demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: radio

przygód kilka…

20

Jestem mistrzynią w swoim domu! Normalnie mistrzyni, że HOHOHO. Przez blisko godzinę mocowałam się z jedną, małą, plastikową i byle jaką roletką okienną. Zmora zabiłaby mnie śmiechem gdyby to widziała, więc lepiej że tego nie widziała, bo przeżyłam. Normalnie gdyby nie to, że dwie pozostałe muszę zmniejszyć nieco, a nie posiadam piłki do metalu, to pewnie bym następną montowała. Zapewne już z nieco mniej obłędnym czasem montażu, acz nadal zapewne dla wielu zabawnym. Zdecydowanie, posiadanie trzeciej ręki uprościłoby cały proceder. No i jeszcze gdyby ktoś na tych rysunkach zaznaczył w którym miejscu i jak przeciągnąć żyłkę boczną, to już byłabym bardzo szczęśliwa. Oj bardzo.

Ktoś mógłby złośliwie stwierdzić, że do takich rzeczy to by się przydała męska ręka, ale jak widać dałam sobie radę sama, a męska ręka, nie obyta z roletkami, niekoniecznie poradziłaby sobie w krótszym czasie. Męskie ręce zdecydowanie mają szereg innych zastosowań.

Ogólnie to przydałaby mi się jakakolwiek druga para rąk, gdyż potrzebuję sobie omotać balkon kawałkiem patyków, żeby nabrał wyrazu i żeby ciekawi spacerowicze piescy mieli mniejsze pole do zaglądania w moje drzwi balkonowe. Ja wiem, że one są ładne i wiem, że moja firanka też jest ładna, przynajmniej mnie się podoba, jednak, zaglądacze mnie drażnią. Tak więc, na tę chwilę, nadal zastanawiam się skąd wziąć drugą parę rąk. Owszem, na upartego to też sama zrobię, jednak, ten niedobór trzeciej ręki, jest na prawdę doskwierający przy sporej części prac domowych.

No i jeszcze to moje nieszczęsne radio, też mam problem z jego ustawieniem, a właściwie z jego zasięgiem, chyba muszę zainwestować w kawałek drutu i dokoprować go do tego kikutka, który udaje antenę. Pamiętam, dawno temu. Bardzo dawno temu. Miałam czerwony radiomagnetofon, na kasety nawet. Pech chciał, że jego teleskopowa antena kiepsko sprawdzała się w moim pokoju, ale kiedy się do niej chochelkę drucikiem przymotało to odbierało z jakością „dolby seraund”. Problem w tym, że obecnie dysponuję tylko plastikową chochelką, która raczej kiepsko sprawdziłaby się w roli anteny, a do tego zupełnie nie dysponuję drutem i anteną teleskopową. Jak nic zdaje się, że będę musiała iść na jakieś zakupy… i jeszcze pamiętać o taśmie dwustronnej, żeby wesprzeć żyłkę naciągającą roletki dobrze by było żebym pamiętała.

No i to wszystko na mojej głowie, i jeszcze sporo innych drobiazgów, i ja się dziwię, że się nie ogarniam, i że nie zawsze, nie wszystko pamiętam.

reklamowy zawrót głowy

4

Nie, to jeszcze nie jest ta wysublimowana i przemyślana notatka. To jest notatka impulsywna. Pod natchnieniem chwili. Od kilku dni, jedna z radiowych reklam, doprowadza mnie do rozstroju nerwowego. Normalnie jak ją słyszę to zastanawiam się kim była osoba, która ją napisała oraz kim, do cholery, była osoba, która ją zaakceptowała?!!! Idę o zakład, że w obu przypadkach były to kobiety. Mało tego, mogę się również założyć, że są to kobiety bardzo sfrustrowane i prawdopodobnie rozczarowane własnym życiem. Mało tego, przedstawienie facetów jako ciapę, pomiotło i niezgułę, mnie samą bardzo, ale to bardzo razi i odpycha od zakupu reklamowanego produktu. Nadmienię tylko, że zdanie jakie osobiście posiadam o facetach jest mało pochlebne, ale bez przesady… w porównaniu do autorów tej reklamy normalnie to, to moje zdanie jest niemal hymnem pochwalnym ku czci męskiej części populacji. Doprawdy, pełna niesmaku jestem w związku z tą reklamą. Niestety nie będę wyszukiwać tego ohydka w sieci i wrzucać go tutaj. Nadmienię, że możecie w ramach poszukiwań – dla wyjątkowo chętnych – posłuchać bloku reklamowego RMF-ki, a sam produkt to nic innego jak pasta do zębów… podobno biała tubka z czerwonym napisem…

