demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: praca

trudny tydzień

14

Jeszcze raz dziękuję za życzenia, w imieniu Młodego oraz własnym. Dla tych co sporadycznie bywają, lub od niedawna, to tak – mamy z Młodym w tym samym dniu swoje święto. To taki mój prezent urodzinowy był (nie śpieszyło się mu i specjalnie na moją cześć tydzień dłużej w brzuchu siedział, choć zdaje się nie było mu tam nazbyt wygodnie, gdyż miał 59 cm długości i 3990 g ważył (co jak widać jest blisko 4 kg chłopa).  Zapewne też w prezencie urodził się szybko, choć efektownie. Na szczęście od pierwszych chwil zdradzał słabość do snu i jedzenia, przez co już tego pierwszego dnia, dogadaliśmy się. Przecież byłby to obciach na całą porodówkę robić oborę matce w dniu jej urodzin darciem paszczy. Po 21 latach nadal jest prosty w obsłudze: nakarmić i wysłać pod kołdrę i spokój jest święty.

Minusem jest to, że pieczenie dwu tortów jednocześnie, jest czasochłonne, zwłaszcza gdy galaretka do owoców i bita śmietana do musu czekoladowego odmawiają współpracy. Niestety efekty były mało wizualne więc będzie bez prezentacji, natomiast smakowo… cóż, od niedzieli licząc do dziś… nie zostało nawet wspomnienie.

Co do trudnego tygodnia, to cóż, chytrość mnie kiedyś zgubi. Przez te 3 dni „siedzę” na 3 stołkach. W nagrodę dziś wcinam paczkę orzeszków ziemnych, na które mam embargo. Oczywiście w pracy dziś nie było czasu zjeść przyzwoitego śniadania, więc… mam nieprzyzwoity deser (orzeszki). Nie mniej jednak, jutro nad tym należy zapanować, gdyż zwyczajnie, mój żołądek, dzisiejszy niedobór dopołudniowy zieleniny skwitował buntem. Oprotestowane zostało pieczywo, które od jakiegoś czasu, jest prawie wyeliminowane, a dziś… buła z jogurtem… nie tędy droga.  Jeszcze dwa dni, a od poniedziałku oddam jeden stołek jego właścicielce prawowitej.  Trzymajcie kciuki żeby nie było niespodzianek.

Właśnie też dziś dotarł mój główny prezent. Lodówka. Sama sobie ją sprawiłam. Jest wielka. Chyba przesadziłam. Trudno, teraz już muszę to jakoś znieść. Tym nie mniej oddalę się w kierunku kuchni, celem ogarnięcia lodówki. Panowie, którzy ją wnosili, byli bardzo szczęśliwi, że to parter oraz poradzili aby wyszorować ją wodą z octem. Tak więc idę poniuchać trochę octu.

Niby nic wielkiego. Raptem kilka stron wydruku do poprawki. Żadnego wymyślania, żadnego kombinowania. Szlifowanie. Tu przenieść, tam wyrzucić, tu dwa zdania dopracować. Bułka z masłem. Pół godziny, no może godzina roboty. Godzinę to już siedzę i się w to patrzę jak sroka w kość. Siedzę, patrzę i wymyślam sobie zajęcia zastępcze. Ma to też swoje dobre strony, gdyż milion drobiazgów wymagających uporządkowania, nagle trafia na swoje miejsce. Czyli dzieje się coś, na co brakowało czasu zazwyczaj i nie było pilne. Nadal też pilne nie jest, ale za to jest mniej upierdliwe i wymaga mniej inwencji niż te kilka stron z poprawkami do naniesienia.

Gdybym miała czarodziejską różdżkę to machnęłaby nią w jakiejś magicznej konfiguracji powietrznych esów floresów i sprawa byłaby załatwiona, a tak, to siedzę i patrzam, patrzam i siedzę, a poprawki w żaden sposób się nie chcą same zrobić. Żadne zaklęcia biurowe, ani żadne wizualizacje i inne cuda i dziwy tego stanu nie chcą zmienić. Normalnie to leżą te kartki i leżą i łypią na mnie czerwonymi literkami w miejscach do korekty i poprawek, i łypią. Chyba jej w końcu obrobię, bo coś mi się cierpliwość do tego ich łypania kończy, a i rzeczy mniejsze, zastępcze też jakoś się znacząco uszczupliły i możliwy jest ich brak lada chwila, i nie zostanie mi już nic innego do zrobienia, po za tymi kilkoma stronami, do których za grosz nie mam zacięcia.

UPDATE 14.20

Jak ja to czułam całą sobą, że to ani szybko, ani łatwo nie pójdzie… chciej człowiecze zmienić jedno zdanie i wpadnij na pomysł żeby p[oczytać jak się to ma do zapisu wypocin warszawki… pacza człowiek, a tu zmiana na koniec 2016 i pół roboty apiat – od nowa, bo co było to do kosza…

dochodze do siebie

8

Takiego bólu łydek, to dawno nie pamiętam. Obstawiałam na pośladki, ale jednak to łydki dały mi najbardziej popalić. W sam raz mi przejdzie przed nadchodzącym weekendem, kiedy znowu się zapewne sponiewieram i znowu do środy będę pamiętać, że mam na czym chodzić… niepowtarzalny urok wiosny i pozimowego zasiedzenia.

