demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: przyroda

… siem na mnie uwzięły chyba. Od kilku dni mam w pracy kumpla latającego. Młody jest dziarski i w paski. Macha skrzydełkami i bziuczy. Czarno-żółty jest i spory, nieco większy niż jego koleżanki, które tez mnie odwiedzają, ale zdaje się nadal mniejszy niż jego dorośli kompani. Normalnie nie wiem, jakiś bar przelotowy, tawerna, czy co tam jest u mnie w schowku na mopy… a ja o tym nic nie wiem… i opłat nie pobieram. Może powinnam zacząć, tylko nie wiem, czy uda mi się z tym Młodym, któren to jest najczęstszym bywalcem dogadać, a nie chciałabym dyskutować z nim jakoś szczególnie, gdyż nie wiem, czy dysput taki miałabym szansę wygrać, gdyby tak mu się coś nie spodobało. Zwłaszcza po ostatnio odkrytym konflikcie z sosną i koniecznością faszerowania swojego człowieka wapnem w ilościach około hurtowych. Chyba odkryć takich mam na tę chwilę wystarczającą ilość. Niby na jego kumpelki nie reaguję jakoś specjalnie ponad standard, ale kto go tam wie. Młode to jeszcze, zajadłe, nad emocjami panować może jeszcze i nie potrafi. Może jak zaglądnie w przyszłym tygodniu, to sobie pogadamy jakoś inaczej. Dziś jeszcze wizytację ma u mnie w gratisie, gdyż skoro długi weekend jest z przymusu długi, to przynajmniej niech spędzę go jakoś inaczej niż opuchnięta lub nie wiadomo co jeszcze.

Gdyby ktoś jeszcze miał wątpliwości kim jest mój nowy, młody przyjaciel to jest to sam Pan Szerszeń we własnej smukłej osobie. No chyba, że byłby to jakiś osi mutant, czego jednak nie podejrzewam, gdyż musiałby to być mutant mutanta osiego. Inną mutacją mogłaby być mutacja Trzmiela, ale ten musiałby być na jakiejś super, hiper genialnej diecie, aby mieć tak smukłe ciało (odwłok?). Gdyby tak było – wierzcie mi na słowo, że już bym jegomościa odpytywała o sekreta i tajniki diety o tak pożądanych przez nie jedną kobietę efektach… ach, i jeszcze mogłabym zostać bogata… tylko, że to Trzmiel nie jest… a szerszeń młody… więc chyba jednak sobie nie pogadamy…

Słonecznego, ciepłego i ogólnie udanego, może bez latających przyjaciół, weekendu.

wyjątkowo zimny maj

10

Wczoraj wymarzłam się w pracy do tego stopnia, że na poważnie obawiałam się o własne plomby, czy przypadkiem nie przyjdzie im ochota na pójście precz od tego całego szczękania zębami. Normalnie maj, a jak nie maj. No dobra, wiem, pisałam, że zniosłabym i śnieg w lipcu, ale to jednak w innym kontekście i dwie notki temu. Tylko przez chwilę zastanawiałam się co powinnam zrobić z popołudniem po tak wymarzniętych służbowo ośmiu godzinach. jedno spojrzenie za okno zdecydowało o wszystkim. Przecież nie wiem kiedy znowu będzie pogoda sprzyjająca pieszym wycieczkom. Witamina D i pobudzenie mojego leniwego krążenia jawiły się mi jako dobra podstawa na spokojny sen, który ostatnimi i nieco już dłuższymi czasy – jakoś w deficycie. No więc zabrałam Perełkę i potupałam przed siebie… do Cerkieweki. Pierwszy, acz myślę, że nie ostatni raz i nadal doskwiera mi brak roweru, ale tupanie, człapanie i truchtanie też nie jest złe…

Tam, hen, na horyzoncie jawią się wzgórza, a wśród drzew kryje się cel mojej wędrówki…

… czasem odwracam się i patrzę jak miasto się oddala…

… i na boki zerkam ciekawie…

… i idę, idę dalej…

… z góry, pod górę…

… do Cerkiweki…

… i pod czereśnią usiadłszy zerkam na to co  było tak daleko, a teraz, choć bliżej to jeszcze do dalszej drogi zachęca, i wzywa, i woła – lecz jednak – to już nie dziś, dziś czas by wrócić do domu, gdziekolwiek by on nie był…

bardzo, bardzo wiosennie

16

Idzie luty – obój ciepłe buty. Tak mówi stare przysłowie. Jakoś nie w tym roku. Za oknem na zmianę mam to deszcz, to słońce. Porankiem było 7 stopni na plusie. Ptaki świergolą, kra spływa. Pierwszy raz nie żałuję, że nie ma zimy. Nie mam nastroju na kontemplacje. jestem podrażniona i rozdrażniona, i nie mam czasu na powolne, pełne śniegu i otulone bielą życie. Może w przyszłym roku. Chciałabym, bardzo bym tego chciała. Teraz jednak, kilka obrazów z wczorajszego popołudnia wiosennej zimy. Tak – bo dawno nie było zdjęć.

gość

12

Mieliśmy dziś w pracy niespodziewanego gościa. Tacy goście, to ogólnie u nas nic nadzwyczajnego, ale akurat jeżeli chodzi o ptactwo drapieżne, to już akurat jest gratka… bo takie tam boćki, czy liski, czy inne drobne zwierzaki, to prawie rutyna jest. Czasami jednak trafi się taka perełka. Nie mogłabym być taka okropna aby się tym ptaszkiem z wami nie podzielić.

