzieci się rodzą i poczynają tu i tam i siam. 2,5 miesiąca nowego roku, a przekroczyłam roczną średnią zdarzeń z minionej pięciolatki. Zwyczajnie mam kumulacje. Do kompletu brakuje mi tylko tej kumulacji z totolotka. Co do niej to umawiamy się tak, że ja zaczynam puszczać te totolotki, a ona mi się trafia w najbliższym kwartale. Na bank.

O co z kuratorami chodzi – o pana hrabiego. Ma nowego kuratora. Nowy, czy stary, ma problem ze zrozumieniem, że jest kuratorem pana hrabiego, a nie naszym oraz, że stroną nie jest tutaj jedna osoba, a osób sześć. Do tego kurator to hrabiego ma nadzorować i pilnować, a nie nas. Doprawdy, próba przekonania mnie do spełniania zachcianek tego człowieka, nawet jeśli z wykorzystaniem osób trzecich, jest skazana na fiasko. Koniec i kropka.

Co do policji, to doprawdy, zaczynam rozważać, czy sąsiada owego (któremu zawdzięczam w pewnym sensie pierwszą onetowską w minionych dniach) nie pozwać za zniesławienie, pomówienie i nie zażądać zadośćuczynienia… w postaci odpracowania godzin w pobliskim domu dziecka. Wiosna jest, maja drzewka do przycięcia i do posadzenia, a mini plac zabaw też przydałoby się im pomalować. Poczekam, zobaczę jak się sprawa skończy. Mam nadzieję, że jutro. Na jutro wstępnie jest okazanie zapowiedziane. Jednak mnie szlag trafia, gdyż, po prostu mam dosyć całej sprawy. Ciekawa jestem, czy chociaż „przepraszam” mu przejdzie przez gardło. Jeśli nie, to mu nie omieszkam przypomnieć, że takie słowo w języku polskim istnieje.

Co do majstrów. Mógłby już skończyć, gdyż chociaż prac było niemało, to jednak przeciągają się w nieskończoność. Ja rozumiem konieczność dowiezienia do lekarza ciężarnej żony, oraz wiele innych rzeczy, ale jestem też już zmęczona tym rozgardiaszem i bajzlem, który chciałabym już posprzątać i doprowadzić do jako takiego stanu mieszkalności.

Tak to się toczy życie, a z nim mija czas, i tylko na tę kawę co miesiąc temu miałam zaproszenie nie mogę dotrzeć, gdyż za diabła terminy się nie chcą w kajecikach ułożyć w zgodny wolny wieczór. Tako i wyjście na piwo przekładane od 2 miesięcy. Zaczynam się zastanawiać o co chodzi, bo od jakiegoś czasu nie jestem w stanie umówić się z żadnym facetem, gdyż TERMINY się w żaden sposób wolne nie chcą ze sobą zgodzić. Z kobietami tego problemu nie posiadam. Doprawdy, nie wiem o co chodzi. Mam jednak przeczucie, że los znowu mi w tej kwestii płata psikusy i szykuje wywinięcie jakiegoś figla… tym razem aprobuję tylko pozytywne figle. No i te satysfakcjonujące, gdyż relaksu mi trzeba.

Zazwyczaj nie mieszam się w nic takiego, ale tym razem może jednak warto. Bo zawsze warto walczyć o życie małego dziecka. Bo tu już nie tylko o samo zdrowie idzie. (Wiecie, jakby ktoś mógł u siebie wrzucić obrazek, a jak ktoś jeszcze coś z sakiewki wytrząśnie…).

 

I jeszcze link…

Jeszcze trochę, a wyjdę z siebie i stanę obok. Oczywiście, nie może być inaczej, nie może być na spokojnie i z wyprzedzeniem, nie w tej rodzinie. Chudy oczywiście na moje pytania, czy wszystko do szkoły ma sprawdzone, to jasne, że miał i sprawdzone i przygotowane, aż do poniedziałkowego popołudnia. Owego popołudnia zadzwonił i mówi: mama paputki* i zeszyty A4, i podręcznik do polskiego, i…”. Dobra, nie będę się denerwować, i tak na włości, odwiedzić pralkę jechać muszę, bo pranie dżinsów w rękach mi się jakoś nie widzi. No dobra, damy radę i pranie zrobić,  i paputki kupić.

Nie przewidziałam tylko jednego, że Rodzicielka moja, nadal zmaga się z malunkami kuchennymi, że znajda nadal zajmuje moją kuchnię, oraz, że moja siostra wydała polecenie Chudemu aby posprzątał po tym jak ona obiad pichciła… O ja niepomna tych drobnych szczegółów. Gdybym miała je w świadomości, nic by mnie nie przekonało do przyjazdu i już osobiście i własnymi ręcami bym te dżinsy w wannie szczoteczką męczyła.

No więc Rodzicielka (cały sierpień i pewnie pół września jeszcze) bawi się w bieganie ze szpachelką i malowanie. Oczywiście zadzwoni o szczegóły zapytać, jak coś jej nie wyjdzie, a nie zanim zabierze się za robotę. Od lat, malowanie to moje zajęcie było i praktycznie, powinnam tym się po godzinach zajmować i malunkami dorabiać, a nie bieganiem z tacą… no ale do tematu wracając… kuchnia na dole 2 tydzień rozdudrana, szafki na środku, nie ma jak przejść, ściany niedomalowane (bo nie zagruntowała, albo zagruntowała niedokładnie, nie wiem – nie wnikam i się nie odzywam), więc Rodzicielka ma wnerwa. Dziury w ścianach, wymyśliła, że to siedlisko pająków, może i ma rację, ale na litość, bawić się z nimi szpachelką… zamiast silikonem cholery za jednym razem zapchać? Tu jej coś odpada, tam jest krzywo… cholera, krzywo jest od kiedy te mury zostały postawione, i prosto już nie będzie, chyba, że się je rozwali i postawi na nowo… No więc kuchnia na dole rozpierdówka. OK. Mogą używać moją na górze, przynajmniej tak długo jak głównych sprzętów jeszcze nie zabrałam do Wersalu. No właśnie, to mogą, to niektórzy różnie pojmują.

