demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: muzyka

telegraficznie o weekendzie

8

Telegraficznie, bo znowu bez fotek, gdyż siedziałam cały weekend na 4 literach i nigdzie poza mieścinę nasza smętną się nie ruszyłam. Po kolei jednak.

Tak poza tematem, to co się stało z pogodą? Ktoś coś wie na ten temat? No bo jak to, to tak? No ja się nie zgadzam! Jeszcze ten tydzień zamawiałam z ładną pogodą… zdjęcia chciałam popstrykać na trasie, a tak to w deszczu to co ja pstrykać będę?! No co? Nie bawię się tak. (Foch)

Wracając do tematu wyjazdowo – spodniowego, to doszłam do wniosku, że jeszcze może uda mi się jakieś pasujące portki w drugim obiegu nabyć. Skoro w pierwszym nie ma, to może w drugim coś się trafi. Wstałam więc sobotnim świtaniem, i zwarta i gotowa ruszyłam na łowy. No i złowiłam, tyle, że nie koniecznie portki. Złowiłam reprymendę. Jak nic. Jak z Końca świata, nad sam Bałtyk. A było to tak, że na łowy wybrałam się z z koleżanką E. Przemierzyłyśmy teren łowczy wszerz i wzdłuż, i z boczku ulokowałyśmy się celem przeglądnięcia i segregacji łupów. Oczywiście, każdy łup należało obejrzeć, przymierzyć, oraz omówić pod kątem przydatności lub urody własnej. Mierzę więc, na podkoszulek rzecz jasna, jakiś łaszek, chyba sukinusię, albo coś i mówię do znajomej, że: „Wyglądam w tym jak rasowa plebejka i nic tylko mi grabie, albo widły dać do ręki oraz stado gąsek do pasania.” O jeju! Co ja sobie narobiłam! Jakiejś kobiecinie bardzo nie spodobało się określenie „plebejka”. Jak nic, poczuła się urażona do żywego, i zaraz mnie sztorcować, i zaraz, że ona sobie nie życzy słuchać takich rzeczy! Oraz, że to nie ujma być ze wsi! W pierwszej chwili zaniemówiłam. Ani do kobity nie gadałam, ani nie krzyczałam na całą paszczę. O co jej „kaman”?  Ta dalej swoje. Więc stwierdziłam, że po pierwsze to mówiłam o sobie, a ja nie czuję się gorsza ze względu na swoje pochodzenie, po drugie to zupełnie nie mówiłam tego ani do niej, ani o niej (nie znam wszak kobity, a po trzecie, już głośno, żeby i mnie słychać było w owym przybytku, że zdaje się podsłuchiwać nie jest ładnie, bo nic innego to nie było, gdyż zdecydowanie nie do niej mówiłam… czyli PODSŁUCHIWAŁA! Zamknęła paszczę i już coś pod nosem mamrotała. No, ale ogólnie kawę miałam załatwioną, na sobotę, bo ciśnienie mi podniosło babsko jedno.

Czy coś kupiłam – a pewnie, że kupiłam, Młodemu podkoszulek, a sobie portki, tyle, że nie czarne, ani nawet nie granatowe, ale popielate… zawsze to coś nie dżimsowego, a do tego zmieściła się w nie moja niewymowna, a znad paska nie wylewa się Niagara sadła. Będą. Na raz w sam raz. No i jeszcze bluzie sobie kupiłam… o 2 rozmiary za dużą, ale jak nie odszukam swojej motywacji z wiosny do różnych rzeczy, to i te 2 rozmiary może do końca zimy okazać się niewystarczającym zapasem objętości. No i jeszcze miałam zakusy na czarny gorset z futerkiem, ale nie miałby mi go kto sznurować, więc sobie go darowałam, a nówka był, nie śmigany i z metką i w odpowiednim rozmiarze… to tak w ramach notki poprzedniej. Reszt soboty przebimbałam. Czyli ogarnęłam Włości, pranie i pieczenie.

W niedzielę zaś wybrałam się na mini recital dziewczyn z prywatnej szkółki wokalnej z naszej mieściny na końcu świata. Było za darmo, a jedna z 3 dziewczyn akurat z Młodym do klasy chodziła w gimnazjum. No cóż, śpiewać każdy może, każdy głos może wyćwiczyć, większość ma nawet talent, ale charyzma głosu to prawdziwa rzadkość. Z 3 dziewczyn, charyzmę posiadała tylko jedna. Oj ta barwa, oj ta siła, oj… tylko repertuar nie do końca dobrany do możliwości, no i szkolne maniery, które skracają możliwości, nie pozwolą jeszcze ulecieć pełnej sile… to taka poczwarka z zadatkiem na niesamowitego bluesowego motyla. Jeśli jej się uda to śpiewanie w życiu, to pierwsza popędzę po jej płytę, żeby sprawdzić czy jest ten motyl na wolności, czy też komercja go tłamsi.

