demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: refluksje

… bo nie czuję takiej potrzeby. Gdybym napisała, że nie mam o czym, bo nic się nie dzieje, to nie byłaby prawda. Wersal się remontuje, zaglądam na 2 piętro na piwko, z E. wypad do „posmakuj”, winko z A. celem uhonorowania pojawienia się małej laurki na świecie. Do tego rozrywki liczne jakie zapewnia mi Ferdynand i mechanicy, gdyż jak wiadomo, w tym przypadku, zawsze, ale to zawsze muszą być jakieś atrakcje.  Mam też starą- nową pasję, choć pasja to za wiele powiedziane, bardziej zainteresowanie, które niekoniecznie podoba się Młodemu, gdyż uważa, że książki same w sobie są złem koniecznym i dopustem bożym, a kiedy traktują jeszcze o tym i owym, to już w ogóle matka mu dziwaczeje.

Rodzinnie też bywa ciekawie. Ogólnie się nie nudzimy i mamy różne atrakcje i rozrywki, niestety tu akurat kumulacja negatywna, a szkoda, bo zaszalałabym na jakimś weselu, nic się jednak nie szykuje. Chętnie się jednak jako osoba towarzysząca wybiorę, gdyby ktoś potrzebował.

Miewam adoratorów, co jest miłe, ale niestety nic ponadto. Chyba nieczuła i oziębła jestem. Nawet nie tyle chyba, co po prostu, przepraszam za określenie, ale obecnie mam „wyjebane”. Wibrator sobie kupię i przynajmniej spokojnie i efektywnie będzie, bez nerw, bez złudzeń, bez brudnych skarpet i gaci. Choć jak znam siebie, to bez nerw to nie wiem czy potrafię egzystować, złudzeń też nie hoduję i klarownie dostrzegam obraz rzeczywistości, ale niestety nie mam w zwyczaju spełniać życzeń, bo ani wróżką ani mikołajką nie jestem, za to bywam przekorna. Z gaciami i skarpetami to tez frazes, biorąc pod uwagę, że jedynym facetem, który ten grzech może popełnić więcej niż 1 raz jest Młody, to też nie ma o czym pisać.

Ogólnie więc nudddda. Codzienność ot i tyle. No i to, że mam nieziemsko czasu skoro nie chadzam do kołchozu. Czasu, który poświęcam na rzeczy wg Młodego zbędne, ale może wrócę do spacerów z Perełką? Dawno już zdjęć nie robiłam. Z rok pewnie, albo i lepiej. Potrzebna mi zmiany. Już i teraz. Potrzeba mi nowych wyzwań i nowych fascynacji. Ten typ tak ma, ten typ tak lubi… i już, po prostu.

czyżby wiosna szła

8

Ciepło jak na luty mamy. Noce bez przymrozków, śniegu brak, deszczyk sobie pada, pticy świergolą jak opętane. Tylko patrzeć, jak stokrotki się puszczą do słońca. Pięknie będzie. W sam raz, coś dla perełki. Z dodatkowym oczkiem lubimy takie przejściowe części roku. Bardziej plastycznie świat się w obiektywie prezentuje. Później ginie tylko w odcieniach zieleni i niebieskości, a na subtelne półcienie jestem za słaba w fotografii. Chętnie więc zamieniłabym bieganie po klatkach schodowych na bieganie z perełką w ręce po chaszczach i leśnych ostępach. Jednak, to nie dziś, ani nie jutro, ani w żadnej bardzo bliskiej przyszłości. Później też nie, bo mogę przypadkiem paść na pysk i już nie wstać przez kilka długich dni, czy tygodni.

Nie oszukujmy się, czuję się kiepsko, a sytuacji nie poprawia wizja tego, że pracowałam w kołchozie i wczoraj, i dziś idę, i najlepiej by było abym codziennie w tym tygodniu pracowała. Tylko to się nie da, a poza tym, nie za takie pieniądze, które i tak dostaję w dziwnych częściach i po czasie jakimkolwiek rozsądnym, że nie wspomnę wymiernie rzetelnym. Zdecydowanie, najdalej do końca marca chyba w kołchozie zostaję, albo i nie. Opcja była taka, że do czasu, aż znajdę coś innego, ale opcja jest opcją, a żeby coś znaleźć trzeba choć udawać, że się szuka, a ja jestem na to zbyt mocno zmęczona. Więc ani nie szukam, ani nie markuję szukania. Natomiast, co raz bardziej korci i pociąga mnie wyjazd za granicę. Gdybym miała coś w części pewnego, to już miałabym spakowaną torbę i wyruszyła przed siebie. Jednak nie mam dość odwagi w sobie, ani nie jestem, aż tak mocno zdesperowana, żeby z dnia na dzień ruszyć w ciemno przed siebie.  Myślę, że przyjdzie chwila kiedy coś wykombinuję, bo ja to tak mam, że pewne rzeczy robię szybko i bez zastanowienia, a inne… inne muszą dojrzeć.

