demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: pogoda

Chytry plan miałam na dzisiejsze popołudnie. Oj chytri był ci on, chitri… No i cóż, raczej był niż jest. Matka się na wolność chciała wyrwać, bo jej drugi tydzień zniewolenia ciąży mocno, no i się nie wyrwi.

Matka, jednorodzonemu dziecięciu, zajumała taczki na czterech kółkach, co to nimi po wybojach jeździć nie można, gdyż wówczas istnieje prawdopodobieństwo, że klema z akumulatora spadnie… ale matka teraz już wi, że klema spaść może, i że się w paszczę autku zagląda, klemę poprawia i dalej śmiga. No więc, matka autek zajumała, bo w okolicy, w Internetach jej powiedzieli, że są dwie niezbyt długie, i niezbyt wymagające ścieżki przyrodnicze, które chciała własnoocznie zaoglądać. Zaoglądanie wymaga jednak dojazdu do ścieżek, a dojazd… najlepszejszy jest autkowy – wiadomo rzecz… no dobra, do jednej można autobusem miejskim lub podmiejskim dojechać i wrócić nawet na nogach, do drugiej już niestety niekoniecznie, a powrót na nogach, choć kilkukilometrowy i nie przerażający, to jednak nie koniecznie na popołudniowy spacer w sam raz. Szczególnie nie na spacer bez obiadkowania, bo przez ostatnie dwa tygodnie się przyzwyczaiłam do codziennego obiadkowania.

No właśnie, z tym obiadkowaniem to też jest klops, i problem. Nie żeby klops był na obiad, bo akurat inne smakołyki dają, ale zdaje się to co przez 2 miesiące udało mi się zostawić za sobą, teraz, niecnie i podstępnie powraca na mem łono… hm… niekoniecznie mi się to podobywuje. Zwłaszcza mi się nie podobywuje, gdy usmażywszy się nad żelazkiem od temperatury i pary, konstatuję z niejakim zdziwieniem, że fajnie i git, i wielkie HAHAHA, ale w te kieckę, tak mozolnie uprasowaną, to mój człowiek się nie wbije. Nawet gdyby go kolanem upychać, na bezdechy trzymać i zwijać w ciasny rulonik. To się nie da i już. Znaczy da się, ale nie bardzo się to podoba w okolicach szwów i zamka samej kiecce. Dodatkowy efekt wietrzenia jest przydatny w tę pogodę, jednakoż, preferuje te elementy wietrzenia, które przynajmniej zdają się poddawać kontroli.

Wracając jednak do tematu nieoglądywania popołudniowego ścieżek i leśnych ostępów, to wiąże się on z malownicza burzą, która właśnie się po okolicy czai, i raczej nie nastraja do popołudniowych pieszych wycieczek. Znaczy ja to niby nic nie mam przeciwko niej, ba ja nawet miewam do niej słabość i niezrealizowane fantazje (zbereźnicy, nie wiem, co pomyśleliście, ale jeśli to co myślę, że pomyśleliście, to się mylicie, gdyż akurat teraz, to o niedostatkach Perełki myślałam i tym, że uwiecznienie błyskawicy jest moim wieloletnim, choć nadal niezrealizowanym, priorytetem). Tak więc sobie słucham, jak mruczy i jak pojedyncze krople, wielkie jak groszki śmietankowe pacają mi po szybie. Cóż, może inna razą, a może zwyczajnie, już nie długo, wszystko powraca na swoje miejsce, i znowu powrócę do przerwanego rytmu codzienności, bo jeśli szybko tak się nie stanie, to znowu się w drzwi zmieścić nie będę mogła… a piesze wycieczki też pójdą w odstawkę, jako zbyt męczące i wiążące się z prozą życia i niemieszczenia w portki terenowe…

Nie wiem, czy zauważyliście, ale pewnie tak, że się wczoraj jakoś popsuło ogrzewanie. Po sobotnim całkiem miłym dniu, z naprawdę fajnym i ciepłym wieczorem, niedziela okazała się paskudna, ohydna, zimna i mokra. Zwyczajnie, ktoś wyłączył, nie wiem zupełnie dlaczego, i całkiem tego nie rozumiem, ogrzewanie na zewnętrznym. Gdyby tego było mało, to chyba temu na górze, jeszcze jakaś rura przecieka, bo kapie nam na głowy, i kapie, i kapie, i kapie, i mój parasol stoi w mieszkaniu, a ja w pracy jestem, bez parasola.

