demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: prezenty

* * *

22

Młody dziś ma 21 urodziny. Kiedy ten czas minął, tego nie wiem. Teraz to już wszystko się zdarzyć może. Niech się mu układa i niech spełniają się jego marzenia, te duże i te małe. Zwłaszcza, że jego marzenia są realne i zupełnie realne do realizacji, choć nadal mu wiatr w oczy czasem wieje w tej kwestii (zwyczajnie jakoś ma problem z tym by zostać operatorem koparko-ładowarki, a to marzenie ma od dzieciństwa, ma nawet uprawnienia, ale to wszystko to jak widać nie dość – więc niech kiedyś będzie go stać by kupić samemu sobie tą koparkę, choćby po to by stała i zagracała ogródek, ale by mógł sobie w niej posiedzieć i pojeździć gdy będzie taka potrzeba).

Właśnie dziś, zaraz po złożeniu syneczkowi życzeń, drogą kupna internetowego, nabyłam sobie lodówkę. W końcu. Czas był po temu najwyższy. Tak więc, po długim weekendzie będę mogła upajać się jej widokiem i działaniem. Czyli spokojnie, będę mogła sobie wepchnąć do niej kilka różnych smakołyków, które zdecydowanie lepiej czują się w lodówce niż bez. Miał być Bosch, jest Whirlpoole. 200 PLNów różnicy w cenie, akurat będzie do dołożenia za naprawę pralki. Szczerze, to wolałabym wyjechać na wczasy, ale to może w przyszłym roku… a tymczasem, niepostrzeżenie i zupełnie bez mojej zgody.

o tym i o tamtym

31

Tak sobie załatwiłam to ucho, że mam w nim ranę, a do tego łykam sobie kolejny antybiotyk. Po wielu latach bez antybiotyków, mam wrażenie, że ostatnio stają się one podstawa mojej diety codziennej. Zupełnie mi się to nie podoba, ale skoro inne środki oraz rozum zawodzą, to czasem trzeba. Mniemam, że to ostatni raz na długi czas, a najlepiej na zawsze.

Tym czasem ktoś się nie bał i zajumał upały. Normalnie, to ja się tak nie bawię. Zupełnie mi to nie odpowiada. Zdecydowanie, o tej porze roku, preferuję temperatury wysoko na plusie, no i nawet te 30 z hakiem mnie nie przeraża. Proszę o więcej, gdyż jeszcze kilka kiecek zostało mi w szafie do sprawdzenia, czy się w nie w ogóle jeszcze mieszczę, a jeśli tak – to przydałoby się je chociaż ten jeden raz w roku przewietrzyć.

Z rzeczy innych, to nie tylko z uchem, które nadal mnie jeszcze pobolewa, mam problemy. W sobotę postanowiłam się uszkodzić. Zupełnie bez planowo, całkiem z zaskoczenia nawet dla samej siebie, oraz zupełnie skutecznie. Otóż, mnie się nie daje do ręki sekatora, bo może się to różnie skończyć. Tym razem tylko wycięłam sobie niewielką, choć głęboką dziurę w ręce. Żeby było ciekawiej, zaraz obok ścięgien i żył. Młody już chciał wieźć matkę na szpital, żeby matce zaaplikowali zastrzyk przeciw tężcowi, ale ostudziłam jego zapędy. Mam szczepienie tego rodzaju bardzo aktualne i cały czas na bieżąco odnawialne, a do tego obecnie łykane prochy też mają szerokie działanie wiec… rana goi się szybko i bez komplikacyjnie, kto wie, może nawet blizna nie zostanie. Na to jest sposób – tkanki świeżo nacięte należy ściągnąć opatrunkiem tak, aby były jak najbardziej pierwotnie ułożone. Mocno, acz bez przesady. Zostawiamy w spokoju, bez wtykania patyczków nasączonych odkażającymi środkami, ogólnie to pamiętamy, że do środka rany to nic wtykać nie należy… zazwyczaj takim wtykaniem to się rany bardziej brudzi.

Z innych ciekawostek, to nic się nie dzieje, a nawet jeśli coś się dzieje i wpływa na milion myśli, które galopują mi po mózgu niczym stado mustangów, to i tak nawet jeśli chciałabym coś z nich zapisać tutaj, to zazwyczaj albo nie mam kiedy, albo nie mam jak, bo daleko od internetów jestem, albo nie mam jak, bo jest standardowy problem z logowaniem.

