demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: przemyślenia

rozdrażnienie

12

Ostatnio, gdzie się nie odwrócę, to coś mnie drażni. Pomijam internetowe braki podstaw gramatyki języka polskiego oraz marną ortografię na pierwszych stronach głównych serwisów naszego pięknego kraju, gdyż o tych kwiatkach to już kiedyś coś tam pisałam. Coś tam – bo więcej to nie bardzo jest o czym.  Zwyczajnie, liczy się ilość, a nie jakość. Poziom absurdu, co do tematyki, też osiąga, jak dla mnie, niebotyczne granice i bytuje już ze trzy galaktyki od ziemi. Niusy i sensacje rodem z piaskownicy pokazują sama już nie wiem co, bo do prawdy, jest milion rzeczy bardziej ciekawych niż to, że ktoś kupił sobie wózek dla dziecka już trzeci i w tym jest to kolejny za kilka tysięcy. Ma te tysiące to je wydaje, chciał to kupił. Mnie to rybka, ale ogólnie, to wielkie halo jakieś. O pisaniu wielkich i podniosłych tekstów, w zamiarze, nie koniecznie w praktyce, nie pomnę. Kreowanie, kreowanie i bum zderzenia z rzeczywistością, w której kreacja staje się manipulacją, rozczarowaniem i zawiedzionymi oczekiwaniami, a później… diabli wiedzą czym jeszcze. Nie znam się. Stara jestem. Stara i często zmęczona rzeczywistością, która coraz bardziej odrealnia się i zdaje się być przeniesieniem jakiś dziwnych imaginacji. Nie wiem tylko czyich i skąd – dokąd ma być przeniesiona, bo tu i teraz, to mam taką nadzieję, że tylko przejściowo. Tak na chwile, może dwie, bo jeśli na dłużej, to mało ciekawie to wygląda.

W niedzielę poszłam ze znajomą na ciacho i kawę. Niby taka kawiarnia „ą”, „ę” i bułkę przez bibułkę. Pół okolicy się zjeżdża na lans. Przykleiłam się do stolika, oraz przygarnęłam plamę na spodniach. Godzina mało lansiarska była, ruch mizerny, ale stan stolików? Pożal się Boże, a Ty człowieku zważaj gdzie i jak siadasz, i najlepiej miej przy sobie chusteczki, żeby przygotować sobie miejsce siedzące, które nie wpłynie negatywnie na stan twojej garderoby. Za ladą za to 3 znudzone młode osoby zajęte smartfonami. Klienci zdaje się to dopust boski i najlepiej żeby sobie już poszli. Na wszelki wypadek, aby pomóc im podjąć decyzje, to zimny sernik (bo na zimno i z lodówki) podać należy na gorącym talerzu. No cóż, nie czepiam się, wiem przynajmniej, że był czysty, świeżo wyciągnięty ze zmywarki, a że bita śmietana (której miało nie być, gdyż zwyczajnie nie przepadam za taką z pojemniczka) malowniczo rozpływała się po całym talerzu, choć to już właściwie inna bajka. Z własnego wyboru więcej wizyt w tym lokalu w planach nie mam.

Wczoraj zacny poniedziałek był. Dowiedziałam się, przeglądając paragon po zakupach, że kupiłam młodą, czerwoną kapustę… to bardzo interesujące było, gdyż moje zakupy nie obejmowały żadnej kapusty, a czerwonej to już zupełnie nie i to nie, że w dniu wczorajszym, ale czerwoną kapustę kupowałam ostatni raz ze 3 lata temu. Na dodatek nie dla siebie, tylko „przy okazji” bycia w sklepie. 4,50 PLNów mnie ta przyjemność, posiadania bez posiadania, kosztowała.

Dziś za to przyszła mi faktura za telefon. No i coś jest napierdzielone oczywiście, więc czeka mnie spacer do paniusi w salonie, że coś niekoniecznie faktura jest spójna z warunkami umowy. Ten brak spójności to jakieś 20 kilka złotych. No i jeszcze, dla odmiany po całkiem przyjemnych ostatnich trzech dniach, ktoś zakosił słońce i ładną pogodę. Też nie zapytał mnie o zdanie, a ja ubrałam sobie cienkie baleriny do pracy. Plus tego taki, że zapewne woda deszczowa będzie miała przez nie swobodny przepływ.

