demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: pamięć

W nagrodę, bo dawno nie byłam, dziś znowu, porankiem tym ciepłym, kwietniowym, słonecznym wylądowałam na głównej oetu.

Doprawdy, miesiąc w miesiąc? Jeszcze na starość blogowego żywota, celebrytką zostanę, przez swoją skłonność do grafomanii…

Wpis na głównej onetu sponsoruje poprzednia notka, czyli, ta którą tu sobie podlinkowałam…

sny, dziwne sny

1

Właściwie nie pamiętam dzisiejszego snu. Pamiętam za to słowo, które było w nim ważne, i które miałam zapamiętać, i które od chwili przebudzenia plątało mi się po głowie tak upierdliwie, że sięgnęłam migusiem po tableta i zapodałam owo słowo magiczne wujkowi googlowi i… jest. Czyli nie jest to słowotwórstwo mojej podświadomości, tylko realny przekaz, ale… nadal nie wiem co ono znaczy, gdyż zupełnie nie naszym polskim słowem się ono okazało. Mało tego, nie jestem pewna w jakim ono jest języku. Obstawiam języki skandynawskie, ale pewności nie mam, to domniemanie na podstawie tego co mi wujek googiel szepną skrycie aż 3 wskazaniami.

Pozwoliłam sobie na skopiowanie jednego z trzech wskazanych przez wujka googiela dokumentów zawierających owo słowo. Nie przypominam sobie, abym z nim, czyli z tym słowem, miała kiedykolwiek do czynienia. Za wskazówki co ono znaczy, czy z jakiego języka pochodzi, będę wdzięczna. Słowo to brzmi: daktylista.

Nie mam całkowitej pewności, że jest to słowo właściwe, gdyż pamiętam je fonetycznie, oraz zapisałam je w znanym sobie alfabecie, więc niekoniecznie jest ono tym, co miałam zapamiętać. Dodatkowo, mam przekonanie, że miało formę żeńską, czyli w brzmieniu było zbliżone do: „daktylistka”. Nic więcej niestety nie pamiętam.

duzo literków

6

Jeszcze trochę, jeszcze chwilę i co najmniej poturbuję Nielata. Ja wiem, że moje dziecię należy do gatunku „leniwiec-upierdliwiec”, ale czasami przechodzi sam siebie. Tak jak to obecnie bywa ostatnimi dniami. Tak. Jak przystało na faceta, na widok krwi, reaguje ogólną bladością i niemocą, a to tylko paluszek skaleczył przy krajaniu cebuli do niedzielnego obiadu. Myślałby kto, że całe ramię mu odpadło. Wielki pisk i bieganie po domu, i żywa histeria o poranku, przy zmianie opatrunku. Normalnie prawie teksańska masakra piłą motorową.

Z rzeczy istotnych, ku pamięci do zapisania to: mamy w końcu Rosmana w mieście i nic to, że na drugim jego końcu, ale zawsze to bliżej niż w ościennych miastach powiatowych, czy nieco dalszym, wojewódzkim. HA! To ci dopiero niespodzianka. Byłam niemal pewna, że w najbliższej dziesięciolatce to nie ma co na to czekać. Cud jakiś, czy co?

Ja naprawdę zamorduję kiedyś Nielata. Normalnie, książką to zrobię, albo on w końcu naumie się je czytać zamiast zadręczać własną matkę. Ewidentnie się mu nudzi. Jeżeli jeszcze kiedykolwiek i gdziekolwiek usłyszę o babie narzekającej, że jej facet, to jak tylko zobaczy poduszkę to zasypia i o żadnej ROZMOWIE nie ma mowy, a ona by chętnie porozmawiała tak w spokoju, w ciepełku i tak dalej, to mogę jej wysłać Nielata. Sama stworzyłam potwora. Kiedy był mały i zamieszkaliśmy w moim rodzinnym domu (około 3 lat miał) to właśnie kiedy go usypiałam, już w łóżku, opowiadał mi co się wydarzyło w ciągu dnia, zwłaszcza, że mowa była nowością, a przedszkole kolejną nowinką w której coś się działo – każdy dzień przynosił niespodzianki. Nielat się wdrożył tak, że po dziś dzień, jak tylko wsunie się pod kołderkę, to paszcza otwiera mu się ze zdwojoną siłą… o święci! Tak, zgadza się, o 20 to my się w poniedziałki zaganiamy do snu, bo wtorki to na zerówkę Nielat musi zdążyć (początek lekcji to 6.50, a do szkoły trzeba jeszcze dojść).

