demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: pralka

* * *

22

Młody dziś ma 21 urodziny. Kiedy ten czas minął, tego nie wiem. Teraz to już wszystko się zdarzyć może. Niech się mu układa i niech spełniają się jego marzenia, te duże i te małe. Zwłaszcza, że jego marzenia są realne i zupełnie realne do realizacji, choć nadal mu wiatr w oczy czasem wieje w tej kwestii (zwyczajnie jakoś ma problem z tym by zostać operatorem koparko-ładowarki, a to marzenie ma od dzieciństwa, ma nawet uprawnienia, ale to wszystko to jak widać nie dość – więc niech kiedyś będzie go stać by kupić samemu sobie tą koparkę, choćby po to by stała i zagracała ogródek, ale by mógł sobie w niej posiedzieć i pojeździć gdy będzie taka potrzeba).

Właśnie dziś, zaraz po złożeniu syneczkowi życzeń, drogą kupna internetowego, nabyłam sobie lodówkę. W końcu. Czas był po temu najwyższy. Tak więc, po długim weekendzie będę mogła upajać się jej widokiem i działaniem. Czyli spokojnie, będę mogła sobie wepchnąć do niej kilka różnych smakołyków, które zdecydowanie lepiej czują się w lodówce niż bez. Miał być Bosch, jest Whirlpoole. 200 PLNów różnicy w cenie, akurat będzie do dołożenia za naprawę pralki. Szczerze, to wolałabym wyjechać na wczasy, ale to może w przyszłym roku… a tymczasem, niepostrzeżenie i zupełnie bez mojej zgody.

jak nie urok, to…

4

Na Włościach pralka wzięła i się zbuntowała. Jej bunt to jakieś 300 PLNów. Tyle jeszcze mogę w nią zainwestować, gdyż jednak bywa przydatna, ale pan majster najwcześniej może przybyć w… poniedziałek. Chyba sobie chłopina w kalendarz nie popatrzył i nie zwrócił uwagi, że wtorek ma mieć wolny, to pewnie w poniedziałek możnaby poszaleć urlopowo jeszcze. Mniejsza z większym, mnie to odpowiada, bo akurat rosnąca sterta brudnego prania nie jest moim ulubionym łazienkowym widokiem. Pewnie skończy się tym, że gdzieś w między czasie, wcisnę jakieś swoje pranie do kosmicznego cuda techniki, które jest własnością Matki Rodzicielki, bo przecież do Wersalu targała tego nie będę. Co w sumie jest dziwne, skoro z Wersalu na Włości pranie jednak targałam… tak więc rozrywka praklowa w ramach bonusu na długi weekend.

Wczoraj za to miałam wizje czystego okna w kuchni. No i mam czyste okno. Mam też kilka świeżych, zupełnie nowych siniaków. Kto to widział takie duże okno wsadzać do tak małej kuchni, to doprawdy, człowiek ów miał fantazję, albo silne upojenie alkoholowe. W tamtych czasach zaiste, to drugie, było pewniejsze od tego pierwszego. Fantazja była mocno nie w cenie, a alkohol był wszędzie i w strumieniach się lał. W każdym bądź razie mam w końcu czyste okno kuchenne (już miałam wyrzuty sumienia, bo co zaglądnęłam do Rudej Jędzy, to ona pisała, że myje okna, już kolejny i kolejny raz, a ja… swojego jakby nie…)

Klu programu w dniu wczorajszym to jednak doręczyciel. Dokładniej kurier. Normalnie zostawił moja niewyględną przesyłkę u sąsiadki!!! Oczywiście nie zadzwonił, że jedzie, i że będzie o jakiejkolwiek godzinie. Po prostu podjechał pod Wersal i… zostawił u sąsiadki. Malo tego, kiedy po upływie wskazanego w małpiej wiadomości czasu usiłowałam się do dziada dodzwonić, to był poza zasięgiem. Udało mi się dodzwonić dopiero po 16, a przesyłka widniała jako doręczona o 13 z minutami. Nie, on się nie bawił w dzwonienie, no bo ja podobno byłam poza zasięgiem. Cóż, normalnie akurat wczoraj mi się telefon urywał dosłownie i co chwilę ktoś dzwonił, a on jeden biedula się nie mógł dodzwonić. Oczywiście, że nie dzwonił, tylko zostawił u sąsiadki. To kolejny numer tego kuriera (a przynajmniej kuriera z tej samej firmy kurierskiej o tym samym imieniu i na tym samym terenie). Gdyż miałam już z nim przejścia. Zastanawiam się, czy nie napisać kilka słów do firmy, a na przyszłość, przed dokonaniem zakupów internetowych, będę dopytywać o opcje inne niż kurierzy DPD. Z innymi jakoś nie ma aż tyle problemu, a temu zawsze pod górkę.