Marudzę, oj marudzę, ale chyba zdecydowanie, na te swoje lata, zaczęłam posiadać zupełnie klasycznego PMSa. Trudno, tyle kobiet z nim całe lata żyje, więc jakoś dam radę i ja. W końcu to tylko kilka dni w miesiącu.

Czasem  człowiek robi głupoty, ot tak, sam z siebie, a czasem robi głupoty nie rąbiąc głupot i powstrzymując się przed głupot robieniem. Głupoty czasem są potrzebne, a czasem są niepotrzebne. Podobno lepiej jest żałować, że się zrobiło głupotę, niż żałować, że się głupoty nie zrobiło. Ogólnie to cholernie upierdliwe jest decydowanie w takiej mierze, zwłaszcza gdy się jest histeryczką i paranoiczką.

W czym rzecz. Rzecz w tym, że są rzeczy, które nie dają mi spokoju. Próbowałam wywalić do śmietnika i iść dalej, ale kurde – wracały. Próbowałam upchnąć trupki w szafie, zamknąć na kluczyk, ale przy byle okazji wypadają i w łeb zdarza się, że mnie lubią pierdyknąć. Chętnie bym te trupki pochowała do grobów gdzie ich miejsce, ale widocznie jeszcze nie chcą wynieść się z szafy, bo co je próbuje pochować, to one, ja te zombiaki, z pod ziemi mi wyłażą i do szafy tupią, a później – jeb przez łeb.

Wpadłam na pomysł, jak się z nimi rozprawić, ale problem mam: czy głupotą jest pomysł ów zrealizować, czy głupotą jest pomysłu nie realizować i zostawić wszystko jakim jest. Oczywiście najlepiej byłoby gdyby to ktoś podjął za mnie decyzję, tylko jest z tym mały problem, są decyzje, które należy w życiu podejmować samodzielnie. To jedna z nich. Owszem, może ją ktoś za mnie podjąć, tylko może to się skończyć pretensją z gatunku „for ever, ever, ever”, a tak, na siebie, to się powściekam, powiem sobie kilka „uprzejmostek” i przeżyję. W końcu na siebie długo się gniewać i fochać nie będę. Jednak jest też tak, że moje chcenie zamknięcia spraw może rozbić się o ścianę losu. Znaczy o przeciwności losu, te na które nie mam wpływu, a które mnie lubią brać znienacka. Przyznam, że najczęściej „znienacka” spowodowane jest brakiem wystarczającej ilości informacji, zbyt dużym marginesem improwizacji, oraz, a właściwie to przede wszystkim, moimi tendencjami do popadania w histerię i ulegania emocjom. Tak więc mam nad czym myśleć, a czasu nie ma za wiele. Teoretycznie jest go bardzo dużo, ale ileż można? Ileż można się rozczulać nad własną głupotą lub nad własną głupotą strachu przed głupotami? Wiem, można długo, tylko co to daje? Raczej niewiele…

Poza tym – to kto znowu ZAPIEPRZYŁ SŁOŃCE?!!! No, kto? Przyznać się, bo nie ręczę za siebie!!! Potrzebuję słońca na nazbieranie różnych roślinek, a nie deszczu!!! Później już niech sobie napada, ale weekend poproszę choć trochę słońca!

Nie jednego rzecz jasna. Normalnie to są dni, że moje skrzynki (prywatna i służbowa), są nie do ogarnięcia, bo tyle spamu do nich trafia. Kosmos, i bywa, że przeoczyć coś istotnego można. Nie o tym jednak chciałam, gdyż ten problem większości z nas jest znany z autopsji. Nie ma więc się nad czym roztkliwiać.

No więc, tak, wiem, że od tego zwrotu nie rozpoczyna się zdania, ale kto mi zabroni? Niech próbuje szczęścia, ale czy efekty będą – gwarancji nie udzielam. Wracając do mejla jednak. Dostałam mejla od jednego z portali randkowych. Mało tego, dostałam owego emilka na adres służbowy. Znaczy się jak nic, ktoś sobie bazę uaktualnił i sprzedał, albo nie wiem, co, bo doprawdy, ze służbowym emilkiem to ja się po świecie i Internetach nie włóczę. Nie po drodze mi, ale co tam, skoro wpadł do skrzynki, to zobaczę co tam dają. W końcu wolna jak dzika świnia na łące w maju jestem obecnie. Wolno mi, a mieszkając na końcu świata, to może i nawet powinnam bliżej zapoznać się z tematem.