Nadrabiając zaległości: za super5  7 rzeczy, których o mnie nie wiecie… obawiam się, że takich już nie ma, no ale podejmę wyzwanie… Typowania ochotnicze nie będzie, gdyż już nie raz było, ale jeżeli tylko ktoś jeszcze raz chce, ma ochotę, czuje potrzebę to proszę bardzo – zapraszam :) do zabawy

  1. Nie lubię gorzkiej kawy i herbaty
  2. Nie pijam kawy fusiastej i herbaty czarnej oraz czerwonej
  3. Nie pale już 4 miesiąc
  4. Nie lubię gdy mnie coś/ktoś zaskakuje
  5. Lubię miłe niespodzianki (prezenty), sernik i szarlotki
  6. Nielat urodził się w moje, ekchem, urodziny… no dobra – 19…
  7. Za 5 minut znajomy będzie się zmagał z moim Internetem, aby funkcjonował bezprzewodowo – to w ramach oszczędzania na dentyście, gdyż, już kilka razy w nocy, idąc w miejsce ustronne, omal nie połamałam kończyn i nie przetrzebiłam uzębienia…

 

Teraz pytania od Dory

1.Spódnica czy spodnie?      – oj to zależy, gdzie idę i co zamierzam, i spódnica (krótka) i spodnie

2.Komedia , sensacja czy s-f ? – najlepiej SF, ale komedią i dobrą sensacją również nie wzgardzę.

3.Kwiaty doniczkowe czy cięte ? Ja i kwiaty – Doniczkowe usychają – cięte też, ciętych przynajmniej nie żal – więc zdecydowanie cięte (nie dotyczy balkonu)

4.Wakacje pod gruszą czyli domek letniskowy czy hotel z gwiazdkami? Oj gdybym miała wybór to niewątpliwie hotel z dużą ilością gwiazdek, ale na krótkie wyjazdy, zwłaszcza ze znajomymi (weekendziki) to najepszejsza byłaby bacówka – więc i domek letniskowy nie jest zły, a sprawdzony nie raz.

5.Koszulka nocna z satyny czy piżama w miśki , kotki lub inne kwiatki ? … pomarańczowa, polarowa z misiem, ale zdecydowanie w szufladzie (…na lato…) granatowa lub czarna satyna

6.Herbata czarna , ziołowa  czy owocowa ? OWOCOWA (może być zielona z opuncją lub pigwą)

7.Torebka czy plecak ? Torebka, i to mała (czarna dziura jak mawia Nielat)

8.Obcasy czy buty sportowe? No oczywiście, że obcasy… byle nie na siłowni

9.Wieś czy miasto? Na co dzień zdecydowanie miasto, na odpoczynek, kiedy to możliwe wieś.

10.Kąpiel w wannie czy pod prysznicem? Zdecydowanie w wannie.

11.Tv czy radio? Radio – TV ukrada czas, jeden wieczór w tygodniu (środowy rzecz jasna) to dość.

No dobrze, to teraz ja mam ułożyć pytania i wytypować do nich osoby? No nie wiem, bo Dora wykradła mi jednak część „skazańców” :P no ale: Elfica, Iha, Super5, Szpilka, Who, PC, Mor, onaa, Mietka… i każda inna istota która ma tylko ochotę na tę zabawę :), to teraz pytanka:

  1. Książka, czy film?
  2. Włosy farbowane, czy naturalne?
  3. Sernik, czy szarlotka.
  4. Szaliki, czy apaszki?
  5. Wino półsłodkie, czy wytrawne?
  6. Wakacje aktywne, czy nad brzegiem basenu (jeziora itp. – w sensie słoneczko i idźcie wszyscy precz, tylko drinka z palemką zostawcie)?
  7. Kawa Czarna fusiasta, czy białe nie-wiadomo-co (caapucino, late itp.)?
  8. Prowadzić samochód, czy być pasażerem?
  9. Zachód słońca, czy wschód słońca?
  10. Rajstopki dla dużych dziewczynek, kolorowe, czy czarne (czarne lub „naturalne”)?
  11. Klasyka na koniec: Brunet, czy blondyn? ;)

To teraz czas na sen, a jutro znowu młyn codzienny.

taki tam listopad

8

Nie bardzo mam o czym kolwiek chęć pisać. Tak mi jakoś pusto i płasko. Nieistotne jest to co dzieje się do okołoa. Mało ważne, poważne, problemy ferdkowe. Nie istotne i błache, choć cudne „pudrowe” poranki i zniewalająco wrzosowe zachody słońca. To mało istotne jest. Nie ważne. Kilka dni temu odeszła Chustka. Ogólnie śmierć mnie przytłacza, ale tym razem bardziej i mocniej. Nie znałyśmy się w realnym znaczeniu tych słów. Od dawna czytałam, kiedyś, całkiem przypadkiem i w przelocie spotkałam. Tak. Jedno co bezsprzecznie można o Joannie powiedzieć to, to, że była zdecydowana i barwna. Nie, nie kolorowa, ale właśnie barwna. Teraz jeden zakątek moich myśli zrobił się monochromatyczny… chyba muszę go znowu pokolorować… tylko najpierw muszę znaleźć na to jakiś sposób.

Nie przepuszczałam, że odejście jednej, nieznanej osoby, tak mnie rozbije na części. Paradoksem jest to, że dopiero teraz, kiedy Jej nie ma, wszystko to o czym pisała wróciło, i męczy, i zmusza do tego by wszystko raz jeszcze przemyśleć, ułożyć na nowo i… tak Aśka jest, była i zawsze będzie rewelacyjnym „Coachem”…

Rozdzielenie na osobne notatki, jak najbardziej wskazane, i jak najbardziej, dobrze czytać natłok notatek w całości, gdyż tylko na tym polu obraz bywa zbliżony do całości i komplementarny bywa w jednej z wielu przestrzeni.

Owszem, jadę do Rumuni, owszem, to kosztuje i nie prawdą jest, że to nie jest duży dla mnie wydatek. Zwłaszcza gdy czas podręczników i opłat samochodowych wszelkich możliwych i niemożliwych zapewne również. Kwestią zasadną, którą tutaj należy wyjaśnić, jest to, że od wielu, wielu lat (nie oszukujmy się, przez całe moje dorosłe życie), mam ograniczony budżet. Notorycznie czegoś sobie odmawiam, notorycznie czegoś sobie żałuję, notorycznie na coś mnie nie stać. Nie mam tutaj na myśli żadnych luksusów i rozpusty. Piszę o rzeczach podstawowych. Jednak te dobrze (qrwa mać) ponad 15 lat nauczyło mnie jednej przydatnej rzeczy: alokacji środków pieniężnych. Kiedy przypadkiem mam jakiś ‚lewy’ grosz, nie zatyka on w całości bieżącej dziury budżetowej, ale jest w części lokowany z przeznaczeniem na przyszłe dziury budżetowe, to po pierwsze, a po drugie (bo wszystko ma rewers i awers) to kolejkowanie płatności i zobowiązań, oraz rząglowanie terminami płatności, do czego bardzo przydatne jest posiadanie informacji, kto kiedy, po ilu dniach i na jakich zasadach nalicza odsetki za nieterminowość. Przy czym, karty kredytowe, jeżeli się jednak z nich korzysta, to proponuję spłacać w terminie i na bieżąco. Kredyty stałe proponuję spłacać poprzez ustawienie zlecenia stałego na wysokość raty. Nie zostaje wówczas wiele wartkich płatności, ale te które zostają, rewelacyjnie nadają się do żonglerki terminami płatności… tak więc 900 PLNów to dla mnie nie jest mało, ale raz na kilka lat jestem w  stanie je wyskrobać z mojego budżetu. No i chyba, nie będzie to ostatnia moja wizyta w Rumunii, gdyż być może udałoby się zebrać kilka osób aby tam się kiedyś jeszcze wybrać… ale to kwestia bardziej roku 2014… bo w 2015 Rumunia ma zamiar wstąpić do strefy Euro, a cóż… hm, nie sądzę aby kurs euro do naszej narodowej waluty z czasem był bardziej przystępny, raczej śmiem twierdzić, że tylko gorzej będzie, zwłaszcza jeżeli inflacja się rozszaleje na dobre i przestanie się ukrywać w mniejszej wadze produktów oferowanych po niezmienionych cenach… lub cenach tylko minimalnie wyższych…