Nie trzymamy go za karę, trafił z interwencji. Ma problem ze skrzydłem i nie może latać. Na tę chwilę czeka go przyglądactwo ludziów i dokarmienie. Jak będzie wiadomo co do końca mu się stało, trafi albo do właściwego miejsca leczenia, albo… na wolność.

z Bogiem nie wygrasz

10

Splot zdarzeń. Niby przewidywalnych i zaplanowanych od dawna. Niby nie mogących zaskoczyć niczym nowym i nieprzewidzianym. Jednak, tam, gdzie wchodzi się w obszar wiary, nagle, zaczyna się pole minowe. Nawet wówczas, a może zwłaszcza wówczas, gdy musisz na nowo odnaleźć siebie. Nie, ja niczego nie szukam. Ja z Bogiem dogadałam się już dawno. Nie mamy jakiegoś specjalnego układu, ale doszliśmy do porozumienia, że pośrednicy w naszych relacjach nie są potrzebni jakoś bardzo. Mamy swoje chwile dla siebie. Takie małe sam na sam. Bez pokazywania, udowadniania i przekonywania otoczenia. Moja wiara jest dla mnie, a Bóg jest dla ludzi. Pośrednicy nie są tutaj bardzo niezbędni, a jeżeli nawet, to nie każdy głoszący Imię, jest pośrednikiem właściwym.

Ja nie szukam, ale inni ludzie szukają. Budują na nowo, to co brutalne realia życia zawaliły. O wierze mówić jest trudno. To delikatny, bardzo prywatny, i bardzo intymny temat, zwłaszcza kiedy szukasz w wierze swojej drogi. Paradoksalnie, o wierze mówić jest łatwo. Kiedy jesteś jej pewien. Wartości wiary, to kolejny nienaruszalny, w określonych przedziałach, fundament. Opoka wiary. Tak sprytnie stosowana do manipulowania, a tak łatwo podatny na manipulowanie jest ten, kto szuka.

Ostatnio, patrzę i oglądam jak w imię wiary przegrywają rzeczy prawe i prawdziwe. W imię obłudy, kołtunerii, ‚bo tak wypada’, tracony jest sens wiary. Bo cóż powiedzą ludzie, kiedy… Sens jest gubiony po drodze, rozmieniany na drobne, rozdmuchany na wietrze. Ginie to co prawdziwe, w imię pozłacanych bożków, udawanych cherubinów, złotych cielców i ułudy pochlebców. Zastanawiam się, czy kolejny raz będzie mi danym patrzeć jak wąż przybiera szatę wiary. Jak odziera z resztek rozsądku i mami złudną nadzieją, tylko po to by odebrać to co jest. By zostawić z niczym.

Zamknę oczy i nic nie będę myśleć, a później je otworzę i pójdę na wiosenny, popołudniowy spacer razem z Perełką, bo przyszedł czas, kiedy też potrzeba mi poczuć coś więcej, coś mocniej, coś bardziej. A gdzie bliżej jest się Boga, niż tam gdzie można dotknąć jego dzieła stworzenia… tak wybieram się do kościoła, tego jedynego prawdziwego, na łąkę pod lasem, gdzie usiądę i pogadam sobie z Nim o tym, co ważne i o tym co błahe.

luty minie zima zginie

3

Nie wiem, czy jest takie powiedzenie. Taka wiedza nie jest mi szczególnie do czegokolwiek potrzebna. Jutro już marzec jest. Tak całkiem już po zimie. Może w weekend uda mi się siebie samą przekonać do tego aby wyjść na poszukiwanie tej wiosny w terenie. Niby, że to jeszcze za szybko może być? No nie wiem. U nas zima lekką była w minionym sezonie. Bardziej się bawiła, że jest niż była, a po ostatniej pełni to raczej nie ma co już jej wyglądać. Jakieś tam zrywy może jeszcze i owszem zaliczyć, ale żeby tak jakoś coś więcej, to już chyba nie bardzo.

Skoro o pełni mowa. Przez część wieczoru to właśnie prosto w moje okno księżyc zagląda. Że kładę się raczej wcześniej niż później też tajemnicą jest żadną. Leżałam więc sobie i patrzyłam jak lekka mgła dodaje mu aureoli. Jak lekkie podmuchy wiatru wprawi9ają w ruch te aureolę, która wyglądała nieziemsko, ulotnie. Wręcz nierealnie. Prawie jak z bajki. Różne myśli przebiegały tam i w „nigdziebądź” przez głowę. Bezsilność jaką nagminnie ostatnio mam na wyposażeniu, była za to jeszcze bardziej wymierna i realna. Usiadła mi na barkach i zabierała oddech. Tak łatwo byłoby zrobić jeden krok i odpłynąć do krainy luster i cieni. Tam wszystko jest prostsze i nic się nie musi. Tam można być księżniczką i kim tylko się chce. Tam można widzieć to co chce się zobaczyć. Tam nie ma bezradności i bezsilności… Chyba zbyt wiele literatury szalonych poetów pogrążonych w szaleńczych objęciach otchłani pełnej nierzeczywistych obrazów. Imaginacji tak strasznych, że pięknych, i tak pięknych, że aż strasznych…

Nosi mnie.

W tle nieśmiertelna Nirivana…


  • RSS