Weekend, weekend i po weekend. Pominę delikatną kwestię pobudki sobotniej z godziny 5,30 przez trzepoczącego się do okna motyla, któren to zapewne w piątek wieczorem wraz z praniem lub pościelą przywędrował z balkonu, a o tej nieludzkiej porze poczuł zewn natury i przemożną chęć wydostania się do niej. Wiem, mogłam być nieczuła i przewrócić się na drugi bok, i zignorować dziada, ale pomyślałam sobie, że jak tak dalej o szybę będzie tłukł, to sobie cały pyłek ze skrzydełek otrząśnie i się nielot z niego zrobi. Wstałam więc i dziada wyeksmitowałam z mojego pokoju. Zdaje się, że On jednak szczęśliwszy był ode mnie, gdyż, jak się go pozbyłam to okazało się, że właściwie to ja rześka i wyspana już jestem… ale co można robić o 5.30? Otóż można zrobić sobie kawę i pranie, jedno, pranie drugie, krochmalenie i już przed 8 rano mieć pościel na sznureczkach w ogrodzie wywieszoną, oraz udać się na dalsze zakupy czy coś.

Niestety, okazało się, że Młody pomyślał o względnym ogarnięciu gawry swojej, co sprawiło, że to mi kocyczek dorzucił na stertę prania, to podusie, którym też wody i detergentu czasami nieco by się przydało, to skarpetkę zapomniana zza pufy, to znowu kocyczek jeszcze jeden… bo pościel to w piątek sobie zmienił. Stąd to poranne jej wieszanie w ogrodzie było. Tak więc pralka cały boży dzień miała zmianę. Z milion razy.

Nie o tym było moim zamiarem jednak gryzmolić. Chciałam nadmienić, że wegetarianka ze mnie marna, i jednak zostanę przy mięsie, gdyż zwyczajnie, samymi roślinami to ja się nie najadam. dzień, dwa, czasem trzy mogę bez mięsa, bywa, że i cztery, ale padlina jest padlina. W życiu mi tak pizza z salami nie smakowała jak w sobotę. Niedzielny schabowy był po prostu poezja niedzielnego obiadu, a wcześniejsze, piątkowe wyjadanie pieczeni rzymskiej z brytfanki, bez pieczywa i innej zakąski, dostarczyło mi rozkoszy kulinarnej, o niemal niebiańskiej sile… a może piekielnej? Nie wiem, fakt, że w końcu udało mi się nie myśleć o jedzeniu, i w końcu, choć przez czas jakiś nie byłam głodna. Wniosek z tego taki, że mój człowiek, sama trawa nie pojedzie.

No i jeszcze popełniłam soczek mniszkowy w sobotę. Pychota powiadam wam. Pychota. Gdyby nie ten deszcz to popełniłabym go więcej, bo to na próbę było, ale tak to, cóż, liczyć mogę, że może się przerwie to moczenie z nieba, i że jeszcze jakieś 400 – 500 mniszków zakwitnie… bo i miałam zakusy na nalewkę pokrzywowo – mniszkową. No bo skoro kokorycz nadal rośnie w lesie to… jakoś trzeba było ziołowe zapędy wykorzystać.

Zmorko droga, zupa pokrzywowa została wyparta przez wielki gar grochówki na boczku, ale obiecuję solennie, że jak tylko, a może nastąpi to na dniach, o ile zlokalizuję pokrzywy niewykoszone, jak tylko znajdę podstawę jej produkcji, to zmajstruję i proces opiszę. :)

Co do przesyłki piątkowej zaś, dotarła, choć dziś ją dopiero przejęłam, a otwierać będę popołudniem, gdy dotrę na Wersalowe apartamenty. Ciepłości Wam i suchości życzę.

