demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: marudzenie

na swoich śmieciach

10

Po blisko dwóch tygodniach udało mi się dotrzeć do Wersalu. O matko, córko i sąsiadko jeszcze. Moja „dżungla” się ewidentnie na mnie obraziła, w związku z czym, całe popołudnie zajęło mi jej reanimowanie, doglądanie, obskubywanie z suchych liści i podlewanie, a jeden badyl to się nawet doczekał przeprowadzki do nowej doniczki. Drugi musi poczekać z przeprowadzką do jutra, gdyż ziemi mi brakło, a jak potupam po ziemię, to muszę przyjrzeć się jeszcze doniczkom, bo okazuje się, że jeszcze ze dwa badylki potrzebują większej piaskownicy od tej obecnie posiadanej.

W tak zwanym „międzyczasie” okazało się, że kolejne fiołki mi zakwitły, ale najlepsze jest w tym, to, że nie przypominam sobie abym kupowała taki kolor. Być może kupiłam coś do reanimacji, bez świadomości kolorystycznej, ale tego sobie też nie przypominam.

To, że sobie czegoś nie przypominam, to jeszcze nie znaczy, że tego akurat nie zrobiłam, gdyż ostatnio miewam niejakie problemy z pamiętaniem różnych rzeczy, ale liczę na to, że mi minie, gdyż myślę, że to po prostu spóźniona reakcja obronna organizmu na minione dwa lata z lekkim okładem. Z resztą potwierdził to jeden Medyk uczony, oraz dorzucił, że może jednak mniej stresu, mniej szarpaniny, więcej relaksu i do tego ta nieszczęsna dieta lekkostrawna. Z dietą niby najłatwiej sobie poradzić, ale w praktyce to już jednak przyzwyczajenie nie jest łatwo ogarnąć, a poza tym to, jak tu zrezygnować z takiego kotlecika schabowego, którego całe życie od pacholęcia jeszcze, darzyło się miłością wielką i niecierpliwą. Z tym relaksem to też by się zdawać mogło pestka. Tylko pogoda nie chce współgrać. Normalnie jak mam wolne to pada deszcz przez pół dnia, a jak nie mogę się przemieszczać, to nie pada i już. Łąki też wzięły i się zamieniły w bele siana, bo teraz już mało kto i mało gdzie kopi siano. Teraz się trawę beluje niestety. Więc sobie nie poleżę na łące, patrząc na obłoczki i relaksując się w otoczeniu szumu pracujących owadów. Tak więc zamiast relaksu, to stres jest. No i jak tu słuchać Medyka?

Szczerze jednak przyznam, że gdybym teraz w domu posiedziała jeszcze tydzień lub dwa, to może udałoby mi się nieco zregenerować mojego człowieka, a tak? Tak pozostaje mi poszukać wewnętrznego zacięcia do poszukiwania sposobów na relaks. Sposobów zdecydowanie odmiennych od siedzenia przed monitorem, gdyż wiąże się to nieodmiennie z podjadaniem, a to mi akurat nie służy.

utkłam na ament

2

Papiery mnie przywaliły i po prostu mnie z nich nie widać. Niestety, nie zanosi się aby w najbliższych dniach było w tej kwestii lepiej. Tak, zdecydowanie człowiek spokojniej śpi o to czego nie wie i czasem lepiej jest powstrzymać się od tykania i porządkowania sterty sterty z etykietką: „Najspokojniej dla Ciebie będzie gdy wrzucisz to do niszczarki, bez przeglądania.”

Niestety, zaczęłam przeglądać to i owo. Więc mnie wciągnęło. No i natchnęło, weną, na wnoszenie poprawek, które nie zawsze są możliwe do pominięcia. Nie nadążam za Stolycą. Tam całe tabuny myślicieli i kombinatoryków,a  ja tu sama, jedna, maleńka… i na dodatek za skłonnością do czepiania się detali… kiedy cały otaczający mnie świat schodzi na manowce i wszystko po łebkach, żeby nazywało się, że jest… nawet jeśli nie na temat i byle co, że nie wspomnę, że byle jak i bez ładu i składu… ciężko mi. Ciężko mnie wychowali na początku mojej drogi zawodowej.