Tymczasem zastanawiam się nad tortem. Młody życzy sobie bezowy, ale krążki bezowe raz, że drogie jak diabli, to jeszcze małe i gumowate. Gdyby nie ta ich gumowatość, jeszcze bym kosmiczną cenę zdzierżyła, ale za gumowatość bezy? nie raczej nie jestem w stanie się zmusić. Pewnie skończy się na biszkoptowym z masą budyniowo – chałwową, gdyż osobiście mam jazdę na chałwę. No i jeszcze się go pytam co pić będziemy na weekendzie, a on mi na to, żebym piccolo kupiła. Tyle alkoholi wszelkich różnych się w domu nagromadziło, a on pikolo. Znaczy musiał ostatnio gdzieś z kolegami zabalować, albo balangę ma zaplanowaną, a już się nauczył, że co za dużo to i świnia nie zeżre.

No i zakisiłam sobie ogórki na niby małosolne, tyle, że dorzuciłam, bo w słoju miejsce było, jeszcze kawałki papryki. Zobaczymy co z tego wyjdzie. W słoju wygląda apetycznie, a w praktyce to się okaże. Jakby co to mam wizję sałatki kalafiorowej z kwaszoną papryką (możliwe, że z dodatkiem żurawiny suszonej) w sosie czosnkowo-jogurtowym, bo mam fazę na czosnek. pali mi całą jamę ustną i gardło, i szczypie w uszach – znaczy się organizm go potrzebuje, a reszta rodziny będzie musiała znosić moje smaki. W końcu raz w roku mogą się poświęcić.

Tymczasem jednak muszę jeszcze zapolować na prezent dla A. i na jakiś dodatek do prezentu dla Młodego (główny prezent już dostał, teraz tylko jakaś słodycz na dokładkę). Natomiast na prezent dla A. wizji nie mam żadnej. Za to sobie prezent wczoraj zrobiłam, tyle, że to tylko na po 22.00. Miał być statyw do aparatu i filtr szary pełny oraz połówkowy, ale co tam, wszystko w swoim czasie. Zbereźnikom tylko nadmienię, że nie jest to wibrator, gdyż z wibratorów to ja jednak preferuję te naturalne, zwłaszcza, że na większość materiałów nienaturalnych mam uczulenie… starczy, że z podpaskami co miesiąc się męczę z chemią. Więc cóż, mój prezent jest nieuczulający. Taką mam przynajmniej nadzieję.

Nie mam pomysłu na tytuł, ani na wiele innych spraw. Znaczy się trochę mi nie po drodze ostatnio ze wszystkim i nieco w poprzek z jeszcze bardziej wszystkim. Normalka o tej porze roku. Koniec lipca i początek sierpnia to zawsze czas, który najchętniej pominęłabym w kalendarzu. Wywaliła bym kalendarz i wróciła po gorącym lipcu, gdzieś początkiem kolorowego października. Męczy mnie ten czas. Sierpień to dal mnie takie lato-nie-lato.

Wczoraj A. zapytała, czy mam jakieś życzenia w związku z tym jaka data się zbliża, bo ona sobie życzy ode mnie, w związku z tą samą przypadłością, która to jednak jeden dzień później się dziać będzie, ale jednak, prawie razem, pęczek wrotyczu. Spoko. Żaden problem. Rośnie tego wszędzie na pęczki. Mogę jej zatargać całe naręcze nawet, co tam jeden pęczek. Przecież nie będę jej go żałowała. Kwestia w kokardzie, którą to zwiążę, ale w tej materii też coś wymyślę. Do tego jeśli uda mi się motek zielonej włóczki gdzieś na dniach przygarnąć, to mam wizję co z nim zrobić, i już wszystko będzie na git. Tylko problem z pytaniem A. jest jeden… co ja chciałabym dostać? Nie wiem. Nie mam pojęcia. Prezentów praktycznie nigdy nie dostawałam i nie dostaję. Rzadko kiedy życzenia się trafią. Także ten, no nie wiem.

Za to sama siebie „rozpieszczam”.

