demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: lekarz

Po jednym krótkim telefonie w dnu wczorajszym, mój długi weekend rozpoczyna się już dziś. Ponieważ będzie trwał do poniedziałku, włącznie z poniedziałkiem, to niniejszym będę przez 6 dni ciągiem poza pracą. Ostatnia taka rozpusta miała miejsce ze 3 lata temu (w maju na wolnym byłam 5 dni).

Tak więc, siedzę i piję kawę, maluję pazurki na wściekły różowy kolor i zaraz wskakuję w bloki startowe i ruszam. Dziś niespodziewanie szybki, krótki i mam nadzieję, w końcu sensowny, wypad do Krakowa. Niestety nie będę mieć czasu pomachać Adasiowi. Wrócę w środku nocy, a jutro będę odsypiać.

Jutro wieczorem  kino, a pojutrze – się okażę, co pogoda sobą zaoferuje.

spacerek medyczny

4

Od jakiegoś czasu, znaczy od listopada, staram się znaleźć przyczynę tego cholernego bólu stawów. Trochę mnie on już wkurza, zwłaszcza, że jest bardziej upierdliwy niż nieznośny, i czasem zwyczajnie go nie ma, żeby zaraz, za minutę był, a za pół dnia znowu go nie ma. Kilka badań zrobionych, kilka się opóźnia, bo np. pan doktor sobie klepnie długopisikiem w krateczkę z badaniem, które już mam zrobione, a które nie zmienia się w tak krótkim przedziale czasu, gdyż jest niezbyt precyzyjne (test ma niezbyt wysoką czułość), więc idę raz jeszcze i stukam do drzwi, i proszę o poprawienie, bo błąd jest, a tydzień kolejny mija, i mija następny, bo owo badanie robią w jeden dzień tygodnia. Nic to, jak dobrze pójdzie, to może się wyrobię przed wizytą u innego specjalisty, i będę miała już część badań za sobą. Choć pewnie nie raz jeszcze mi krwi upuszczą. Jak nie, to może sobie sama jej upuszczę – kupię jakieś pijawki lekarskie albo coś. Mogła bym iść trochę do stacji krwiodawstwa upuścić, ale z drugiej strony, skoro tylko diabli wiedza co mi jest, to może lepiej nie. Powoli jednak skłaniam się, za doktorem Googlem rzecz jasna, że wiem co mi jest i bez tych zgadywaczy z dyplomami. Owszem, mogłabym wybierać w szerokim spektrum chorobowym o różnym stopniu nasilenia i natężenia, ale ja skromna jestem, więc się jednym takim zadowolę, co jest upierdliwe do diagnozowania, ale za to łatwiejsze do życia i powiedzmy sobie szczerze, że czas w jakim się mi te objawy pojawiły, kiedy się nasiliły ich intensywność i kilka innych szczegółów, oraz możliwość współistnienia symptomów niejednoznacznych daje bardzo jednoznaczny obraz w moim przypadku, tylko, że obawiam się iż postawienie takiej diagnozy na zadupiu jest ograniczone w swoim prawdopodobieństwie. No i spoko, jeśli to jest to, to mogę być spokojna, gdyż tym się nie można zarazić, gdyż jest to po prostu ułańska fantazja, głupota zwyczajna i wiek w mało ciekawej konfiguracji i szczególnych proporcjach, a z tym to się człowiek rodzi. Podobno można to nabyć, ale tu liczy się tylko indywidualna i mocno zintensyfikowana praca własna. Cóż, a mówią, że głupota nie boli, ale za to od głupoty potrafi boleć cały człowiek, a przynajmniej potrafi boleć jego część, a która to już loteria jest. Tak więc czas zrozumieć chyba, że „sama” sobie to robię, a nie, że robi mi to jakiś zewnętrznie nabyty bakcyl.