Dwoje nastolatków, przez kilka dni, pod moimi skrzydłami, daje wiele do myślenia. Pozwala dostrzec zapomniany smak jak różny może być każdy młody człowiek w tak wspólnie burzliwym wieku. Na pewno, niezastąpione doświadczenie dla Nielata, w pewnych kwestiach też dla Kamci. Oboje przeżyli, ran fizycznych nie odnieśli, traumatycznym zdarzeniom starałam się zapobiegać.

Sobota, to był nieco zaskakujący dzień. Ogólnie w mieście wiadomo, że posiadam Nielata, ale, biorąc pod uwagę, szczegół, jakim jest jego wzrost, oraz biorąc, jako logiczne, założenie, że potencjalne kolejne potomstwo, również nad wiek będzie wyrośnięte, to cóż… prowadzanie się z niewysoką dziewuszką pod ramię, na pewno przez miejskie plotkary zostanie wychwycone. Właściwie to ogólnie wymykam się pewnym plotkarskim kanonom i zaskakuję kolejne twórczynie pamięci społecznej przekazywanej ustnie. Najpierw uliczna wyprzedaż nadmiaru mojej szafy, teraz z rękawa wytargałam dziewczynkę, dobrych kilka lat nie było mnie nigdzie i ni jak widać… a sobota obfitowała w urodzaj plotkarski, zwłaszcza na mojej trasie przejścia, związanej z miejskimi, rodzinnymi imprezami.

No i jeszcze… prawie zamordowałam Nielata, który już i natentychmiast musiał iść gdzieś daleko, kiedy ja stałam i podziwiałam, motory i motocykle, zezowałam na czarne skórzane kurtki, i to bynajmniej nie jakieś tam z mlekiem na wąsie dopiero się klującym pod nosem, ale takie w sam raz, i, i… wspominałam. Wspominałam i wzdychałam. Marzyłam na jawie, i prawie byłabym szczęśliwa gdyby Nielat nie marudził, a ze sceny ktoś nie partaczył i nie zarzynał najbardziej popularnego kawałka Nirivany… niemal nie do poznania spartaczony utwór. Wokal porażka, a instrumenty, każdy sobie i osobno grający co innego, a to co miało być solówką, nie przepraszam, tego nie da się określić, nie da się nazwać żadnym mianem i oddać żadnym słowem…  pewnie wrzucę wam fotkę, jak nie zapomnę. Zwłaszcza dla jednych takich Czerwonych Paznokci ;) :).

Wieczór to dalsze lansowanie i rodzinne i indywidualne. No i z tym jest niejaki problem, bo alkohol lubi dym. Nielaty lubią stawać okoniem, a czas jest coraz bardziej wymierny, jest go coraz mniej, i coraz bardziej przeraża. Przed alkoholizowaniem się moim nieletnie istoty trafiły do domu. Nielat oprotestował stan rzeczy i w wyniku wymiany poglądów, otrzymał zezwolenie na wymarsz z koszar, ale z jednym założeniem: musi wrócić przede mną do koszar. Bądź mądry człowieku, skoro w moim przypadku powrót nastąpić w ciągu niespełna godziny, może dwu, ale i bliżej świtu, czy nawet południa…

Wróciłam do domu w okolicach 23,30, dając tym samym Nielatowi dość czasu, aby odprowadził koleżanki do domów i sam wrócił na czas – tj. przed moim powrotem.