Nie wiem gdzie ten czas mi tak umyka. Rozchodzi się pomiędzy przestrzenią i obowiązkami. Jednak, udało mi się na chwilę zatrzymać w czasoprzestrzeni i w piątkowy wieczór posłuchać Hanki Wójciak i Czeremszyny. Dużo energii, jeśli ktoś lubi ten rodzaj muzyki. Ja lubię, wiec łapałam nutki i oglądałam z A. co tam na kramach, a na kramach. Mizerota. Tak, mieliśmy w mieście takie tam doroczne spędy kulturalno – rozrywkowe. Doprawdy, takiej kiepścizny to od lat nie widziałam, ale co się dziwić, na tydzień przed nigdzie nie było planu imprezy, ani informacji o artystach, natomiast straganiarze dowiedzieli się co mogą i jak … na 2 dni przed imprezą, choć zgłoszenia były zbierane o wiele wcześniej… organizacja – porażka. Tak jakby się nie chciało nikomu o to zadbać i jakby zrobili to z przyzwyczajenia, bo to impreza już z ponad 10-letnim stażem.

Sobota, cóż, miał być wykład i ziołach, ale okazało się, że niekoniecznie wyglądało to tak jak wyglądać chyba miało. Do tego brak opisu co dzieje się  w „wiosce zielarskiej”, że pogadanki i, że rozpiska jakakolwiek, gdziekolwiek – abstrakcja, i próżno by szukać. Kolejne rozczarowanie.  Wieczorem za to kolejne rozczarowanie muzyczne. Howerla się to nazywało, do kotleta może być, na wesele do gorzałki też, ale szału nie ma. Gdyby nie bimberek G. to ciężko byłoby tego słuchać, oj ciężko.

Niedziela jak to niedziela, przyszła zbyt wcześnie. Noc była zbyt krótka, a poranek uratował sok z grejpfruta i mocna, czarna, i słodka kawa. Gdyby nie to, pewnie zmarnowałabym cały dzień, a tak zmarnowałam go i tak, tyle, że na sposób niedzielny – robiąc nic i muffinki… muffinki, bo Młody oprotestował brak ciasta, jako i reszta rodziny, a robiąc nic – bo w końcu niedziela to dzień święty, więc sobie leżałam i czytałam, a szkoda, bo na zewnętrznym było całkiem ciepło i sucho, a dziś… dziś niebo jakby się zapomniało i nie wiem, podłogi myją i im deski przeciekają, a może ogródki podlewają działkowe wszyscy święci.

Straty po weekendzie: 1 kolczyk, który cholera wie kiedy i gdzie przepadł w niedzielę, i wymiana okularów – Ledwie przeżyły zderzenie z latającym flakonikiem perfum przed kilkoma tygodniami, ale zderzenia z nadmiarem gestykulacji już niestety nie, a że padło znowu na prawe szkło… nie wiem, może uda się samo szkło wymienić, a nie całe okulary.

co tam panie w trawie piszczy

8

Sekretarka Bożeny pyta czego słucha Demirja. Demirja słucha dziwacznych rzeczy i zupełnie jej to pomaga na niemyślenie o różnych rzeczach, które chyba sobie adresy pomyliły i wszystkie jej się na głowę zwalają jak nic. Co jest o tyle zastanawiające, że wszelkie internetowe wróżki, dawały Demirji nadzieję na to, że bieżący rok będzie lepszy od poprzedniego i że będzie po prostu dobry.

Niestety jakoś te dobre rzeczy mnie omijają, a te same wróżki internetowe mówią mi, że wszystko co mnie spotka ma coś na celu, a jest tak jak jest, bo weszła Demirja na ścieżkę rozwoju duchowego. Tak sobie myślę, że to raczej nie ścieżka, a przynajmniej droga szybkiego ruchu, a jak dalej w takim tempie będzie wszystko się kręcić, to w listopadzie wyląduję na niemieckiej autostradzie.

No i tutaj to mam zagwozdkę, z tą autostradą, w sensie, że na poważnie się zastanawiam, czy to jest jeszcze przenośnia (do tego, że tam ograniczenia prędkości są względnie traktowane, a sama jezdnia ma rewelacyjną nawierzchnię), czy też może jednak już nie jest to wizja przenośni, co do mojego rozwoju duchowego, ale widmo mojej przyszłości zawodowej. Nie żebym miała cokolwiek do swojej obecnej pracy. Nie, nie. Moja obecna praca całkiem mi odpowiada, wolałabym też jej na tę chwilę nie zmieniać, gdyż nie czuję takiej wewnętrznej potrzeby, ale… mam wrażenie, że potrzeba zaczyna czuć mnie. No i, że są takie ludzie, które tej potrzebie starają się pomóc jak tylko mogą, choć może niekoniecznie powinni. Właściwie to nie powinni, właściwie to społeczne założenie głosi, że ci ludzie akurat to powinni przeszkadzać takiej potrzebie. Dlaczego zaś niemiecka autostrada… bo jest w sumie całkiem blisko i tam nikt nie pyta o przeszłość i kwalifikacje zawodowe… a przynajmniej tak mi się wydaje i tak słyszałam z opowieści drobnej treści tego, czy owego znajomka.