Patrzam i czytam. Promocję mają. Fajnie, jak się wygra to można sobie 2 dni na promie spędzić. Już się rozmarzyłam, już wiatr we włosach poczułam, niczym na Tytaniku i… halo… czytam dalej… jest do wygrania – miejsce w kabinie 4-OSOBOWEJ (słownie: czteroosobowej). Przepraszam, że jak? 4 osoby, obce, w jednej kabinie… raczej nie będą to cztery dziewczęta, ani też czterech chłopców. To za zajęcie 1 i 2 miejsca… więc jak to? Dalej bazy nie czaję. 4 łóżka, 2 osoby? Czy może jednak 4 osoby, po dwie na chłopca (1 i 2 miejsce męskie) i po dwie na dziewczynkę (1 i 2 miejsce dziewczynkowe).

No i jeszcze jedno – jak nie masz 20 lat, to z opiekunem musisz płynąć, tylko nie wiem, gdzie ten opiekun w tej czteroosobowej kabinie się ma zmieścić. W szafie może jakiejś? Pod koją? W łazience, ale tam raczej wanny nie ma… Czytam i czytam, i doczytałam jeszcze, że jak nie wygrasz to też możesz płynąć, za odpłatnością oczywiście. Na cenach się nie znam, ale zniżka jest na hasło.

No i tak sobie myślę, że doprawdy, to brzmi to bardziej, jak pływający dom publiczny… w mkońcu, na wodach międzynarodowych to nikt się nie będzie dopominał o wpływy, bo nie do końca będzie wiadomo kto podatek ma pobrać, za tę imprezę (ok. – niech będzie, że kraj organizatora)… tak sobie też myślę, że może się mylę w swojej małomiasteczkowości, a może się nie mylę.

No i jeszcze, tak sobie myślę też, że kto wie, może już nie długo, to będzie jedyny sposób dla osób bez papierka spisanego w majestacie księżego ołtarza… bo jak dalej będzie szło wszystko gdzie idzie, to może się okazać, że te co mają papierek cywilny to tak jakby ślubu nie miały, a te co całkiem papierka nie mają, to już zupełnie nie wiadomo co, i że tylko na statku… może ja paszport sobie sprawdzę, bo na statek mam daleko okropnie, ale kto wie, do granicy ościennej w sumie i na piechotę dojdę, więc muszę sprawdzić czy paszport mam ważny, bo kto wie co nas czeka, tu na końcu świata, a tak całkiem na sucho, albo gnać przed ołtarz… no nie wiem, nie wiem… więc może jednak zastanowię się nad sprawą. W końcu weekend idzie. Czas na myślenie będzie. Do morza od nas daleko i jak bym tak miała raz na 15 lat się tam wyrywać, i jeszcze z rejsem odpowiednim się zgrać w czasoprzestrzeni i jeszcze partnera przemycić, to doprawdy – wyzwanie logistyczne nie lada, a tak z obcym chłopem, to… cholera, kota w worku mam kupować? Nie no, wole własne sprawdzone, a jak coś, to w sumie… nie, z eksperymentów to ja jednak już jakiś czas temu wyrosłam. Jednak, tak patrząc na ceny rejsów, na ceny dojazdu do promu, i na inne koszta dodatkowe, to cholera, mam i wiem, i jest jedno rozwiązanie… wibrator… ba, w tej cenie, to nawet prawie mercedes wśród wibratorów mogę sobie do zakupu zaplanować, a i się taki nie przyzwyczai, obiadków chciał nie będzie, brudnych skarpetek nie będzie zostawiał gdzie popadnie, i gaci też nie, że o zawłaszczeniu pilota nie wspomnę, choć to akurat niewielki problem, bo telewizora akurat nie posiadam. Same korzyści… tylko poczekam jeszcze, aż opracują wersje z konwersacją i taką co do kina czasem zabierze, albo kwiaty przyniesie.

No i jedna reklama, a tyle przemyśleń. Stosunkowo udanego weekendu wszystkim życzę. :)

Życie prowadzi nas różnymi ścieżkami. Na różny sposób stara się nas zatrzymać i zmusić do refleksji. Pokazuje nam kim jesteśmy i jacy jesteśmy, i że decyzje podejmujemy sami z różnych możliwości. Czasem bywa jak otwarta księga, czasem jak sensacja, czasem jak tani romans, ale zawsze jest, aż do tego ostatniego dnia.