Z innych rzeczy, to nie ma o czym gadać. Bo albo jestem w pracy, albo w robocie, albo padam na pysk. Tyle, że teraz padam na pysk w gnieździe kurzu, ale… ale kuchnia zaczyna przypominać kuchnię. No i o to przecież chodziło. Co nie?

miało być luźniej

12

Nie ogarniam czasoprzestrzeni. Normalnie nie ogarniam i już. Miało być widać czas kiedy zacznie się robić luźniej, a tu nic. Ciemność, ciemność widzę. Jak grzyby po deszczu rosną rzeczy pilne i pilniejsze na miejsce tych z którymi się uporałam. jednak w tym szaleństwie jest metoda. Tak mi się wydaje. Bo może być też, że metody nie ma, a ja po prostu mam talent do tego, że chcę dużo. Najlepiej teraz i już. Zaraz. Od razu. Natychmiast.

Zawsze mi powtarzano, że nic mi się nie stanie jeśli poczekam na coś przez jakiś czas. Mawiano nawet, że wówczas bardziej będę umiała to docenić. To jest kit roku. Wymówka. Jeśli czegoś chcę to chcę tego po to aby to docenić również, a głównie żeby się tym cieszyć – a czy radość nie jest formą doceniania? Jest. Więc to co dostaję doceniam. Teraz i już doceniam. Niby, że bardziej jeśli dłużej czekałam, nie ma takiej opcji. Długie czekanie jest frustrujące, a frustracja nie sprzyja radości. Czyli im dłużej na coś czekam, tym mniej potrafię się z tego cieszyć, tym mniejszą mi to radość sprawia, czyli mniej ogólnie doceniam to co w końcu mam, bo czekanie było za długie. Więc tak, cieszę się, i chcę mieć już, teraz, natychmiast… aby móc dłużej, mocniej i pełniej się tym cieszyć.

Mienie teraz i już, i natychmiast ma jeszcze inną dużą zaletę. Dostając to czego chcę, mam miejsce na nowe chcenie. Na nowe pragnienie. Teoretycznie, większość zakłada, że zdobywając nowe, stare przestaje mieć znaczenie. Otóż nie. Otóż, jestem chomikiem i kolekcjonerką, i nie wyrzucam czego popadnie, kiedy popadnie, bo mi się coś znudziło. Jeśli coś się mi znudziło, oznacza to ni mniej, ni więcej, że pojawiło się w moim życiu z przyczyn innych niż moje wewnętrzne chcenie i pragnienie. Do niedawna dotyczyło to wszelkich dziedzin mojego życia. Dopiero praca u podstaw nauczyła mnie, że ulubiona bluzka może zasłużyć na emeryturę, bo została doprowadzona do bluzkowego końca poprzez uporczywe zanoszenie na śmierć. To samo spodnie, czy buty. Właśnie, buty. Tak. No w przypadku butów jeszcze trening trwa. Buty to ostoja materializmu mojego duchowego przeobrażenia. ogólnie, z czasem, coraz mniej dbam o doczesne, materialne rzeczy, w senie ich mienia, posiadania, chcenia. Jednak buty, cóż, tych nigdy nie mam zbyt wielu i zawsze mogę jeszcze jakąś parę przygarnąć.

Do czego zmierzam? Ano do tego, że dzielę życie na istotne i ważne. Cieszę się istotnymi, a ważne są praktyczne. Taki samochód jest ważny, bo jest potrzebny, bo mnie denerwuję kiedy się psuje (tak Ferdynand, z wyczuciem godnym lepszej sprawy, dziś zaczął strzelać fochy), gdyż ma jeździć. Cieszy mnie jego jeżdżenie gdyż mi wiele spraw ułatwia. Więc jego nie jeżdżenie nie cieszy mnie zupełnie. Ważne są kafelki, mebelki i inne takie, bo wpływają na komfort i estetykę życia codziennego. Co więc jest istotne? Istotne jest gadać pół nocy przez telefon o wszystkim i o niczym, kiedy daje radość, choćby ze słyszenia tego określonego głosu. Istotne jest picie wina z jedną, czy drugą kumoszką, oraz dyskutowanie z pewnym 6-latkiem o jakiś złych ptaszyskach. Istotne jest życie, bo czym bez życia jest wszystko inne? Wszystko inne wówczas po prostu nie istnieje… nie ma nic.