po świętach… i dobrze

9

Trochę mnie te święta kosztowały. Znaczy straty po nich odnotować muszę dosyć znaczne. Nie mam już ani blendera, ani miksera oraz nie posiadam jednej foremki do pieczenia. Tak jakoś wyszło. Z tego wszystkiego to najbardziej mi szkoda blendera i tych wszystkich koktajli, których przez jakiś czas nie wypiję, bo nie mam ich czym zmiksować. Mikser jakoś przeżyję, znaczy jego brak. Mam ubijaczkę. Chciałam napisać trzepaczkę, ale zaraz by Wam dziwne rzeczy po głowach chodziły. No i mątewkę też mam. Jednak ten blender… teoretycznie, część rzeczy można przez sitko przecierać, ale na to trzeba mieć czas i zacięcie… no i na samo wspomnienie tej techniki robi mi się lekko słabo, gdyż bywała stosowana gdy Młody jeszcze nie miał pełnej paszczy zębów, a mnie nie było stać na taki wydatek jak mikser z nożykiem… Na całe moje szczęście szybko nabył pełen zestaw zębów w paszczy i wzgardzał wszystkim co nie nadawało się do gryzienia. Teraz to jednak co innego. Nie chce mi się. Normalnie, ciarki na plecach. Jeszcze ta nieszczęsna blaszka babkowa. Wiem, zdolna jestem, gdyż Rodzicielka posiada blaszki do pieczenia, które są prawie w moim wieku i jeszcze służą, a ja swoją po 3 – 4 latach użytkowania zamordowałam. Zdolna jestem niesłychanie. Zwłaszcza w mordowaniu przedmiotów i innych takich też. Ludzi nie morduję. Przynajmniej na razie. Jeszcze nie. Kto to wie co to będzie. jak wojna będzie, to pewnie i mordować będę. Chyba, że wpierw mnie zamordują. Mniejsza o to.

Co do marudzenia, to bierze się z pogody za oknem. Normalnie ten śnieg mnie dobija. Może nie leżakuje, ale pada co chwilę, a na wyższych górkach rozpanoszył się i sobie zalega. Leży i się śmieje. Normalnie ileż można. Choć z drugiej strony, koreluje to z moim nastrojem i samopoczuciem. Ta pogoda znaczy się. Włączył mi się na wszystko olewizm, wdupiemanizm i wyjebizm.

A dziś, w ramach promocji, czeka mnie malowanie korytarza. No i normalnie, chyba kupię, zamiast mebli do kuchni, tę szafę do przedpokoju, gdyż tego ścierwa starego co to się całkiem rozłazi, czas najwyższy się pozbyć. Ogólnie, to chętnie wielu rzeczy pozbyłabym się z własnego życia. niestety, niektóre nie są łatwe do wywalenia, jak szafa, czy część ciuchów… niestety niektóre mnie jeszcze jakiś czas będą uziemiać. Trzymać w miejscu, lub kazać do niego wracać… już nie długo jednak. W to wierzę. W końcu prawnicy mają kosmiczne honoraria nie bez powodu,  ten umie na swoje rzetelnie zarobić.

kolejny tydzień

1

Nie bardzo mam o czym tutaj pisać. Ogólnie to wszystko zaczyna popadać w nową rutynę i nic więcej. Dni pracujące w pracy i na salonach Wersalu, weekendy pod kocem i na mamusiowych obiadkach. Niedziele przeczłapane w szlafroku.

Pogoda jak jest każdy widzi. Tu też pewna niezmienność jak na razie występuje. Osobiście wolałabym śnieg. Śnieg zawsze mnie wycisza i pozwala mi się pozbierać w jedną całość, a tu… takie przedwiośnie niby… czyli najgorszy dla mnie czas… i dni coraz dłuższe już też, i kolejny minął rok.

… którą z resztą właściwie już dopijam. Zastanawiam się też po co ją robię, skoro mam na nią względną ochotę. Jakoś ostatnio w weekendy kawa mi nie bardzo smakuje. Myślę, że to kwestia wody. Nie, to nie tak, że kawa mi nie smakuje jako kawa. O co to, to nie. Tym razem kwestia jest ewidentnie w jej smaku. W prawdzie próbowałam już różnych wybiegów, jak kupowanie wody w sklepie itp., ale to nie to. Więc tak sobie teraz siedzę i się zastanawiam, po jaką choinkę ja ją zrobiłam, skoro i tak jej nie dopiję? Owszem, przyzwyczajenie i odruchy to druga natura człowieka.