podróże małe i duże

9

W sobotę kupiłam gotową kanapkę. Już w chwili kiedy za nią płaciłam straciłam na nią ochotę. Wielka sztangielka z padniętą sałatą, zdechłym kawałkiem sera żółtego i dawno nieżywym plastrem pomidora i ogórka. Gdyby jeszcze ktoś obrał tego cholernego ogórka i nie był on taki zielony, może udałoby mi się na nią jednak skusić. Niestety, nikt nie wpadł na to aby obrać, a mnie odebrał chęć na sztangielkę jako taką. Zawinęłam więc ją, upchnęłam w torebkę i w samochodzie rzuciłam do schowka. Tak objechał ze mną do domu jeden dzień.To była sobota.

W niedzielę nadal czekała na mnie w samochodzie. Po domowym śniadaniu nie miałam na nią większej ochoty. Jednak dzień zapowiadał się długi, więc została owa sztangielka ze mną. Jednak w przypływie apetytu przegrała batalię z gołąbkami z sosem pomidorowym. Nadal pozostawała w samochodzie i powróciła ze mną do miasta rodzinnego.

Dziś jest ze mną w pracy. Właśnie się sobie przyglądamy. Jeszce nie ożyła więc wydaje się być nadal jadalna. Teściowej też nią nie zabiję, gdyż raz, że teściowej nie posiadam, dwa, że jest przyzwoicie miękka. Nadal nie mam na nią ochoty. Z drugiej strony jestem jednak głodna. W prawdzie mam jeszcze zupkę chińska. Sama nie wiem. Tak. Owszem. Jestem sknerą. Jednak, jedzenie jest tym, czego nie lubię wyrzucać, bo jedzenie to obszar specyficzny jest. Jedzenie należy szanować, a wyrzucanie jedzenia to forma braku szacunku. Zwłaszcza gdy jedzenie nie jest zepsute.

Tak więc siedzę sobie, patrzę na sztangielkę, sztangielka patrzy na mnie i tak się zastanawiam zjeść, czy wyrzucić.

Do tego w radio mi Sebuś Bułeczka śpiewa, że jest latawcem Bóg wie gdzie… kurcze, no – nie musiałabym zaraz być latawcem (czy raczej latawicą), ale takie Bóg wie gdzie to bardzo nęcące jest i chętnie bym gdzieś się wykopsneła na podładowanie baterii. Nie zmienia to jednak stanu rzeczy – jeść sobotnią sztangielkę, czy nie jeść ?

reklama

7

Nie mogę.
Przewraca mi się w żołądku jeszcze wczorajsze śniadanie kiedy słyszę po raz
kolejny reklamę radiową banku zachodniego wbk. Tę radiową, w której to ‚mama’
bierze kredyt na zakupy edukacyjne dla synka. Dokładnie, właśnie ta ‚mama’
podnosi mnie ciśnienie dość skutecznie i z bardzo dużą częstotliwością…

Ta ‚mama’, śmiem twierdzić, na pewno nie skończyła szkoły podstawowej! A
przynajmniej zakończyła własną edukację na klasie (obecnego systemu) piątej, bo
w szóstej dzieciaki muszą biegle władać odmianą przez osoby i przypadki, i nie
ma litości. Nieodmiennie twierdzę więc, że ‚mama’ ta powinna powiedzieć:
"Pokaż Panu Antoniemu.", a ona uparcie gada i gada: "Pokaż panu
Antoniowi."! Nie byłoby w tym błędu gdyby owa ‚mama’ odmieniała nazwisko
"Antoń", ale ona odmienia IMIĘ: Antonio (Antoni po naszemu, a
bynajmniej Antoni to NIE Antoń – pomijam, rzecz jasna, przypadek gdy ten, czy
ów Pan, nazywałby się Antoni Antoń – tego tutaj nie rozpatrujemy! Tu rzecz
idzie o imię, a w żadnym wypadku nie o nazwisko).