Dobrze, ja wiem, że wizja przycinania jabłonek, nie była powalającą perspektywą na sobotni dzień. Jest o wiele więcej ciekawych zajęć, które można by było zrealizować na świeżym powietrzu, w dniu wolnym od pracy. Tylko, że chyba może się okazać, że realizowane nic nie będzie, gdyż… wiatr się chwilę temu zebrał, a teraz to jeszcze się wzmaga i chmurami niebo zaciąga, i mżawką zaczyna po oknach rzucać, a z przyjemnego porannego ciepełka, zostało ledwie wspomnienie, albo i jeszcze mniej… no dobrze, cienka kurteczka, w której mnie teraz niechybnie przewieje.

Wiatr wieje, deszcz leje, a ja nie bardzo mam co czytać, bo to co mam wymaga powolnej analizy i przetrawienia. Jednak, czego się spodziewać, kiedy zamiast lekkiej prozy, czy choćby niezrozumiałej poezji, lub jakiegoś sainsfikszyna, to się za publikacje naukowe zabrałam. Normalnie, ciężkawe to jest, acz nie przez wzgląd na temat, bo mi już obcym nie jest, ale na wysublimowane poczucie wyższości autorów, którzy zdaje się piszą li i wyłącznie dla samych siebie i nikogo więcej. Jeśli zaś nie piszą akurat tylko dla siebie, ale i dla innych ludzi, to widać, tak pewni są swojego kunsztu w języku rodzimym, biegłości i sama nie wiem czego jeszcze, ale pewni są, lub mają bardzo mizerne środki na korektę, gdyż, ciężko mi się czyta, bo mi co strona to kwiatki gramatyczne wyskakują takie, że łąka majowa ma silną konkurencję. Zważywszy zaś na szczegół, że i ja sama z gramatyką rodzimą bywam mocno na bakier, to już idzie sobie wyobrazić co i jak w tej materii musi być. Śmiem więc twierdzić, że albo Difin nie zatrudnia żadnego pracownika do korekty tekstu, albo płaczcie narody nad jakością pracy. Takie ewidentne błędy rażą w pracy naukowej, oj rażą. Tym bardziej, gdy pomyśli człowiek, że jeden się nad tym trudził, i inwestował czas, siły i wiedzę, a drugi, po łebkach, bo temat trudny, najprawdopodobniej korekcie poddał wybrane strony lub zupełnie sobie ją odpuścił… szkoda, wielka szkoda. Myślę, że Autor publikacji owej, powinien dochodzić od wydawnictwa zadośćuczynienia za tak kiepskie przygotowanie materiału do druku. A kiedyś wydawało mi się, że taki Difin i Helion, to nie byle jakie wydawnictwa, że to jest COŚ wśród wydawnictw… no cóż… łudzić się jeszcze mogę nadzieją, że to tylko wpadki są, niechlubne wyjątki na niwie rzetelności wydawniczej.

Wracając jednak do pogody. No dobrze, przyznam, raz jeszcze, że te jabłonki to mnie odpychały i zniechęcały, ale czas im się już na strzyżenie kończył, a strzyżenie samo w sobie jak psu kość im się należy. Nie zawsze się wszak robi co się chce, czasem, też to co się musi, a pod strzyżoną jabłonką przyjemniej się leżakuje na kocyku latem. No więc, ja poproszę jednak o wyrównanie pogody na jutro, no i na niedzielę, bo chaszcze czekają. Deszczu, przepraszam, ale nie zamawiałam. Tym bardziej, że pranie czeka w dużej ilości.

Miało być jeszcze o korespondencji emilkowej, ale to już inną razą, bo nie wiem, czy sobie firma ona nie robi primaaprilisowego żartu. Poczekam, zobaczę, może skomentuję. Bo takie mejle, od niejakiego Ryszarda Rembiszewskiego (też je dostajecie) to mnie po prostu bawią, śmiecą skrzynkę i są częścią codziennego spamu… przywykłam, bo skąpa bywam. Znaczy, wolę wydać na inne uciechy.