Tymczasem ginę w papierzydłach, do których nie mam najmniejszego zacięcia, ale robota sama się nie zrobi. Szara codzienność. Tak się zastanawiam nad wieczornymi kijkami, ale może okazać się, że będą to kijki, bez kijków, gdyż nie umiem sobie przypomnieć gdzie upchnęłam te ubiegłorocznie zakupione. Oczywiście gdzieś pod ręką, ale tak aby nie przeszkadzały, tylko gdzie to jest, tego już nie pamiętam, a kokorycz kwitnie aż miło, więc może trochę by jej uszczknąć na kropelki do poratowania pamięci…

wolna środa

6

Dzień wolny sobie wczoraj zrobiłam.Pogoda sprzyjająca była i  iście wiosenna, i przyjemna choć może sam wiatr mógłby być nieco mniejszy, ale nie czepiajmy si szczegółów. Przewietrzenie też się czasem przydaje. Przerzucić sterty pozimowego piachu z jednej strony ulicy na druga w końcu tez ktoś musi… skoro miasto się nie kwapi.

Dzień wolny to jednak nie jest dzień bezczynny, gdyż już dawno takiego Powera nie miałam jak wczoraj. Pomijając sterty prania, to jeszcze okna pomyłam, firanki poprałam i pościel też, nakrochmaliłam, wyprasowałam i do tego dorzuciłam wyganianie odkurzaczem pajęczyn z kątków i zakątków, oraz szorowanie całego pokoju. No to święta się powoli zbliżają jak nic. Jeszcze szorowanie łazienki i stryszku, i będzie git. Chociaż jeszcze zostaje kwestia drobna w postaci gawry Młodego, ale tam nie mam zamiaru się przedzierać przez okopy i inne zabezpieczenia i zaminowania terenu. Grunt, że w końcu, w miniony weekend, pozbył się choinki. Szczerze, to mam ochotę ją wywalić na śmietnik, co doskonale rozwiązałoby przyszłoroczny problem z rozbieraniem choinki… z ubraniem problemu nie ma, ale z rozbieraniem już niestety tak. No ale nic, Wielkanoc idzie, dzięki wszystkim okolicznościom tradycji, nie ma u nas obowiązku przystrajania jakiego specjalnego mieszkań, za co dzięki i chwała, gdyż nie jestem przekonana, czy dekoracje wielkanocne nie stały by do Haliowina, a może i do Bożego Narodzenia. Do tego wszystkiego dodam jeszcze, że w tak zwanym między czasie to jeszcze Tiktak trafił na złom i został urzędowo wymeldowany z naszej rodziny. Więc i spacer po mieście naszym wspaniałym zaliczyłam, a że godziny dobrałam odpowiednio, to i w urzędzie miasta się nie nasiedziałam i od ręki załatwiłam wymeldowanie jegomościa. Burżuj, na złom odjechał powozem… czyli na lawecie.

Mniejsza z większym. Po wykonaniu wczorajszych 200 procent normy, dziś czuję się lekko skapcaniała. Cała energia ze mnie uszła. Najchętniej zakopałabym się pod kocyk i poszła spać. Niestety nic z tych rzeczy. Koniec kwartału mamy i trzeba kilka „śmieci” kwartalnych posprzątać, a w tym jeden taki bonus z GUSu poza standardem i z „łapanki” systemowej.

Popijając dużą dawkę cytryny, na te moje obolałe mięśnie, łaskotania w nosie oraz z okazji opryszczki na pół brody, zaklinam pogodę oraz zdrowie swoje, gdyż na sobotę mały spacer mamy zaplanowany, który ze względów właśnie pogodowych byłą już kilkakrotnie przekładany i chciałybyśmy aby w końcu się odbył. Zwłaszcza, że już za rogiem czyha niedziela palmowa, która też jest już rozplanowana. Więc katar i inne dolegliwości są mi teraz mocno nie na rękę. Na wieczór w planach terapia czosnkowa, jako uzupełnienie witaminowej. Będzie dobrze, się byle czemu nie daję i postanawiam sobie, że wszelkie chorowanie trzyma się ode mnie z daleka, a jak wiadomo, umysł ma wielką siłę. Spoko, choroby sam może myślą nie powstrzyma, ale na pewno pozwoli mi wydedukować optymalną drogę postępowania na wojnie z bakcylami aby choroby uniknąć… no więc siła tkwi w naszych głowach, jak zawsze z resztą.

tyle było słów…

6

Do napisania. Problem tylko z tym moim nieszczęsnym pracowym komputerem, który w żaden sposób nie ma zamiaru współpracować nie tylko z serwisem tutejszym, ale jeszcze z drukarką. Ba, ostatnio to on nie bardzo chce z czymkolwiek i z kimkolwiek współpracować i postanowił, że urozmaici mi codzienny żywot koniecznością deinstalacji i instalacji tam i na zad różnych komponentów. Jak nic, system się prosi o przeinstalowanie, ale… na razie jeszcze go reanimuję na tyle na ile się mi to udaje.