Nawet nie chcę myśleć co by było gdyby przesyłka się uszkodziła i sąsiadka ją mogła podziwiać w pełnej okazałości. Nadmienię tylko, że sąsiadka jest w wieku mojej Matki Rodzicielki, i chociaż nie jest moherem (od wielu lat żyje na kocia łapę ze swoim własnym byłym mężem, z którym się rozwiodła), to jednak niekoniecznie chciałabym aby podziwiała zawartość mojej przesyłki.

dylematy Pani domu…

11

Rany to już trzynasta, a ja nie wiem w co ręce włożyć. Pewnie pod „pachi” przynajmniej mi paluszki nie zmarzną.

Poważniej, to zaraz nie będzie miało mi co marznąć, gdyż sobie je rozpuszczę, te paluszki, w wodzie, w ramach pińcetfyfnastego mysia wszystkiego po kolei, co do mycia się nadaje i tego co niekoniecznie się nadaje to też.

Pomiędzy tymi myciami i sprzątaniem to chadzam do pracy, a skoro chadzam, to nad śniadaniem się obijam. Obijając się to patrzał na pralki, bo tak sobie myślę, że po prostu znudziło mi się wożenie bambetli we dwie strony świata. Remonty pokończone, to czas powoli i meblunek inwestować. Bardzo powoli. Jednak, ta pralka mi spokoju nie daje. Nie żebym zaraz po nocach nie spała albo co. Zwyczajnie, jak patrzę na moją torbeczkę po trzyletnim użytkowaniu, to mam jej dosyć. Wszelkie pakowania mi przez to obrzydły i ruszać w świat mi się nie chce. Mam za to niewątpliwie pakowanie strategiczne opanowane do perfekcji. Nie oznacza to, że umiem zapakować tylko potrzebne rzeczy. Jestem kobietą, potrzebuję trochę luksusu i kilka drobiazgów do wyboru… pogoda się może zmienić przecież, mój nastrój może się zmienić, okoliczność przyrody też mogą się zmienić! Wszystko się może zmienić i na to wszystko, jak przystaje na kobietę, muszę być gotowa.

Wracając jednak do sedna. Czyli do pralki. To ilość miejsca jaką mogę naprawkę zagospodarować bardzo współgra z moim budżetem. Zastanawiam się nad Beko i nad Candy. Darować sobie można pouczenia, że to szajs jest, gdyż obecnie wszystko jest szajs, a do tego Candy mam i sobie chwalę. Wytrzymuje sporo. Producent byłby doprawdy zaskoczony. Ja też bywam. Owszem, poczęstowała mnie wodą wyplutą na łazienkę ze dwa razy, ale to już moja wina jest, gdyż czasem wypadałoby jej odpływ przeczyścić lub filtr oraz nie wcinać w gumę sznurków od kaptura bluzy Młodego… zdecydowanie lepiej byśmy się zapewne dogadywały, gdybym jej takich numerów nie robiła. Jej zaletą jest jej rozmiar. Wetknę ją w dziurę i o rury nie zawadzać nie będzie. To jest coś. Przy jej głębokości uda mi się też otworzyć drzwiczki od szafki z umywalki lub od pralki bez zdolności człowieka gumy. Beko są nieco głębsze, ale zniosę to i ja, i łazienka. Ilość zużywanej wody i energii w wybranych modelach zbliżona, różnica w cenie 150 PLNów. Czas trwania cyklu standardowego (bawełna 60 stopni) między 160 – 175 min., więc też żaden szał rozrzutności.