No i jeszcze kryptoreklama będzie. Z firmą Soraya jakoś zawsze nam się kiepsko układało, ale wczoraj namówiły mnie Panie w mojej podWersalowej drogerii, abym dala jej jeszcze jedną szansę. Dałam, a nie powinnam. Kupiłam więc pod ich namową (dokładnie ten):

(fotka podebrana ze strony: http://www.blankita.pl/2015/02/soraya-kryjacy-podkad-max-satin-zdjecia.html)

Kryjący, to on jest tylko w nazwie. BB z Oriflame jest bardziej kryjące, niż Soraya Satin. Mało, że nie kryje w stopniu nawet średnim, to dodatkowo, na pewno trwałość jest o wiele poniżej godzin 15. Jeszcze jedną cechą bardzo niemiłą jest „pocenie się” twarzy. Po przejściu z domu do pracy, twarz miałam mokrą. Takiego efektu, zwłaszcza u preparatu kryjącego zupełnie się nie spodziewałam. Właściwie to od wielu lat się z takim nie spotkałam. Tak więc nie dosyć, że nie jest to preparat kryjący, to też nie można go podciągnąć pod matujący, gdyż się „spociłam” i „świeciłam” jak nie napiszę co i komu. Nie polecam. Zmarnowane 20 PLNów.

P.S. – Darujcie sobie porady w stylu – „to po co używasz takich rzeczy”, gdyż nie jestem ani fanką, ani wielbicielką i gdybym nie musiała, to bym nie używała. Jasne? Mnie akurat nie sprawia przyjemności paćkanie się przed lusterkiem. Zwłaszcza porankiem, gdyż preferuję kilka minut dłużej pod kołdrą… 

doprawdy – to już wtorek?

6

Czasoprzestrzeń chyba dokonuje jakiś bulwersujących eksperymentów na moim żywym organizmie. Wepchnięta zostałam w jakieś nieokreślone kontinuum, gdzie czas zapierdziela jak by mu ktoś duraselki wetkną gdzieś. Czuję się tak, jak gdyby godzina zamiast standardowo przypisanych jej 60 minut miała ich minut 30, albo może minut ma i 60, ale każda minuta ma co najwyżej 30 sekund, lub też… można by tak jeszcze kawałek… dajmy więc sobie spokój.

Tkwię więc w jakimś obłędnym niedoczasie, który dodatkowo wepchnięty został wprost do „Dnia świstaka”. Dni niczym nie różnią się od siebie, co najwyżej moim poziomem wnerwienia, braku tolerancji dla otoczenia lub… ręcz odwrotnie, bezprzyczynowym budyniem do rzeczywistości. Niczym zapętlona wstęga Mobiusa plątam się pomiędzy różnymi chcę, a wszelkimi „nigdy w życiu”. Chcę – nie chcę – bo nie mam ochoty, czy raczej brak mi odwagi? No i tak na około, aż do zupełnego zakręcenia i podniesienia poziomu wnerwa na siebie samą do niebotycznych rozmiarów i na niebotyczną wysokość. Jak czegoś z tym nie zrobię, to pęknę. Jak balonik.

Wszędzie podobno mnóstwo śniegu jest i tu i tam pada, a u mnie? Tutaj ledwie nakryło trawniki i tyle. Dość jakby. A ja chcę więcej, pragnę więcej tego białego badziewia, tak żebym się napatrzyła na nie i miała tego napatrzenia taki zapas, aby przetrwać świergolenie świergolców na wiosnę. Chętnie też poszłabym na sanki, ale… nie mam sanek, i tak samej, to ledwie namiastka frajdy, takie obiecanki i nic ponad to.

