demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: niedziela

Pomimo permanentnego deficytu czasoprzestrzeni, kilka chwil na spacer musiałam znaleźć. Niestety, moje rozliczne zajęcia mają jedną wspólna wadę – wszystkie są właściwie siedzące. Nigdy nie szczyciłam się wyjątkowo okrągłymi pośladkami, ale obecnie chyba uległy całkowitemu spłaszczeniu. Jeśli nawet jeszcze nie do końca, to już raczej jest do tego bliżej niż dalej. Każda chwila, którą można więc wykorzystać na to żeby się poruszać jest na wagę złota. Nawet jeśli to tylko spacer po bliskich okolicach, popołudniem niedzielnym. Lepsze to niż nic. Odrobina dotlenienia zawsze się przyda. A niedzielne popołudnie wyglądało mniej więcej tak:

szaro, buro i mokro

12

Normanie, to chyba dziś spod koca nie wyjdę. Nic do takiego forsowania człowieka nie zachęca. Za oknem jest szaro i buro od resztek pośniegowej brei, a do tego mokro i błoto po kolana. Nie mam kaloszy, protestuję i zostaję pod kocem. Może coś poczytam, może coś pooglądam. Na teraz to lekkie sprzątanie linków przeprowadziłam.

Dzisiaj w prawdzie niedziela, ale co popatrzę na okno, to mam ochotę firanki wrzucić do prania. Normanie Tośka (czarne kocie futro przytargane przez Młodego) jedną całą upaprała niemożebnie. Gdyby byłą człowiekiem, to jej samej i to w ręcach kazałabym te firanki prać. Nie wiem, może Młodego pogonić. W końcu to jego zwierzę.

Mam też do skrócenia zasłony do pokoju Młodego, bo tam tylko krótkie wchodzą w grę. Jak je skrócę, to zostanie jak nic jeszcze na poszewkę na poduszkę do kompletu. Może więc by maszynę wyciągnąć, tyle, że nie mam akurat nici w odpowiednim kolorze. :( Dobra, każda wymówka jest dobra, jak się jej intensywnie szuka.

Może się szarpnę i stelaż pod materac sobie wymyślę. Taki stelaż który wejdzie do Wersalowych apartamentów, gdyż spać na czymś trzeba, a żaden standardowy się ne zmieści. Zwyczajnie, mam do dyspozycji 196 cm podłogi na szerokość. Chytry plan skrócenia gotowca przeszedł do lamusa po dokonaniu kilku realnych pomiarów. To się nie da. Trzeba autonomiczną konstrukcję wymyślić. Mam już nawet wizję, tylko gorzej z materiałami do realizacji tej wizji. Drewno wyjdzie drogo, a sklejka  nie znam się na tym. Myślę o płycie jednej takiej, tylko kwestia kątowników do połączenia elementów. To i tak do lata projekt musi poczekać. Malowanie płyty o tej porze roku mało mnie kręci.

No i tak mija sobie niedziela. Chętnie od maszyny i projektowania mebli zwiałabym w plener z Perełką, tylko ten brak kaloszy. Nic to, byle do wiosny, a może przymrozi jeszcze po drodze? Mnie tam w sumie wszystko jedno, bylebym w błocie po kolana nie musiała się taplać…

sama nie wiem

11

Kilka spraw pląta mi się po głowie i sama nie wiem co z tym, czy owym zrobić mam. Ogólnie to wiem, że nie można mieć wszystkiego, że tylko ograniczoną ilość srok można na raz trzymać za ogon, ale… nie bardzo mogę z czegoś zrezygnować.

Wczorajsze trzymanie kciuków pomogło. Dziękuję uprzejmie. Tyle, że teraz to mam dylemat. Jednak tydzień w jedną, czy drugą stronę w jego rozwiązaniu nic nie zmieni, nie ma więc gorączki z decydowaniem.

Chyba czas wysupłać się z koca i wyprowadzić mojego człowieka na zakupy, gdyż tak się składa, że jak nie ma mleka to nie ma co jeść na śniadanie… pieczywa też nie ma. Wyjadłam w prawdzie resztkę biszkoptów z herbatą, ale… nie powiem abym się najadła jakoś bardzo… mam w prawdzie pół butelki damskiej ‚pina colada’, ale to raczej kolacja niż śniadanie…

Miłej niedzieli… i tak… wybieram się dziś do pracy… choć nie wiem na którą godzinę.

niedziela sobie jest

6

Zaraz wychodzę do roboty, jeszcze tylko fartuszek sobie uprasuję, oko podmaluję co by nie straszyć i idem. Dwa ostatnie dni miały mały ruch. Z jednej strony to dobrze, bo nie padam na pysk z wyprucia, ale z drugiej już tak dobrze nie jest… każda godzina mniej, to mniej kasiorki, a ja mam majstra umówionego!