Decyzja rozbija się pomiędzy 4 modelami o zbliżonych parametrach i całkiem zbliżonej cenie. Normalnie chyba musze jakiś system losowania opracować, bo z decyzją ciężko jest… w sumie… to gdybym mogła je dotknąć i pomacać, w bęben im pozaglądać byłoby prościej, niestety w tej mojej wsi to nie przywożą „połówek” pralek… tylko pod zamówienie… a ja się zastanawiam, czy reszta ludzi na moim osiedlu to robi pranie, czy tylko wietrzy wszystko na balkonie. No pomijając moich sąsiadów, bo wirowanie w ich łazienkach słychać jednak u mnie. Tylko co oni za pralki tam powtykali, skoro kurcze wszystkie łazienki są u nas rozmiarów mini i standardowe 50cm+ jest aranżacyjnym wyzwaniem, choćby już na poziomie futryny w drzwiach…

tydzień na dziko

10

Marzy mi się spokojne popołudnie, albo wieczór – choć jedno. Zważywszy na pogodę może być nawet przy kominku. Koniecznie z lampką dobrego wina oraz dobrym towarzystwem, albo przynajmniej z jednym lub drugim.

Ciężko obecnie mówić o dobrej koniunkturze, a tej mniej dobrej mam za to w nadmiarze. Nie chce mi się o tym nawet pisać. Mało tego, dziś jeszcze to nawet pisać nie będę, bo nie będę, może jutro po południu. Jak więcej rzeczy się wyklaruje, albo jeszcze bardziej skomplikuje. Ogólnie, to czas na przełom. Kumulacje uważam za wyczerpaną i czas na odwyrtkę – czyli dobre czas przyjąć.

Napiszę tylko, że piątkowe Ferdynanda przejścia oponiarskie to nic nadzwyczajnego w odniesieniu do reszty zdarzeń. Niczym szczególnym nie jest również przedwczorajszy potop łazienkowy. Tak, szlam i kamień zapchały mi pralkę, która się zbuntowała i… wylała swoje żale na środek łazienki dwoma wiadrami wody.

Cóż, opony wiedziałam jakie mam, i nie jest to złośliwość losu, że mi się odoponiła jedna. Wytrzymała i tak nadspodziewanie długo. Dlatego też nie robię tragedii z tego stanu, zwłaszcza, że historia zakończyła się pomyślnie i … już przygarnęłam dwie letnie stare – nowe.

Pralka, hm… jakbym umiała sobie przypomnieć kiedy po raz ostatni czyściłam ją z tego paskudnego szlamu, to może i mogłabym mieć do siebie pretensje, ale skoro nie pamiętam – było to dawno, a nawet bardzo dawno temu. Szlam ów w naszym domu już nie jednej pralce skrócił żywot, więc, też nie jest to złośliwość losu tylko bolesne przypomnienie o tym, jak ostatnio mocno żyłam na wariackich papierach eksploatując nadmiernie własne zdrowie i żywotność mojego otoczenia – jak widać również tego teoretycznie nieożywionego.

Nadrobiłam też zaległości wywiadówkowe Młodego. Cóż, jak dalej tak pójdzie, to skończy się na wykształceniu gimnazjalnym, czyli, że edukacja zakończy się ostatnim świadectwem po gimnazjum, bo… jest pełnoletni, a dyrekcja szkoły nie ma obowiązku trzymać takiego lenia w swoich murach. Szczerze, brakło mi weny i inwencji do tłumaczenia osiołowi mojemu, że osiołem jest (żeby osłów nie obrażać). Ma dokładnie jedną jedyną i ostatnią szansę, ale niewiele robi aby ją wykorzystać. Jego życie. Koniec i kropka. Odpuszczam, bo ani uczyć się, ani żyć za niego nie dam rady i nie jestem w stanie. Albo w czerwcu przyniesie promocje do następnej klasy, albo… ma mi przynieść umowę o pracę. Koniec. Niech robi co chce, ale na mój koszt robienie „nic” nie wchodzi w grę.

Tak, cóż, doszłam do siebie już chyba prawie, po ostatnich miesiącach emocjonalnego zjazdu. Jeszcze nie jest idealnie, ale panowanie nad sobą idzie mi nad wyraz dobrze. Zmierzam w stronę zimnej suki i zaczyna mi być z tym dobrze.


  • RSS