Tak poza wszystkim, to utknęłam w tabelkach i za brak mi do nich zacięcia, a same zrobić się jakoś nie chcą. Do tego jeszcze wnerwia mnie kilka drobiazgów, ale jakoś nieszczególnie jest to miejsce właściwe do napisania. Starczy tylko napisać, że nie spodziewałam się po kimś tego, że da się wkręcić nadwornemu wkręcaczowi, któremu akurat zależy na tym, aby i ta zgoda padła. Mam ochotę iść i kupić wkrętak, kilka wkrętów i deskę drewnianą i sprezentować wkręcaczowi… tak żeby miał konstruktywne zajęcie w gatunku jaki sprawia mu satysfakcję… nigdy nie zrozumiem po jaką cholerę kłócić ludzi ze sobą wzajemnie, kiedy się widzi, że się dogadują? Z zazdrości? Z zawiści? Dla własnego dowartościowania? Skrycia własnej niekompetencji? Własnych kompleksów? To chore jest. Ogólnie mam to gdzieś, moje złudzenia dawno odeszły w tej materii, tyle, że lubię wiedzieć i czasem rozumieć, a tego w żaden sposób nie jestem w stanie. Mnie by się tak nie chciało, za leniwa na to jestem, a czas na mieszanie, knucie i manipulowanie… zdecydowanie wolę poświęcić książce lub obejrzeć jakiś dobry film.

Co do filmu zaś, to jeśli Państwo życzą sobie do kina, to polecam „Ekscentryków”. Maciej Sthur jak zwykle genialny, Sonia Bohosiewicz bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła, Anna Dymna jak zwykle pełna kunsztu, a w ostatnich scenach po prostu rozłożyła mnie na łopatki i roześmiałam się w głos dzięki niej. To tylko niektóre nazwiska, a do tego muzyka… jeśli ktoś lubi jazz i odpowiada mu swing, to tym bardziej. Wszystko rzecz jasna doprawione polskim absurdem rodem z głębokiej komuny w małym miasteczku zdrojowym.

mały samochodzik

9

… to jestem ja. Normalnie mały fiacik przy mnie to wymięka, ale tak sobie myślę, że kilka szybkich autek, takich na prawdę szybkich, szybkich, też nie jest wielkich gabaryturowo. Chociażby takie porszaczki niektóre, a one to już dobrze popylać potrafią.

Tak więc nie pomna kataru, kaszlu gruźliczego, bólu głowy i innych części ciała, popylam w pracuni i sieję bakteriocyty i wirusocyty. Robię rzeczy mniej i bardziej rutynowe, wszystkie pilne, a najlepiej to na wczoraj. Gadam z ludźmi w oczy cztery i telefonicznie i niby to nic takiego, gdyby nie to, że moje struny głosowe też nie domagają. Wspieram się więc Salvigol-em (tak, to reklama jest i to nawet nie ukryta), witaminą Ce czyli cytrynami, pomarańczami, mandarynkami i imbirami oraz podpieram się nosem o biurko. W tak zwanym międzyczasie, jeśli akurat przypadkiem jest obecny, wkurzam szefa. Szef jest przypadkiem obecny, a nie międzyczas. Ogólnie, już dawno wyleczył mnie z wszelkiej ambicji i nauczył działania na poziomie minimum, więc wszelkie sarkastyczne uwagi mijają się z celem. Zbędne są. Mam je gdzieś. Nie mój cyrk, nie moje małpy, nie ja się pod tym podpisuję. Przychodzę robię swoje i idę do domu oraz raz w miesiącu sprawdzam stan konta bankowego. Tyle. Kiedyś chciałam dać od siebie więcej, próbowałam mówić, tłumaczyć i się szarpałam, ale rozbiłam się o ścianę. Nawet nie wiem jaką i już nawet wiedzieć nie chcę.

Szczerze, to mam ochotę chwilami powiedzieć :jebie mnie to” i odwrócić się na pięcie, i sobie iść precz. Pewnie, gdyby nie ślub z bankiem właśnie bym tak zrobiła. Tym czasem jednak, ponieważ ślubowałam bankowi wierność na lat 25 i to, że stan konta będzie zgodny z jego oczekiwaniami, to siedzę. Tylko sama nie wiem jak długo jeszcze tutaj. Bo jak pisowate powprowadza swoje chore zamierzenia i od czapy przepisy, to sooorrry, ale moje małżeństwo z bankiem jest dla mnie chyba trwalsze niżli umowa o pracę w tym konkretnym miejscu. No i tutaj widz w tym, że tu nie będzie chodziło o to, czyt ja mam wole i chęć pozostać z moim jakże sarkastycznym i wrzucającym zbędne przytyki szefem, bo wolę to ja będę mogła mieć, ale w praktyce, moja wola to może być zbyt mało. Może się nawet okazać, że wola mojego szefa abym była gdzie jestem (wszak lepiej zawżdy sarkać na to co się zna, niż na nowe, które to nigdy nie wiadomo co z sobą niesie) będzie niczym wobec tego co w nowej ustawie nam nowy rząd sprzeda… ku uciesze ludu.