W miniony piątek, piąteczek, piątunio, prześladowały mnie samochody posiadające rejestrację z jednej z niedalekich miejscowości. Niby nic dziwnego i nic nadzwyczajnego, zawsze jakaś się trafi, a tu masz, nie jakaś się trafi tylko hurtem. Mało tego hurtem w kurcie – gdzie się człowiek nie odwrócił.  No i masz, wieczorem poznaję ludzi z tej miejscowości. Co więcej, znajomość się przenosi również na sobotę.

Wczoraj za to, w związku z mało atrakcyjnymi warunkami drogowymi, do Fabryki jechało się objazdem. Objazd prowadził w okolicach jednego budynku, w którym swego czasu sporo czasu spędzałam. Obecnie zaś, nie napiszę, że omijam, bo nie jest przy głównych szlakach komunikacyjnych, ale zwyczajnie – nie zapuszczam się w tamte rejony. Do kompletu zaś z miejscem widziałam jedno dziecię zagubione dwa razy w ciągu tego samego wczorajszego dnia, choć od wielu miesięcy nie mamy kontaktu. Tak, dziewczę jest związane z owym domem. Jedna rzecz to przypadek, druga ślepy traf, a trzecia to „zatrzymaj się i zastanów się babo – o co cholera chodzi!”.

Czy wiem o co chodzi? No jasne, że wiem. Znam siebie, znam życie i wiem co do mnie gada. Nawet jeśli akurat temu memu życiu za to nie płacą. Gada do mnie, żebym się dobrze zastanowiła, a zwłaszcza nad motywami własnych działań, bo chyba nie ma konieczności udowadniania sobie samej, że na chłodno umie się zrobić coś, czego nie potrafiło się kiedy emocje wzięły górę. Tak więc moje życie drwi sobie ze mnie niejako. Mówi mi: rozum, czy emocje – wybieraj maleńka, czego chcesz. I ty, i tu prawda jest względna i zależna od tego w co wierzyć chcesz, a w co nie – wybieraj maleńka. Nie daj się prosić. Więc wpadłam w gromki śmiech, o męskich imionach w moim życiu już kiedyś pisałam. Stąd ten śmiech. Pusty skądinąd. Żadnej nowości. G. zmienia się w P., P. zmienia się w G., ale zawsze jest to rycerz buław*… taki lajf widać, taki lajf, a Stefan nic na to i tylko siedzi i myśli, i się mu sama nie wiem co wydaje. Piwo i kawę obiecuje rok za rokiem, ech te chłopy, a obiecanki cacanki.

Mniej górnolotnie i bardziej życiowo. We wtorek był pogrzeb ojca mojej koleżanki, sąsiada właściwie. Mieszkali raptem kilka domów dalej od nas. Nie, nie wybrałam się na pogrzeb. To raczej jeden z tych co to sporządniał kiedy zdrowie mu zaczęło szwankować. Nie mój typ do żalu. Miał 70 lat. Miech mu ziemia lekką będzie.

* – odniesienie do relacji jaką określa ta karta tarota.

Czasem bywa taki dzień, że człowiek sobie uświadamia, iż nic nie jest już takie jak było. Dochodzi do niego takie poczucie, że to co było już się skończyło i czas iść dalej. Jest to uczucie niezależne od woli i chęci. Czasem, człowiek uświadamia sobie to „coś” z chwilą, gdy zorientuje się, że coś przeoczył. Coś co wcześniej było ważne i zawsze było w pamięci i na uwadze, i oto straciło swój status, i przeszło w jedną z wielu form zapomnienia lub pomijania. Właśnie wczoraj i trochę dzisiaj mam taki dzień.

Wczoraj uświadomiłam sobie, że jedna, znacząca skądinąd, data, przeszła bez emocji i wzruszeń, gdzieś na brzegu świadomości, że oto jest, oto mija, a ja się tym nie emocjonuję. No i proszę. Przeżyłam. Co więcej, brak emocji był jakby oczyszczającą świadomością, bo nagle nie było tego całego „nie mam prawa o tym myśleć, bo to nie moja data”. Owo „nie mam prawa” rozmyło się, znikło i po prostu nie muszę o tym myśleć, nie myślę o tym, nie napinam się. Jest milion innych rzeczy, o których mogę w tym czasie myśleć. Nie, nie zapomniałam, pamiętam. Zmieniła się jakość i ciężar myślenia.