Inną kwestią jest to, że pojawiły mi się w kuchni jakiś czas temu muszki octówki, a może klozetówki… zrezygnowałam z owoców na paterze, warzywa upchnęłam do lodówki, ale na oknie została mi mała kwitnąca chryzantema… no i tutaj mam wrażenie, że jest problem uchowany. Problem wtórny, a nie pierwotny, gdyż te latające paskudy były już wcześniej niż kwiatek na oknie. Kwiatek zaś, o ile na początku pięknie kwitł, o tyle, obecnie obsycha. Bynajmniej nie zamordowałam go ani przelaniem, ani suszą… obsychają mu pąki, a moje okno, które notabene czyściłam ubiegłej soboty, znowu jest całe w ciapki.

Muchy to symbol rozkładu, więc moja wyobraźnia (która licha nie jest i miewa swoje zajawki i jazdy… nie oszukujmy się, jest genialna w tragifarsach i horrorach) podsuwa mi milion sugestii co do zaistniałego stanu rzeczy. No oczywiście, że jednym z elementów jest nawiedzenie domu przez złe moce. Mniejsza z większym, czy to li i tylko złe duchy, czy same pomniejsze, czy większe demony. Jednak moja wyobraźnia mówi mi, że coś jest na rzeczy… ba obraz ten potęguje to, że w wysprzątanej kuchni nie mają prawa latać mucholce, nawet te drobne. Do tego dodajmy to, że notorycznie coś wypada mi z rąk i robi się przez to bajzel… że o wronach kraczących za oknem, to już normalnie nie ma co wspominać, gdyż jawi się to jako oczywista oczywistość.

Od wielu lat ani nie oglądam, ani nie czytam horrorów, ani też nawet mocniejszych dreszczowców. Nie będę wam opowiadać co po obejrzeniu lub przeczytaniu potrafiła zaprezentować moja wyobraźnia… Nie pomaga relatywna świadomość, że to film, imaginacja, ściema i nie prawda, albo, że to fantazja pisarska… moja wyobraźnia przepuści to przez swoje trybiki, a później dogada się z podświadomością i… mamy kilka nocy bezsennych, bo koszmar z ulicy wiązów to pikuś…

Tym nie mniej teraz się oddalę od Tośka, celem pomarudzenia przy otwartych drzwiach lodówki. Nie żebym była głodna, bo ostatnio jakoś głodna bywam sporadycznie, ale na odzwyczajanie się od jedzenia przyjdzie jeszcze czas… niech tylko inflacja, ta której podobno nie ma, dalej sobie szaleje i cichaczem, nocą zapewne, ceny do góry szpikulcem dźga… 2.65 za litr gazu… porażka normalnie, bo miesiąc temu płaciłam całe 10 groszy mniej za litr… a wiosną bywało i 30 kilka groszy mniej za litr…

normalnie to co to za pogoda jest?

8

Piękny, śliczny i ciepły weekend to ja jak kłoda pod kocem spędziłam, a dziś co? Dziś sobie padywuje deszcz, choć wedle wszelkich prognoz pogody nadal powinno świecić słońce. Człowiek mi się zbuntował od nadmiaru czosnku i imbiru. Także ten, mam mały problem z jedzeniem. Bo ogólnie na jadłowstręt dziś cierpię. Co nie jest ani dobre, ani wskazane. Nie wspomnę o kaszlu. Na całe szczęście, katar odpuścił, choć nochalek mam niczym Rudolf (tak, ten renifer z kreskówki). Gdyby tak jeszcze jedna laska chciała odpuścić i zniknąć z horyzontów mojego życia, to normalnie byłabym prawie szczęśliwa i nawet mój kierownik by mnie tak nie drażnił, jak to miewa niechcący w zwyczaju.

Inna rzeczą jest, że zupełnie nie wzgardziłabym dzisiaj jeszcze i kocykiem i jakimś masażem rozgrzewającym, bo jednak moje mięśnie nie bardzo mają ochotę współpracować, że nie wspomnę, że wszystko waży tonę albo dwie.


  • RSS