Tak więc dziś, porankiem, nad kawą, prasówkę czytając omal się nie udławiłam, gdy średnią miesięczną pensję urzędniczego kierownika wyższego szczebla oszacowano na poziomie okołu 10 000 PLNów miesięcznie… nie wiem skąd oni mają te dane, ale na moim końcu świata warto by ją odchudzić o 35 – 40 procent dla uzyskania realnego poziomu faktycznego przeciętnego wynagrodzenia miesięcznego. Później jeszcze o procent 20 wynikające z dodatku stażowego, któren wszak nam chcą zabrać, a później jeszcze o 12 procent bo to mniej więcej pomniejszenie o 13-stkę, której też nas chcą pozbawić… nic w zamian nie proponując. Tak więc uzyskujemy wówczas, na poziomie powiatowym, przeciętne miesięczne wynagrodzenie osoby zarządzającej jednostką, to jest całym urzędem, na poziomie około 4 200 PLNów.   Dla warszawki to nie jest nawet na waciki jak mniemam… a u nas to kwota za którą będzie ponosił odpowiedzialność za zatrudnionych idiotów, i kretynów jakiś jełopek… bo oczywiście nie ma co liczyć, że szef będzie szefem nadal, tylko dziś będzie, a jutro już może nie być. Ot tak, zwyczajnie, go odwołają. Bez wypowiedzenia, bez prawa odwołania, dziś jest, jutro go nie ma. Wsadzanie swoich wedle klucza partyjnego na kierowników to dobry motyw, do tego aby dawać na niższych stanowiskach zatrudnienie różnym swoim takim dziwnym… nie wspomnę o tym, że kryterium doświadczenia (które teraz zewnętrzne przepisy narzucają) ma być w urzędach zniesione… później być może, w nowelizacji ustawy kolejnej, jakieś machlojki przy wykształceniu się zrobi i tak… co będzie, to będzie… raj na ziemi… czego nie zaorają to siekierami rozpizdzielą.

Tak więc idę sobie posiąkac w chusteczkę skoro jeszcze mnie na nią stać, i pomarudzić na pogodę, a czasem na współpracowników, których dziś mam, a jutro mogę nie mieć… a w ich miejsce, strach się bać kogo mogę dostać… albo może lepiej myśleć pozytywnie… o tym, gdzie w dobre miejsca mnie samą życie poniesie :)

kumulacja czasoprzestrzeni

14

Tydzień mam napięty. Trochę w pracy, trochę w rozjazdach, trochę jeszcze zupełnie gdzieś indziej. Nie jest kolorowo, ani dobrze, ani źle. Sporo przemieszczania, sporo wysilania szarych komórek, sporo wyzwań i innych takich. Teraz, na ten przykład, zbieram się i zaraz siadam w wóz, co będzie mnie wiózł do grodu Kraka, tak bym jutro mogła tam wiedzę swoją odświeżyć. Tak więc dziś wieczorem mam randkę z Adasiem, bo jakoś, przez lata, tak nawykłam, że wizyta w grodzie Kraka i nie odwiedzenie Adasia to tak jakbym w grodzie owym nie była. Normalnie się nie liczy i już.

Po jutrze w rodzimym mieście znowu się odświeżać moje szare komórki będą. Po to by w czwartek, drzemać nad klawiaturą w pracuni, przed cholernie wyczerpującą perspektywą piątku. Tak więc, po bieżącym tygodniu, piątkowym wieczorem, zasłużę zapewne na wielki kufel grzanego piwa z różnymi smakołykami i miodkiem… i na czekoladę, której ostatnio staram się unikać, choć nie znaczy to, że dobrze sobie z tym unikaniem radzę.

Miłego tygodnia, nawet jeśli takie białe coś właśnie wpadło na genialną myśl, że to już ten czas i ta pora, aby zacząć być…


  • RSS