Ja bardzo dobrze rozumiem, że ‚mama’ mówi słowami speców od reklamy, którzy
dobre pieniądze skasowali za własną głupotę i niedouczenie. Szkoda mi tylko
Pana Banderasa, bo mam wrażenie, że nie do końca ma świadomość co i jak firmuje
własnym nazwiskiem, bo po reklamach ewidentnie słychać, że motyw głosowy
nagrany w jednym wątku, wykorzystywany jest do wielu innych. Chociaż, nie żebym
jakoś szczególnie się tym martwiła, gdyż zapewne Pan ten wzią stosowne
wynagrodzenie za użyczenie własnego głosu… szkoda tylko, że w produkcji o tak
marnej jakości zarówno wizualnej jak również w zakresie treści… jak to mówią:
czasem dobrze pamiętać jest, że lepsze jest wrogiem dobrego…

10

Ech. Ta pogoda mnie wykończy. Wczoraj nie było czym oddychać, dziś, spokojnie mogę napisać, że chłodno jest. Nie inaczej. niebo szaro bure, przykryte ciężkimi chmurami. Temperatura też taka sobie. Miało się w czasie dnia rozpogadzać, a tu nic. Więc pewnie moje nóżki dziś zmarzną, bo sandałki i sukienka, raczej krótsza niż dłuższa, ciepła mi nie zapewnią. A dohtor mówił, żeby nie marznąć!

Skoro o znachora zahaczyłam, to nadmienię, że ja już mam dość i takie tam. Kolejne opakowanie antybiotyku zaczynam coraz bardziej na wątrobie odczuwać. Nic to, że osłonowe sobie łykam, że się serkiem białym, jogurcikiem i innym nabiałem faszeruję, nic to, że pić dużo wody się staram, skoro jak widać jednak trzecie opakowanie, to trzecie opakowanie jest. Całe szczęście w nieszczęściu polega na tym, że już nie muszę się po nocach zrywać, bo tylko 2 razy na dzień mam go łykać. Może też niekoniecznie winien jest antybiotyk, tylko to drugie nowe cholerstwo. Pamiętać na przyszłość należy, że najpierw czytamy ulotkę, czytamy dokładnie, a dopiero później zastanawiamy się czy łyknąć sobie lampkę czerwonego półsłodkiego. Bo jeśli w tej ulotce jak wół, i bynajmniej nie drobnym druczkiem, pisze, że łączenie z alkoholem jest jak najbardziej przeciwwskazane, bo wywołać może: i tu litania całkiem spora, to spożycie 2 lampek czerwonego i aplikacja specyfiku, i czytanie ulotki bynajmniej nie jest zachowaniem WŁAŚCIWEJ kolejności! Więc teraz siedzę sobie i się zastanawiam, czy to jedno, czy drugie jest przyczyną samopoczucia wrednego, a może pogoda do tego? Kto ją tam wie. Może to też być ten serek typu light. Osobiście to omijam tego rodzaju produkty, ale, doprawdy nie wiem co mam zrobić, gdy jedyny twarożek dostępny porankiem, nieposiadający w sobie ‚śmieci’ wszelkich, jest właśnie z gatunku ‚lekkich’… Mało tego, co to za twarożek w którym serowe farfocle pływają w wodzie zabielonej mlekiem?! To porażka jakaś jest niesamowita. Zjadłam jednak tę bezsmakową breję z razową bułeczką i nie powiem żeby mi smakowało jakoś szczególnie. Nadmienię tylko, że serek był na prawdę jedynym czystym, bez dodatkowym, a bułeczki razowe ja bardzo, bardzo i od zawszę lubię – nie żeby tam dieta jakaś. Za to, w związku z niedomaganiami śniadaniowymi pożarłam dwa cukierki czekoladowe… a co tam. Należy mi się za ten serek lekki coś od życia, a że tylko dwa były dostępne, cóż, lepsze te dwa cukieraski, niż ich brak.

Nadmienię tylko jeszcze w wielkim skrócie, że Ferdek łącząc się ze mną w zmaganiach znachorowych właśnie rozświszczał się łożyskami (tył), tymi co to nie tak dawno zmieniane były. No ja na prawdę nie wiem co ja z nim mam zrobić. Mam nadzieję jednak, że łożyska są jeszcze na gwarancji, bo ja pierdziu zmieniać je raz na kwartał. Więc i do dohtora Ferdkowego wstąpić dziś będę musiała, bo jeśli mam zadek na urlopie ruszyć w świat, to świszczące łożyska zapewniłyby mi tak intensywne wrażenia słuchowe, że zapewne, wróciłabym bardziej podnerwiona niż zmęczona i wypoczęta, a to przecież nie jest właściwe podejście do urlopu.