Kupiłam sobie maszynę do szycia. Nic to, że nie umiem szyć na maszynie. Kupiłam ją po to, aby się nauczyć. To jest plan na nadchodzący rok. Nauczyć się szycia. To nie lada wyzwanie. Na tę chwilę jednak ciągle wyzwanie, a nie rozpoczęta procedura. Maszyna dumnie z opakowania wyjęta stoi na ławie i patrzy na mnie przez cały weekend. Czeka. Muszę kupić jakieś nicie do niej, bo nie mam w domu żadnych zdatnych.

Kupiłam sobie też apaszkę różową w drobne białe gwiazdeczki wraz z „widełkami” do ogrodowymi, które są w różowe kwiatuszki. W owadzie, na wyprzedaży były. Wiem, że Wersal raczej nie dysponuje ogrodem, ale coś mi mówi, że nie Wersal nie jest moim ostatnim w życiu miejscem. Co mi o tym mówi? Irracjonalne zakupy. Nim przyszedł pomysł i czyn zakupu Wersalu, ja już miałam kilka drobiazgów zakupionych, które pasują do niego, a na Włościach nie były zdatne do niczego, lub były nadmiarem nadmiaru…

Co chciałabym dostać? Nie wiem. Nie mam pojęcia. Może właśnie dlatego nigdy nie dostaję prezentów… skoro sama nie wiem, co chciałabym dostać, to skąd u licha inni mają to wiedzieć? Przecież to ja jestem od dawania prezentów… ale go otrzymać? To tak jakoś głupio by było. To tak samo jak gdyby jakiś facet wręczył by mi kwiaty – też byłoby mi dziwnie. Dlaczego? Gdyż kwiaty to ja dostałam od szefa na imieniny (jak każdy – rotacyjnie: wiecheć za ciastko) oraz na pożegnanie od byłego kierownika w byłej robocie… z której odchodziłam sama, na własne żądanie, ale tamten kierownik to jakiś mało rozgarnięty był… no chyba, że tamten kwiatek był bo tak się chłop cieszył, że w końcu nikt nie będzie mu truł nad głową i wytykał błędów i niedouctwa oraz ignorancji postępującej… Były ślubny… chyba raz, komuś z ogródka wyrwał po pijaku wiecheć i przytargał. Był jeszcze jeden bukiecik niewielki od T. dawno temu. Wdzięczność i pamięć wyrażona kwiatkiem, którą łatwo pamiętać i cenić. Wreszcie róża sprzed 2,5 roku. To chyba ten kwiatek, o który jednak w moim życiu było za dużo… więc co chciałabym dostać – wielki bukiet kwiatów, i tak – sama sobie go uzbieram, a później, rozdzielę na kilka flakonów i słoik po ogórkach, aż cały Wersal będzie pachniał tym latem, które staram się zapomnieć.

… i może lepiej niech zostanie tak jak jest, bo do dobrego człowiek się przyzwyczaja, więc i ja mogłabym się przyzwyczaić do prezentów, a gdyby już wróciła szara bez prezentowa rzeczywistość, to dopiero bym miała nietęgą minę… tylko po co? Za stara jestem na szarganie siebie niepotrzebnymi i bzdetnymi emocjami…

niedoczas permanentny

17

Ogólnie to podobno święta były i to w takim układzie, że podobno dużo wolnego było. Ja tam nie wiem. Nie znam się. Po średnio 14 – 15 godzinach za kierownicą, jest mi obojętne wszystko dookoła poza możliwością snu… zwłaszcza, gdy okazuje się nagle, ze tego snu jest też tyle co kot napłakał, czyli jakieś 5 góra sześć godzin. Czyli całe nic. Zwłaszcza dla kogoś, dla kogo nie było nigdy problemem przesypiać po 9 i więcej godzin na dobę. Nie oszukujmy się, do niedawna 9 godzin snu to było minimum.

Jako, że w przyrodzie nie ma tego złego, co na dobre nie wychodzi, to przeczytałam gdzieś, że np. niedoborem snu leczy się lekkie przypadki depresji. Oczywiście same deficyty snu nie są mocno terapeutyczne i stanowią jedynie element terapii, ale co mi tam, na psychiatrę i innego znachora tego typu i tak szkoda mi kasy. Wole sobie kupić nową parę butów, albo trzy pary.