Dziś nie będzie pozytywów. Sąsiadka gotuje obiad, który pachnie tak apetycznie, że  wymiękam i mam problem z koncentracja. Więc nie dam rady się skoncentrować na czymkolwiek poza jedzeniem. A jak się urwę na Włości to zwyczajnie machnę sobie znowu ciasto ze śliwkami, brzoskwiniami i kruszonka, bo mi wczorajsza szarlotka, co to ja szefowa piekła, tak zapachniała, że zwyczajnie mam permanentny ślinotok.

Fantazje ze słowem fartuszek – macie jakieś? Podzielicie się? :) :P

pogoda barowa

6

Określenie to nabiera nowego wymiaru dla mnie. Zawodowego. Nie zmienia to jednak stanu rzeczy, że śniadanie samo do mnie nie przyjdzie i muszę się po nie wybrać osobiście, a tam pada i zimno jest. W ramach rozpusty pewnie Ferdkiem pojadę. Zakupy za to, to konieczność, bo nie tylko śniadanie mi wyszło, ale i pasta do zębów i, nie oszukujmy się, jak się wpadło pod kosiarkę to i żel, albo pianka jakaś, się przyda.

Trzeba by się pozbierać z tymi zakupami, bo jeśli na 14.00 miałabym iść do pracy to czasu wiele nie ma. W grafiku mam na 17.00, ale grafik czasem żyje własnym życiem. ;)

Na życie też nie mam jakoś specjalnie. Pewnie dlatego, że teraz zupełnie nie wiem czego chcę, a raczej na chcenie czegokolwiek nie mam ochoty.

Tyle mojego, że złapałam dziś odrobinę słońca. Nie za wiele, żeby się nie upiec. Mało sypiam ostatnio i bez problemów z poparzoną skórą. Czekam, aż zmęczenie weźmie górę, ale jak tak dalej pójdzie to zapukam do drzwi dohtorka i poproszę o jakąś receptę. Leżenie i patrzenie w sufit zdecydowanie źle mi robi.

A właśnie, właśnie. Udało mi się wczoraj wyłgać z dyskoteki, na rzecz pifka na ryneczkowym ogródku. Oczywista, oczywistość, że na znajomków człowiek się napatoczył i tu zong nie byle jaki. Zwyczajnie, zajęło mi z 15 minut zanim przypomniałam sobie jak ma na imię kolega z którym nie jeden raz się wódkę i piwo piło… okazji było nie mało kiedy pomyśleć, że się ze 20 lat znamy… Całe szczęście, że „chłopaki” meczem zajęci byli. Kilka słów jedynie z PH na szybko, jak zawsze, co jak zawsze zbulwersowało S. (no bo MECZ, świętość znaczy się… miałam mu ochotę powiedzieć: też Cię lubię… z sarkazmem rzecz jasna, ale na bulgot głosem kastrata nie miałam ochoty), drugi P. jak zwykle we własnym wymiarze i własnej czasoprzestrzeni, no C., którego imię niepamięć pochłonęła… C. jak zwykle szukający swojej księżniczki z obleśnymi, kaprawymi, brązowymi oczkami i małym czymś… nie pytajcie skąd wiem, nie sprawdzałam osobiście, nie czułam nigdy takiej potrzeby, ale wieści w małym mieście rozchodzą się lotem błyskawicy…

Miałam się jeszcze w drodze powrotnej na dom załapać na imprezkę u sąsiadki co to przyjechała na chwile z Włoskiej ziemi do domu rodzinnego. Na urlop raptem, bo i praca ściga i dzieci tam do szkoły chodzą, więc czasu nie za wiele na siedzenie w rodzinnym gnieździe, jak własne się na dalekiej ziemi uwiło. Odpuściłam jednak. Nie ma co wisielczym humorem psuć innym zabawy, a zwłaszcza, że senność po chmielu poczułam, a to towar na wagę złota ostatnio.

Dodatkowo się dowiedziałam, że myślę niestandardowo, co zbija ludzi z tropu, bywam za bystra, kieruję się niekobiecą logiką, a do tego mam „wytrawne” poczucie humory… znaczy się nie wiem nadal czy je mam, czy go nie mam, ale chyba lepiej sądzić, że ma się jakieś specyficzne, niezbyt zrozumiałe niż żadnego… starczy, że oględnie jestem zakuty głąb kapuściany jako kobieta… dlaczego? To proste. Bardzo duża jestem dziewczynka, a do wczoraj nie wiedziałam, że w głowie kobiet żyją dwa zwierzątka: Botaki i Niebonie…

… a rano trzeba do pracy iść…


  • RSS