demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: o wszystkim i o niczym

po detoksie

8

Ogólnie, to można się przyzwyczaić do tego, że nie jest się non stop on-line. Zupełnie spokojnie. Zwłaszcza, gdy na emilka przychodzą tylko tony reklam i co najwyżej sporadycznie wpadnie jakaś inna, zwyczajna wiadomość. Zaczęłam rozważać zafundowanie sobie wersji „pro”, która podobno jest bez reklam, kiedy jednak doczytałam bliżej, to owszem, jest bez reklam tych wysyłanych przez dostawcę usługi pocztowej, ale już niestety wszelkie pozostałe spamerskie dziady, nadal będą człowiekowi życie zatruwać. Z drugiej strony, gdyby nie spamerskie serwisy, mogłabym się poczuć zapomniana, i lekceważona, czego objawem byłaby pusta skrzynka. Tak więc źle i tak więc nie dobrze. Zostawmy jednak problem spamu w emilkach, bo to taki temat zastępczy jest z gatunku jajka i kury oraz co było pierwsze… jajko, czy kura.

Jestem, mniej więcej. Żyję. Mam się całkiem dobrze. Mam też kilka rzeczy do przemyślenia oraz kilka niechybnych zmian do wprowadzenia, ale na tę chwilę jakoś nie mam do nich zacięcia. Zmiany oczywiście należą do tych mniej przyjemnych zagadnień codzienności. Malo tego, staram się je ogarnąć i wprowadzić od dłuższego czasu, ale… jak rozstać się ze słodyczami? No ja się pytam – JAK? Wzdycham więc raz po raz i nadal nie mam sensownego rozwiązania dla tego, konkretnego i ważkiego problemu. Drugim niechybnym problemem do ogarnięcia jest to, że czas więcej się ruszać, albo mój człowiek za chwilę zacznie się toczyć, gdyż złapie kształt idealny… czyli kulę, a kule się toczą przecież.

Nie byłoby w tych moich przemyśleniach nadmiaru frustracji gdyby problemy były ważkie i istotne dla życia, a tak, są miałkie, i świadczą tylko o gnuśności i o tym, że tak na prawdę, poza względnym dobrobytem, to ja problemów zdaje się nie posiadam większych. Mam co na grzbiet włożyć, mam dach nad głową, pełne szafy, lodówkę i szafki i zero przymusu i chęci do czegokolwiek. Co więcej, dobrze mi z tym, a jakiekolwiek zmiany w tej materii omijam łukiem szerokim i pozostawiam innym poszukiwaczom przygód. Młody nawet stwierdził wczoraj, że mu matka zdziadziała, a ja mu na to, że zwyczajnie, dorosła i już nie jest młodą matką małego chłopczyka, tylko panią w wieku średnim i matką dorosłego mężczyzny. Młodemu się to zupełnie nie spodobało, gdyż dorastanie zdaje się być dla niego zupełnie zbędnym procesem życiowym… jako i dla mnie też.

Do tego też pogoda nie nastraja zupełnie w żaden sposób pozytywnie do czegokolwiek, gdyż, ubiegły, na moich krańcach kraju, bardzo ciepły tydzień. Zdaje się, że jedyny najcieplejszy tego roku, przesiedziałam oglądając go przez okno, a ten, kiedy mogłabym pomarudzić i ze słońca oraz ciepła skorzystać, to jest mokro, pochmurno i zimno. Kaszanka znaczy się i tyle z tą pogodą. Ogólnie to ktoś mógłby oddać nam to lato.

Przez czerwcowy romans z siłownią, teraz cierpię na nadmiar czasu. Normalnie mam posprzątane, obiad zrobiony i zjedzony, pralka się pierze, a tu jeszcze tyle czasu do tego żeby się do wyrka wrzucić! Normalnie to strach się bać co mi do głowy przyjść może. No bo na ten przykład, tak ja wiem, że od „no bo” to zdania się nie zaczyna, jednak ja niereformowalna jestem, więc, no bo na ten przykład, przedwczoraj, to ja już o 19 pod kołderką byłam i telefoniczne pogawędki spod kołderki prowadziłam… wczoraj, aby się nie skończyło jako i przed wczoraj, to ciasto upiekłam. Pomijając koszty liczone w złotówkach, od pieczenia codziennie ciasta zależne, to należy wspomnieć o tych dodatkowych kosztach, tzw. ukrytych jakie generowałoby codzienne pieczenie smakołyków. Niewątpliwie, chociaż szafa moja ilościowo, jakościowo i rozmiarowo bardzo jest zróżnicowana, to jednak, przy codziennym pieczeniu, mogłoby się okazać, że jednak jest nie dosyć obszerna.

Jak bardzo się nie wiem co mam ze sobą zrobić konstruktywnego, to widać po niniejszej notce. Mam w prawdzie zajęcie, gdyż pazurki mogłabym pomalować i tak się właśnie zastanawiam na jaki kolor. To poważny jest problem. Mogą być w miętowym modnym odcieniu, mogą być różowe landrynkowe, mogą być fioletowe, mogą być żółte jak mniszki lekarskie w maju, mogą być czerwone, pomarańczowe, złote, niebieskie… Gładkie, w ciapki, paski i kropeczki oraz z nalepkami. Więc w ferworze możliwości u łapek górnych pociągnę je tylko odżywką typu „8 w jednym”, a u dolnych łapek pewnie miętowy zwycięży.

No i jak już skończę się nudzić, to powieszę pranie, bo pralka je skończy do tego czasu, a później wezmę sobie piwko, usiądę na balkonie, wdychać będę zapach wieczorny moich balkonowych chaszczy, i dumać będę nad tym i owym, i wzdychać sobie będę, że kurcze, zamiast o zimny plastik krzesła, albo ewentualnie może miękką poduszkę, wolałabym się o jedno takie stworzenie oprzeć i tak sobie siedzieć, i nawet nie żeby coś mówić, tylko tak sobie siedzieć i siedzieć, i siedzieć…

Ewidentnie, chyba muszę sobie poszukać jakiegoś zajęcia, bo nic nierobienie nie bardzo mi służy. dobra, to idę szukać natchnienia, a może piwka, a skoro tak mi dobrze się pisze samo o niczym, to jeszcze pendraka wytargam z szuflady i kilka linijek mu dopiszę. Zwłaszcza, że Nielat właśnie sę zmywa, więc i muze zapodać będę mogła tę moją, właściwą.


  • RSS