Tak, nie wolno mieć zbyt wiele wolnego, bo człowiekowi głupota się do głowy dobiera. Tak. Kupiłam sobie 3 pary butów. To nie ściema jest. Mało tego, wydałam na nie raptem 50 PLNów. Tak, na wszystkie 3 pary. a właściwie to 30 PLNów na 2 pary, bo tę trzecią to dostałam i nie wiem, czy mam za nią Rodzicielce pieniądzory wracać, czy mam jako prezent pod choinkowy ją traktować jeszcze. Pozostałe 2 pary, to… jaka płaca, taka praca, oraz jaka płaca taki wygląd… to rzecz jasna tyczy się pracy tej gdzie mam zabójczą stawkę godzinową… oraz szefostwo zdziwione, że chętni do pracy nie wala drzwiami i oknami… tia, może czas na jakieś negocjacje? Komfort możliwości odwrócenia się na pięcie i pójścia w swoją stronę, daje człowiekowi całkiem sporo pewności siebie.

Z innych inszości to jestem w deficycie czasu w związku z rozlicznymi zajęciami i też w związku z pracą jaka muszę do szkoły napisać. Niby to tylko około stron 30, ale samo się napisać nie chce. Jak bardzo jestem w niedoczasie, to nadmienię, że prezent pod-choinkowy jaki sobie na allegro sprawiłam odebrałam dopiero po wigilii, czyli w sobotni poranek, choć na poczcie był już przed świętami. nie chciał tylko sam do mnie przyjść i czekał cierpliwie na odbiór. Ot urok tego, że w Wersalu bywam w godzinach zupełnie nieurzędowych dla donosicieli pocztowych. A jak bardzo w niedoczasie jestem, to świadczy o tym to, że prezent ów nadal leży na tylnym siedzeniu Ferdynanda, bo poza otwarciem paczki po odbiorze i sprawdzeniu czy książka i dodatki są zgodne z opisem aukcji i nieuszkodzone… nie miałam czasu się nim nacieszyć. Dziś czasu też mieć nie będę, więc jak dobrze pójdzie, to… albo nacieszę się nim około 1 – 2 w nocy (po powrocie z kołchozu), albo jutro (po powrocie z pracy, skoro jutro od kołchozu wolne mam).*

No i czy u was tez tak zimno jest i to białe coś leci z nieba? Bo u mnie i zimno, i ślisko, i leci z nieba białe coś… i wszystko byłoby prawie dobrze, gdyby nie to, że w kołchozie jeżdżę autem które ma kiepskie ogrzewanie (ma je z nazwy), oraz niesprawny spryskiwacz na przednią szybę… tia… że o oponach dziwnych nie wspomnę, bo obstawiam, że są to w najlepszym układzie nieco zajeżdżone wielosezonówki…

* – filmu ulubionego, który mam w planach od kilku miesięcy obejrzeć po raz kolejny… też nie obejrzałam, bo brakło mi w te święta czasu… a w Sylwestra też najprawdopodobniej pracuję…

tak sobie dumam…

7

…że znowu się w metryce własnej zaplątałam i znowu gadam prawie 2 lata mniej niż mam. Na tej zasadzie to ja 21 lat miałam do 27 roku życia, więc zastanawiam się na jak długo obecne – nie obecne, a minione – 35 mi starczy. Swoje 35 dziś Mazia kończyła. Pożarłyśmy na to konto górę kalorii w ciastkach tortowych. Nie powiem, smaczne były.

Tydzień temu Ludź swoje. Prezent jeszcze w samochodzie się wozi i cóż, jakoś nie wiem – dawać, nie dawać? Jakieś to wszystko, takie jakieś. Dziwne. Chwilami mam wrażenie jakby nie chciał abym cokolwiek mu dała. Mniejsza o to.

No więc po godzinnej, sprinterskiej siłce, bo jednak te ciastka tortowe uwierały nieco, to teraz wybieram się na może jakieś piwko, albo coś. Przecież nie można tak całkiem przesadzać ze zdrowym życiem. Trzeba mieć z niego jakieś drobne przyjemnostki. Jak nie, jak tak.

Mazi i Ludziowy, ku pamięci – Wszelkiego dobrego.

P.S. – a sobie życzę cierpliwości do Was ;)


  • RSS