Więc tymczasem, aby znaleźć w sobie owo magiczne ZEN słucham sobie tego i owego, a czego takiego – to Droga moja Sekretarko Bożeny – kilka przykładów poniżej. :)

P.S. – ptaszków świerkających jako muzyka relaksacyjna nie znoszę. Działają mi na nerwa i powielają go. Znam rzecz jasna lepsze metody na to aby swojego człowieka w stan spokoju wprowadzić, ale… kurcze, prozaicznie – w sandałach, o tej porze roku w góry się wyjść nie da… zaś co do reszt sposobów sprawdzonych o wysokiej skuteczności… cóż wymagają czynnego współudziału…

P.S. – zbereźnicy – taniec miałam na myśli TANIEC (to, że nie umiem, nie znaczy, ze nie lubię, i że mnie nie relaksi, ale sprawia mi najwięcej frajdy w duecie lub grupie solo… to inna razą :P) :P

fascynacje

10

Są w życiu chwile, które potrafią rozpędzonego człowieka zatrzymać w miejscu i wnieść w wyczerpane i zmęczone codziennością życie nową energię i nową siłę. Taki był piątek. Mocno na deficycie snu, po prawie bezsennej nocy, bez większej ochoty, ale jednak doszłam do wniosku, że chociaż nie obiecywałam bardzo mocno, to jednak pozostawiłam cień nadziei, że jednak będę. Tak więc, z radosnym bezmyśleniem, gdyż mózg mój oddalił się na niebieskie manowce, udałam się wraz z A. i D. no i oczywiście małym Janciem na koncert. Warto było. Pomimo zmęczenia, pomimo oczu, które same się zamykały i po mimo problemów z koncentracją. Warto było, bo po godzinie z niewielkim okładem, wyszłam z nowymi siłami i zupełnie opanowując zmęczenie, udałam się jeszcze z A. na lampkę kosmicznie drogiego wina… bo skoro święto wina w mieście było, to zaszaleć też przecież można…

To co polecam, acz myślę, że nie w każdy gust trafi, to multiinstrumentalne kompozycje muzyczne. Kompozycje, w których spotykają się instrumenty z różnych części świata, z różnych kultur i z tak bogatym zestawem dźwięków, że po prostu – ja odpływam. Mogłabym godzinami i bez końca. Na żywo, rzecz jasna to zupełnie inne doświadczenie niż z youtube, ale… posłuchajcie sami… :)

Przedstawiam Państwu – oto Matragona we własnych dźwiękach :)

… w Internateach one Grajki som TU

nie mam zacięcia do pisania

6

To nie tak, że nic się nie dzieje, że siedzę i się roztkliwiam nad sobą. Właściwie jest wręcz przeciwnie. Nie bardzo mam czas na to roztkliwianie, choć nadal trwonię go na zbyt szczegółowe myślenie o wszystkim. Staram się wszystko porozkładać na drobne elementy i zrozumieć. Zrozumieć, być może coś, czego zrozumieć się nie da, bo trzeba to przyjąć takim jakie jest – właśnie dlatego, że jest… i dziękować, a nie wymyślać i cudować. Jednak, po latach myślenia, nie da się z dnia na dzień nie myśleć i nie kombinować (w głowie). Więc sobie myślę i kombinuję, i co więcej opisuję, rozrysowuję, bazgram i notuję… tyle, że w zeszycie.

Z pisania wielu rzeczy tutaj już i tak wyszły niedomówienia. Niestety, są osoby, które zapominają, że blog to tylko część, to tylko fragment, określony wycinek rzeczywistości. Nie jest i nigdy nie będzie obrazem całości i pełnym odzwierciedleniem rzeczywistości. To ten fragment, w którym zbieram swoje bardziej rozsypane myśli, emocje i nastroje. Dlatego niezbyt często pojawiają się radosne doniesienia, bo… nie jest to pamiętnik do zapisywania codzienności, a zbiór emocji. Często tych, z którymi w danej chwili sobie nie radzę, co nie oznacza, że w ogóle sobie z nimi nie radzę. Wręcz przeciwnie, jak je już ujmę w słowa, ujarzmię, to dalej już sobie z nimi radzę. Mniejsza o to.