Miałam napisać o dniu kobiet, miałam napisać o tym, jak ściągając załącznik do służbowej emali zatopiłam się w refleksji nad tym, że obecnie to jeden lichy mej ma załączników niewiele mniej niż cały dysk w moim pierwszym komputrze domowym (och, miał on wówczas 4 giga co było szałem nie byle jakim), a dziś… to tyle co nic. Miałam pobiadolić na to że nadal mnie przybywa w tempie, które mi nie odpowiada, ale byłaby to całkowita hipokryzja, gdyż doskonale wiem, że te dodatkowe kilogramy nie biorą się z powietrza, a z mojej szuflady na przekąski, oraz z podwójnych obiadów. Nic to, że sama siebie wkurzam, gdyż w sumie to jest mi cholernie wszystko jedno. Ogólnie to jest mi ze wszystkim wszystko jedno. Więc zamiast dalej tu gryzmolić to kilka mniejszych i większych staroci do posłuchania.

Kozidrak z czasów tak zamierzchłych, że inaczej nie można o nich myśleć niż w pojęciu czystej abstrakcji, kiedy to jeszcze nawet Młodego na świecie nie było, a wakacyjne noce (i nie tylko) spędzało się na gadaniu o wszystkim, o niczym i o życiu. Pewnie sama Beata nie chciałaby pamiętać kiedy to było…

Zadaje się, że jeszcze starsza Meluzyna…

… i jeszcze Pani Sośnicka… bo, życie jest bajką…

… i tak się zastanawiam, na ile teksty piosenke z młodości zdeterminowały w jakimś sensie moje życie… tak wielu nie pamiętam, i kiedy na nie trafiam przypadkiem, nagle się okazuje, że wyjątkowo dobrze wpisują się w to co czuję kiedy ich słucham, a niektóre, niektóre z nich tak cholernie dobrze opisują moje życie… skąd mogłabym kiedyś wiedzieć, że tak będzie…

- 10 w Rio

10

Trochę znudzona jestem już tym mrozikiem. W nocy cały czas spada temperatura tak mocno, że -10 wydaje się być całkiem przyjemnym ciepełkiem. Kiedy idę sobie do pracy, mój nos i policzki odczuwają całkiem dotkliwie te -9 jakie się zrobiło w trakcie kiedy szorowałam zęby. Później niby jest lepiej, gdyż koło południa wszystko pływa, ale kiedy wychodzę z fabryki, wszystko znowu zaczyna malowniczo zamarzać i szczypać w nos i policzki.

Do tego moja zielona, materiałowa, dychawiczna szafa, właśnie dogorywa. Odmawia dalszej współpracy i czas jednak wybrać się na zakupy szafowe. Cóż, zostanie mi do końca miesiąca jakieś 100 PLNów w kieszeni, ale co tam. Gorzej bywało. Rachunki w tym miesiącu mam popłacone, żadnych zobowiązań zaległych, więc to prawie rarytas jest. Może wiele szaleć się nie da, ale z głodu nie umrę. Do tego może jakoś ruszę moje zapasy podskórne, które się nie chcą odczepić ode mnie w żaden sposób. Tak więc czas ruszyć po nową szafę. Nowa pralka dotarła cała i zdrowa, a do tego zupełnie fajna… tylko jakoś nie mam co do niej wepchnąć, bo jakaś taka wielka się okazała. Wielka w sensie pojemna i moje ubrania w niej po prostu giną.

Wczoraj zaś miałam ochotę niepomierną na schabowego. Bo tak i już. Tylko, że nie mogłam sobie przypomnieć, czy mam tłuczek do mięsa w Wersalu. No i zamiast sprawdzić to zaraz po powrocie do domu, to oczywiście, przypomniałam sobie teraz. Czyli znowu nie sprawdzę, ale jest pocieszenie, jeśli na Włościach mam jeden tłuczek, to istnieje prawdopodobieństwo, że w Wersalu też ma… gdyż miałam dwa w swoim czasie. Niestety istnieje też możliwość, że jeden z nich skończył jako rozpałka do pieca na Włościach, gdyż niepomiernie mnie wkurzał, był mało praktyczny, a do tego jeszcze, cały drewniany był.

No i na takich dylematach mija dzień za dniem. Życie się toczy powoli od poranka do poranka, po drodze zbierając bardzo poważne dylematy, jak to w co się ubrać (w co jeszcze się mieszczę), czy co sobie zrobić na obiad. Zdecydowanie lodówka by mi się przydała, chociaż pewnie dopiero wówczas moje dylematy nabrałyby chłodnego wydźwięku…  cisza, spokój i stagnacja – dobrze mi tak, może nudna i chwilami przygnębiająco, ale dobrze. Mam prawie ten swój wymarzony spokój, tuz w zasięgu ręki, a że okazał się pusty i samotny? Widocznie wszystko ma swoją cenę.

 


  • RSS