Inny dzień, jaki czasem bywa, to miniony piątek, kiedy ktoś mi wziął i zajumał całą jedną godzinę pracy. Normalnie o 14 byłam przekonana święcie, że to już 15. Nafuczałam, namarudziłam i prawie nabluzgałam na ludzi bo dla mnie była już 15 i koniec dnia pracy. Prawie. Owszem, patrzyłam na zegarek, nawet na nie jeden, ale choć tam dumnie prężyła się godzina 14, ja uparcie widziałam 15. Dopiero dotarłszy na Włości i będąc przywitaną zaskoczeniem Młodego doznałam olśnienia, że oto właśnie, czasoprzestrzeń uległa zagięciu i mam „gratisową” godzinę.

Tak więc, ostatnio to ja mam czas dziwnych olśnień, zaginanej czasoprzestrzeni i strach się bać czego jeszcze, a może właśnie, czas na zmiany, bo tak jakoś mnie korci i nęci, tylko sama nie wiem co.

Dopiero się rozpoczął, a mnie się już nie podoba, i już mnie przygnębia. Nawet z pogodą u nas w kratkę, zupełnie jak z moim samopoczuciem. Co się pogodzę ze świadomością jednego stanu rzeczy, to się pojawia coś nowego i mną rzuca po ścianach, a bywa, że o glebę również. Nawet jeżeli wiem już wcześniej to, czy tamto, to jakoś w weekend docierały do mnie wszystkie te sprawy z nowa świadomością, z nową ostrością, z nową siłą.

Po pierwsze, chyba najtrudniejsze do pogodzenia się, to nie mam już dziecka w domu. Spokojnie, Młody się nie zdematerializował. Po po prostu do mnie dotarło, że jest młodym, niezależnym mężczyzną. Zaradnym, samodzielnym, z zasadami, mającym własne życie. Kiedy to się wszystko stało? Nie wiem.  Ogólnie, to żadne halo, coś normalnego, zwyczajna kolej rzeczy, nie wiem tylko, czy to tak z tej strony u wszystkich Mam wygląda, czy tylko ja tak ciężko się godzę z tą świadomością. Młody sobie jeszcze tego swojego dorosłego bycia zdaje nie uświadamia, jeszcze jest jedną nóżką w jednym kawałku swojego życia, a drugą już w kolejnym. Fajnie mi się udał, tylko czy dobrze go przygotowałam do tego dorosłego świata? Mam co do tego mieszane uczucia. Da sobie radę, ale pewnie nie raz po dupie dostanie. Jak się ma matkę idealistkę, to trzeba mieć twardy tyłek.

Po drugie, to – macie w życiu jakąś pasję? Coś, co jest dla was ważne, co determinuje wasz czas i działanie? Nie, że jest zainteresowaniem, ale właśnie pasją. Tym czymś, czemu poświęcicie bardzo, bardzo dużo i co daje wam tę jedną chwilę, w której czujecie, że było warto? Cóż, ja nie mam. Mnóstwo rzeczy mnie interesuje, przyciąga, wiele z nich zostaje ze mną na dłużej, poznajemy się bliżej, ale nie ma nic takiego, co sprawiłoby abym sama, z własnej woli, zrezygnowała z własnej wygody, nawet posiadając świadomość, że przecież przyjdzie ta chwila poczucia spełnienia, przyjemności, satysfakcji, radości. Młody ma pasję. Coś, czemu myślę, że poświęci wiele i do czego będzie dążył. Więc miałam możliwość porównania tego mojego „nie mieć” i  tego jego „MIEĆ”. Cóż, nie będzie wielkim odkryciem, że „nie mieć” jest mało atrakcyjne, chociaż wygodne, zachowawcze i niewymagające zaangażowania.

Po trzecie, właśnie w kwestii zaangażowania, to czuję jak coraz bardziej się izoluję od ludzi, od świata, od otoczenia. Przez jakiś czas starłam się z tym walczyć, a teraz, nie czuję takiej potrzeby. Już nie.

Dobra, a teraz coś miłego dla oka. Może nie dla każdego, ale dla mojego, oraz… niewątpliwie dla Młodego. W końcu cały weekend spędził gdzieś między halą, lotniskiem, a plenerami baloniarskich startów, lądowań i konkurencji. Zdjęcia w tym roku kiepskie, bo z komórki, a do tego, bez samochodu, to jednak już nie to samo… bo przecież wszystko zaczęło się od „łapania” balonów gdy Młody był jeszcze całkiem niewielki… dobrze ponad 10 lat temu…

porankiem we mgle

wieczorny pokaz na lotnisku


  • RSS