Żyję. Mam się nieźle. Weekend był długi i owocny, bo 2 dni w szkolnej ławie, gdzie dowiedziałam się paru ciekawych rzeczy, które mi do tej pory umykały, a mogą być przydatne nie tylko zawodowo, ale i prywatnie. Poniedziałek pełen gonitwy, bo Młody miał obiecane rozpoznanie przed zakupem tego i owego, bo jego wyjazd… aż na 1 noc. Normalnie ubawiłam się setnie przez niego. Cztery razy się przepakowywał w plecaku 60 litrowym i nie miał miejsca… i zabrał jeszcze mały plecak szkolny… Tia… najbardziej podobało mi się to, że bułki wylądowały w środku plecaka i zostały potraktowane śpiworem… :) Na koniec stwierdził tylko, że o niebo woli pakować się na kilkudniowy wyjazd niż na jedną noc oraz, żebym miała świadomość, że za 2 tygodnie znika na cały weekend bo oni jadą do schroniska… Droga Gosiu, czy to ten moment, że powinnam iść mu kupić paczkę prezerwatyw?… ;) Spokojnie – da sobie radę sam. Inną miłą, poniedziałkową rozpustą były pogaduchy z koleżankami i pyszny, duży kawałek tiramisu, a na deser dnia, jako wisienka na torcie – koncert. Taki mini koncert, zaprzyjaźnionego zespołu, w zaprzyjaźnionej knajpie, gdzie było i piwo i steki, i dużo, dużo dźwięków gitary, a jak wiadomo to dźwięki gitary są tym co mnie po prostu rozkłada na melomaniackie łopatki i mogę długo, dużo i pasjami… choć spokojnie, jeśli miałabym mieć do kogoś z tego składu słabość, to… cóż, wybaczcie kochane gitary, ale jednak zainteresowanie to chyba w okolicy perkusji… no i wyszłam na ignorantkę jeszcze, bo nie wiedziałam jak wygląda Adam Sztaba… cóż, sprawdziłam dziś (tak, dopiero dziś) u wujka Googiela… faktycznie – ta perkusja jest podobna do Adasia… i równie młoda. Spoko, nie rzucam się na małolatów, ale kto powiedział, że nie mogę ich nieco podręczyć i pomęczyć? Zwłaszcza, gdy nawet takie wygadane, wyszczekane i tak pewne siebie stworzenia ciągle jeszcze potrafią się speszyć. Tylko jeden plan na weekend się nie powiódł, bo miałam się upić i bryndza. Owszem wypiłam, i to nie mało, i to z niejakim zdziwieniem znikały kolejne desperadosy, a tu… bryndza i żadnego upojenia nadmiernego nie było, ba nawet lekkie szybko minęło, a i poranek był rześki, bez bólu głowy i zmęczenia.

A wieczór wczorajszy, to koncert pieśni patriotycznej w wykonaniu drużyny harcerskiej Młodego. Podziwiam ich. Młodość ma jednak siły niepomierne, gdyż po godzinie, czy dwu snu, i po całym dniu zmagań, wieczorem jeszcze zapewnić oprawę mszy, a po niej przez godzinę jeszcze śpiewać i grać na różnych instrumentach. Tak, cóż, poranek był dziś zapewne nie tylko u Młodego ciężki i trudny, ale liczy się to, że dali radę. To na prawdę fajne dzieciaki, i młodzi ludzie, bo kilkoro przecież ma już dowody własne w kieszeniach. Tak więc właściwie druga część tego długiego weekendu minęła mi całkiem koncertowo. :)

… hm… że powyższych kilka linijek przeczy linijkom, które są jeszcze wyżej? Nie, nie przeczy. Może czas, aby zamiast emocji zacząć opierać się tylko na spisaniu faktów. Takie tam: „Drogi pamiętniczku, dziś zjadłam dwa jabłuszka i oplułam Kaśkę, bo się krzywo na mnie popatrzyła, a ja na prawdę nie wiem o co jej chodzi, no bo przecież nie o to, że Marianek popatrzył na mnie, a nie na nią…”

Tak sobie zajrzałam do Ulibrzyduli (link po prawej jasna rzecz) i okazało się, że pisze Ona o czymś, czego jeszcze nie słyszałam. Kliknęłam więc tu i tam, bo nazwa bardzo absorbująca i intrygująca. Cała Góra Barwinków śpiewa tak (raczej słowa się liczą niż obraz ;) ). Oczywiście jest to pierwsza piosenka na jaką kliknęłam… cóż, życie to wredna s..ka jest i bardzo tendencyjna do kompletu jeszcze.

A swoją drogą to barwinki wyglądają tak… i kwitną dość wczesną wiosną, i mam do nich słabość od dziecka, i całą górę wspomnień z nimi związaną, a wyglądają one tak:


  • RSS