P.S. Nie wiem jakie zdjęcie wam mam tutaj dzisiaj wrzucić. Już wiem – idę je zrobić i za chwilę uzupełnię.


Małe sprostowanie. Słucham porankiem i w pracy radia
komercyjnego gdyż ale bowiem, nie odrywa mnie od spraw w tym czasie istotnych
(prowadzenie samochodu, pracowanie). Komercjalizacja słuchanych rozgłośni i
dostosowanie programu do mas szerokiego pospólstwa sprawia, że nie  wymagają namiaru uwagi i myślenia. Ambitna muzyka
i sensowna audycja, czy odwrotnie, ambitna audycja i sensowna muzyka wymagają
poświęcenia znacznie większego stopnia uwagi. Budzą zainteresowanie i odrywają
od bieżących ważkich problemów.

Obecnie ważkim problemem jest natłok sprawozdań GUS – tych standardowych,
jak również tych ponadnormatywnych. Dodatkowo takim problemem jest również
rozgryzanie programu, którego zupełnie nie znam, a na dodatek jednak poznawać
nie chcę. Znaczy się niechęcę nie dlatego, że jestem uprzedzona i Nielubię ułatwiania
pracy, nie chcę bo wpierw muszę sprawdzić sobie czy mogę. Czy mogę go używać
bez potencjalnych komplikacji prawnych. 95% pewności mam, że nie mogę. Jednak,
jak to bywa, co to kogo obchodzi, że ja miewam obiekcje.

Powiem tak. Tęsknię do jednej PRAWDZIWEJ kontroli
kompleksowej. Nienawidzę bajzlu i ignoranctwa w pewnych zakresach.

No i też mam coraz większą ochotę zwiać z tego miejsca i w
ogóle z najemnego stylu życia przenieść się na własny garnuszek. Coraz częściej
mam ochotę powiedzieć: „Pieprzyć stabilizację finansową”, by zaraz za tym
zdaniem powiedzieć: „Pieprzyć wstawanie o 6”, i dodać jeszcze: „Być panią
siebie samej”. Spokojnie, ja wiem bardzo dobrze, że prywatka to nie lekki
kawałek chleba. Wiem. Sprawdziłam na własnej skórze. Z doświadczenia i autopsji
wiem. Więc ostrzegać mnie nie trzeba.

Do tego zapewne w najbliższych dniach okazać się może, że to
ja ta zła i wredna jestem, bo wygadałam, gdzie i co jest nie tak w papierach i
kontrola przeze mnie spisała taki i nie inny protokół… No i nikt nie zauważy,
że ani nie zbliżałam się na krok do kontroli (przecież to nie mnie kontrolowano
więc i po co miałabym), nie pytałam o zakres, nie pytałam i nie mówiłam nic. Rzecz
jasna zawsze istnieje domniemanie, że nie pytałam bo wiedziałam, ale… nie
wiedziałam, bo wiedzieć nie chciałam. Nie moje podwórko wiec po co mnie czyjeś
brudy mają interesować… i czemu to ja mam później wysłuchiwać czyichś
pretensji, że ten, czy ów, kwestionuje słowa kontrolującego… bo nie wie, że
kontrolujący to sam ‘bóg’ na ziemi.

Osobiście w życiu zawodowym miałam nie jedną kontrolę. Tylko
na jednej dyskutowałam z kontrolującym. Z bardzo, bardzo, upierdliwym
kontrolującym. Dyskusje wygrałam, gdyż po kolei przedstawiłam Panu przepisy,
które znać był powinien, a nie znał lub o nich nie pamiętał (pamiętać nie
chciał, lub nie mógł – nie moja bajka – mnie to pikuś). Jako, że była to
wówczas kontrola tzw. kompleksowa… cóż mój zakres piaskownicy wspomniany był w
protokole kontroli w 2 miejscach: 1. W planie kontroli, 2. W podsumowaniu,
gdzie zapisano: funkcjonowanie prawidłowe, bez uchybień itp. itd. – razem wszystkiego
w całym były 4 linijki.

Gdyby ktoś miał na zbyciu w zamian za dobre słowo/ uśmiech/
kwiatki z bibuły/ palmę wielkanocną np. radio samochodowe z wejściem USB, albo opony
zimowki 14’’ na zbyciu… niech da znać… przyjmę z otwartymi rencami.


  • RSS