… a ja nadal nie mam czasu na nic, bo praca, bo robota, bo remont, bo majster jeden, bo magicy ze spółdzielni, bo płytki są tam, a ja siam, bo… a pod łóżkiem czekają książki, które wypożyczyłam z biblioteki i… które nęcą i kuszą i tylko z czasem na nie kiepsko. Jestem zabiegana, ale… to chyba jest życie? Czyż nie? Jeśli na końcu tego maratonu jest coś istotnego do spełnienia, to… warto. Warto nawet kosztem tego całego zmęczenia.

ciężkie bywają poranki

2

Już nawet mniejsza o niewystarczającą ilość snu, ale… chyba załapałam się na gorzki żal do siebie samej. Nie chodzi o moralniaka, nic z tych rzeczy. Nie chodzi nawet o to co powiedziałam, nie o treść, ale o to w jakich okolicznościach przyrody. Taka duża ze mnie dziewczynka, a cały czas uparcie robię sobie kuku w ten sam sposób. Nie, żałuję, że powiedziałam co powiedziałam, ale że mogłam to powiedzieć w innych warunkach przyrody to jest pewne. Bo teraz to co? Że gadam za dużo kiedy się wspomagam alkoholem? No ładnie. Chociaż postęp jest. Bez histerii, szlochów i fochów oraz krzyków. Bez żalu i pretensji, a przynajmniej tym razem ich nie czułam, ale jak zostało to wszystko odebrane? Tego się pewnie nie dowiem. Wywaliłam co leżało mi na wątrobie i mogę temat zamknąć pewien tok myślenia. Mogę iść dalej i nie wracać do tematu.

Ogólnie rzecz w tym, by gonić króliczka, a nie by złapać go… dostajesz więcej od życia kiedy manipulujesz, kręcisz, grasz i chłodno kalkulujesz. Kiedy grasz w otwarte karty, bez owijania gówna w złotko, nazywając rzeczy po imieniu – nie licz, że ugrasz cokolwiek, że wygrasz – tym bardziej nie licz. Czas nauczyć się zakładać blef, lub pokerową twarz i milczenie opanować do perfekcji.

bardzo długi dzień

2

To długi i meczący dzień był. Długi bo wcześnie się rozpoczął, męczący, bo tyle różności zaoferował, i dobrych i mniej dobrych, i zadziwiających również, że ze zmęczenia dniem, ale i ludzka głupota, dostałam mdłości.

Ot, czuję się kiepsko, i tak, pamiętam, że miałam iść do dohtora, i że z takimi wynikami to nie poszaleję, więc może nie dzień i ludzka perfidia, mnie zemdliły, ale kiepskie zdrowie.

Czas na sen. Pomyślę o tym i o owym jutro… u Skarlet się sprawdzało… więc może i u mnie też się sprawdzi…

kiszka

4

Nie chce mi się pisać. Choć raczej, to co mam do napisania, wole zostawić dla siebie. Nic to nikomu nie da. Mnie nie pomoże. Jest mi źle i nie dobrze i wiem, że sama się o to prosiłam. Nikt mi nie pomagał, więc dlaczego teraz jest jak jest. Ogólnie, większe życiowe porażki mniej bolały, niż boli dzisiaj. Więc zanim znowu pozwolę sobie uwierzyć w czyjeś słowa, zanim znowu zacznę dorabiać ideologię do tego co jest i jak jest, po prostu okręcę się na obcasie moich czarnych lakierowanych szpilek, uśmiechnę się cynicznie i – nie dam wiary w to co widzę i słyszę, i pójdę w drugą, w swoją stronę, a spokój będzie nagrodą. Nudną i owszem, tylko czy przecież trzeba mi czegoś więcej w życiu jeszcze.

Doprawdy, zbieg okoliczności? Nie wiem, w co wierzyć. Jeśli tak, jeśli na prawdę to zbieg okoliczności – to gratuluję temu na górze. „Chleba i igrzysk” krzyczeli kiedyś w Rzymie, i tak się czuję… jak na arenie, z zadaniem nie do wykonania, gdzie ktoś podsyła mi możliwości, każąc rezygnować z tego czego chcę i czego pragnę w imię MOJEGO DOBRA. Chrzanię swoje dobro. Słyszysz Ty tam na górze?! Za darmo, jak zwykle mam zostać z niczym w imię własnego dobra? Chrzanię i chromolę takie dobro.

Jednak, rację muszę przyznać – sama sobie zapracowałam na to co mam. Na nic więcej. Więc do cholery – do kogo te pretensje? Jak to do kogo – no oczywiście, że do siebie.


  • RSS