No więc, na użytkowanie, w tym gotowanie na górze, wymyśliła siostrzyczka moja. Wszystko cacy i gancuś, gdyby nie ten drobny szczegół, że sprzątanie za sobą jest obce jej naturze. Tak więc, gary czyste i brudne wymieszane. Wymieszane gary przytargane z dołu, z moimi garami. Marchewki gnijące zostawione na szafce w woreczku – a co – niech gniją, takie ich prawo naturalne jest. Pieczarki zastanawiają się, czy nie iść w sukurs z marchewką, a ser żółty zastanawia się, czy pleśnieć, czy wysychać, a może się rozpuścić? Taki niezdecydowany. Tu patelnia czeka na zlitowanie i wodę, a na talerzu kocia zabawka – fioletowa mysza na sznurku. O JA CIEBIE NIE MOGĘ!!! Choć realnie nieco bardziej dosadna byłam i zastosowanie miała łacina kuchenna, jakże zresztą adekwatne do miejsca którego mój monolog się tyczył… ten co go po przekroczeniu własnego progu wygłosić musiałam, gdyż chęć nieprzeparta we mnie ku temu była i nieopanowana. A gdyby mi nie dość tego nieposprzątanego bajzlu i syfu było to… do tego Znajda jeszcze i jej KUWETA. Znajda, która mi się na stół pcha, która drze pysk i śmierdzi jak skunks… nie to kuweta, którą Chudy w mojej kuchni postawił… Znajda, dla zainteresowanych to około 3 miesięczna czarna kotka, którą ktoś wyrzucił, a którą Chudy do domu przytargał, a która… skończy jako karma dla psa, jeśli zostanie jeszcze dłużej pod tym dachem. **

Nie wiedziałam, czy mam się śmiać histerycznie, czy mam siąść i płakać, czy wypierdzielić wszystko, łącznie ze Znajdą, Chudym i siostrą przez okno szeroko otwarte. Na litość, żeby prawie 30 letnia baba nie posprzątała za sobą i po sobie?! Junior powinien się na prawdę dobrze zastanowić w co się pakuje, bo to nic dobrego nie jest… już wiem, kupię mu fartuszek kuchenny i zestaw ściereczek pod choinkę, bo jeśli nadal ma zamiar widywać się z moją siostrą – jak nic – bez tego zestawu zginie w syfie o jakim w najgorszych snach nie śnił.

Tak więc, następnym razem, dobrze się zastanowię, zanim na Włości zawitam. Zwłaszcza, po haśle Rodzicielki, że ona sama wszystko sprząta, i nie OGARNIA. Do cholery, to co, może mam jeszcze przyjeżdżać ze 2 razy w tygodniu i pomagać jej sprzątać, bo Księżna siostra pazurki by sobie połamała… a Hrabiowie braciszkowie, to pewnie by się przemęczyli. Zawsze tak było. Zawsze to ja miałam obowiązki, a oni z nich zwolnieni byli. Pierdolę, w duszy mam ten biznes. Muszę wymyślić coś jeszcze, aby Wersal był użytkowy również dla Nielata jak najszybciej i niech Kwoka zostanie ze swoimi hołubionymi pisklakami. Z perspektywy kilkudziesięciu kilometrów człowiek zaczyna dostrzegać wszystko to czego z bliska nie miał okazji dostrzec… to tak tyle na teraz, a pozytywów poszukam popołudniem… o ile się znajdą jakieś, bo chyba dodatkowo zafundowałam sobie zapalenie jajnika prawego niedzielnym przechłodzeniem stóp… :(

* – już ubiegłego roku pisałam, że w szkole do której chadza Chudy, derekcja zarządziła pantofelki na zmianę, żadnych tenisówek, żadnych adidasów, czy innego obuwia, mają być pantofle i koniec, i wierzcie mi, chłopaczyska nie dyskutują tylko paputki noszą jak jeden mąż…

** – nie muszę dodawać, że cały wieczór zajęło mi odszukanie własnej kuchni, ale i łazienki również… (?)

wyrodna córka

11

Ja to jestem specjalistka wysokich lotów. Nie ma co. Ledwie jedno dodatkowe popołudnie w domu, a już obraziłam sobie Rodzicielkę. Zajęło mi to raptem z 10 sekund. Jedno zdanie i sukces. Czyż nie jestem genialna.

Mam coraz mniejszą ochotę na to aby tutaj przyjeżdżać. Gdyby nie Nielat, pewnie bym sobie powoli odpuszczała. Gdyby tylko było mnie stać na to aby utrzymać nas oboje w Wersalu. Nie nadaję się do tego zoo. Wszystko mnie drażni. Do tego, mam własny zasób rozczarowania życiem i goryczy, i chyba nie mam siły na jej. Różnica jest spora, ja staram się zmienić coś w swoim życiu, szukam, może i po omacku, ale walczę, a ona? Marudzi i kiedy już nie ma innej możliwości, kiedy jest przyparta do ściany cokolwiek zmienia.

Każda wymówka jest dobra. Dla mnie. Nawet jeśli będzie nią wyrobnicza praca za 7 PLNów za godzinę. Tak – nie osiągnę nawet połowy z pensji minimalnej, ale w domu też tego nie wysiedzę. Do tego, jeśli dostanę tę pracę, nie będę musiała się tłumaczyć, dlaczego nie przyjeżdżam…


  • RSS