O tym jak ostatnio podle się czuję w pewnym zakresie (starość czuję panie drogi, zmęczenie materiału), jak czas pędzi nieubłaganie to wieczór świadczył sam za siebie ten sobotni. Koncert Lady Pank wysłuchany aż nad 1 piwem, w trzeźwości własnej, i względnej koncertujących, gdyż nie gubili słów, ani zwrotek w piosenkach, koncert odbył się od początku do końca, a wokal spadł ze sceny dopiero po ostatnim bisie, a nie w pierwszych taktach, jak już bywało. Bisów też mniej było, niż kiedyś bywało, a sam koncert oparty na najlepszych (najstarszych) kawałkach, może nieco tylko podrasowanych. No i dobrze, bo te „nowe” kawałki, to już nie to co kiedyś…

Po koncercie po jednym, szybkim piwku w ulubionej niegdyś knajpie… tak, czas nie stoi w miejscu. Wystrój niemal ten sam, ale ludzie już nie ci sami. już nie ma kelnerów i barmanek, które pytają: to co zawsze?, które wiedzą, że na weekend tego, czy tamtego nie wrzuca się do lodówki, bo jedna klientka od zmrożonego alkoholu traci głos… Tylko twarz na przeciw, i po prawej gdzieś z boku kolejna, znajome, choć i na nich czas pozostawił piętno. M. prawie wyłysiał, a wszystkie się w nim kochałyśmy, a P. – jaki był, taki jest.

Kurcze, jak wstawić w tego cholernego zmienionego bloga durnego filma z youtube… nic nie działa, a przynajmniej nic nie działa w tym moim szablonie :| :(, a może ja ciemna całkiem jestem, co bynajmniej nie jest wykluczone.

no to…

10

No to… we wrześniu jadę do Rumuni. I nic to, że mnie na ten wyjazd nie stać. Nic to, że mam pińcet tysięcy innych wydatków, znacznie pilniejszych i pierwszej potrzeby. Nic to, że dach, że opony zimowe, że Ferdek znowu nie domaga, że podręczniki, że… tu lista jest długa, oj długa.

Telefon – odbieram: Jesteś wpisana na listę wycieczki. Wpłaciłam za Ciebie zaliczkę. Do końca tygodnia mi zwrócisz. Nie dziękuj. Podziękujesz po wycieczce.

Super, ekstra, git. Uwielbiam być wmanewrowana. Notorycznie jestem wmanewrowana. I przez co? Przecież moje zdjęcia nie są wyjątkowo świetne, ale widać dość dobre, aby znęcać się nade mną i zmuszać mnie do wydatków, na które mnie nie stać. Tak więc, zajęcie dodatkowe, pilnie poszukiwane. Najlepiej od teraz i zaraz i już. Tylko, jakoś z tymi dodatkowymi odpłatnymi zajęciami posucha panuje… No i co ja mam zrobić? No co?

Czy wspominałam, że nie lubię, bardzo nie lubię, a nawet cholera mnie bierze, kiedy ktoś decyduje za mnie? Nienawidzę, kiedy ktoś podejmuje decyzję, które ja podjąć powinnam.

Inna rzecz, że Rumunia zawsze mnie ciekawiła. Już kiedyś oglądałam ją z drogi, zza ogromnego ogrodzenia z siatki. Biedne, małe domeczki, jak pudełka po zapałkach, szaro-bure i nijakie, na tle zniewalającej zieleni i gór. Tak, to było za czasów gdy jeszcze komunizm nami i całą tą częścią europy rządził. Oczyma trzynastolatki jawiło mi się coś bardzo tajemniczego, coś co za tym ogrodzeniem i ‚tekturowymi’ domkami kryje wspaniałą i mroczną historię…

 

Ciekawostka jeszcze… bielizna damska, która ma 500 lat… a podobno niemal jeszcze w XVIII biegałyśmy bez majtek… i co drodzy Panowie – łyso wam? … och te troczki :) (klikać w tekścik o majtaskach)


  • RSS