Niestety, powyższe wywody nie obejmują prawego łokcia, który chyba czas prześwietlić, gdyż nadal boli, a akurat on miał uraz całkiem zignorowany.

przeglądy rozpoczęte

16

Na pierwszy rzut poszło podwozie. Moje, wszak samochodu nie mam nadal żadnego na stanie. Potupałam więc do doktorka babskiego, akurat trafiłam, że ktoś nie przyszedł, więc bez kolejki było. Przemilczałam zarzut długiej nieobecności spuściwszy oczęta ku podłodze celem liczenia plamek na płytkach podłogowych. Nie, żeby brudne były, tylko mają taki beznadziejny wzorek, jakby je farbą pociapał. No więc, kiedy już swoje posłuchałam, dohtorek się mi poprzyglądał, poprzyglądał, pozaglądał, pozewnątrz, powewnątrz i przez skórę też. Pouśmiechał się, zadał kilka pytań, jeszcze raz się poprzyglądał, skomentował moją cerę, że jak u nastolatki… no kurcze wiem, mam lusterko… i trądzik, którego lat temu… eee niech będzie, że daaaawno to było, ale go nie miałam i taki problem dla mnie nie istniał. Nie wiem, teraz odrabiam, czy jak? No więc na koniec wypisał badanie i kazał się zameldować za jakiś tydzień z hakiem… czyli jak wszystkie wyniki będzie miał… to pogadamy. Ja nie wiem, ten brak rozmowności u niego to chyba za karę, albo w promocji, bo zazwyczaj to gaduła z niego jest. W końcu znamy się kilka długich lat. Jasne, że miewałam romanse na boku, ale zawsze przecież wracałam… nie oszukujmy się, tylko on może mi wypisać skierowanie na badania bez konieczności ponoszenia opłat dodatkowych, a prywatny tylko ściąga kasę i za wizytę, i za badania mus zapłacić. Myślę, że moje poboczne, medyczne, romanse zdają sobie dobrze sprawę z tego, że pozostaję w stałym związku zalegalizowanym przez kontrakt NFZ, ale nie znaczy to, że stały związek musi koniecznie wiedzieć o romansach poza NFZetem.

Do sedna. Upuścili mi wczoraj z 5 litrów krwi. No nie dosyć, że dowiedziałam się, że blada jestem i mizernie wyglądam (nie mylić z wagą, bo tej to ja mizernej właśnie obecnie nie posiadam, wręcz w drugą stronę) to jeszcze po takich 3 wielkich fiolkach upuszczonych trudno żebym wyglądała lepiej. No nic, przeżyłam. Ba, nawet siniaka nie mam, co już jest wyczynem, bo akurat w tym laboratorium to one chyba przechodzą kurs rozpruwania żył przed podjęciem pracy, ale ma ono tę zaletę, że byłam siódma w kolejce, a w moim, najbliższym… najprawdopodobniej  i w najlepszejszym układzie, może 37?

Teraz jeszcze przydałoby mi się dobić jakoś na popołudniowa wizytę do mojego rodzinnego dochtorka i pewnie znowu upuścić krwi trochę, gdyż, akurat moje miasteczko to nie żadna tam Leśna Góra i żaden tam szpital z profesorem Falkowiczem na linii ognia. Nie, nic z tych rzeczy, to grajdołkowa przychodnia jest i nie da się pewnych rzeczy zsynchronizować. Tak więc jedno kłucie mam za sobą, a nie jest ono ani jedynym, ani ostatnim, a co najmniej 2 w pakiecie jeszcze przede mną… no bo jedno służbowe, a drugie od dochtorkowe, rodzinne. Czas też poszukać jakiegoś magika od spraw sercowych. No bo gdyby mi się udało zapomnieć i przyszłoby mi do głowy zaszaleć, to przydałoby się mieć silnik sprawdzony, gdyż nie ma co ukrywać, ale przez ostatnie 2 lata dostał tyle po garach, że normalnie, to gdyby to był samochód, to jak nic, uszczelka pod głowicą by tego nie wytrzymała i niezbędny byłby kapitalny remont… a ja co? A ja tylko sobie staram się unikać nerwów, co z goła skazane jest na porażkę, gdyż tak jak nikt, potrafię sama siebie roztrzaskać o ścianę rzeczywistości. Ha, w tym tez jestem Miszczynią i nikt mnie nie pobije, nie przebije, ani ze mną nie wygra.

zaspałam

2

Mam tak czas pracy porozbijany przez różne różności, że nawet mój biologiczny zegar wziął i się pogubił. Normalnie, to w tygodniu jest jedna sobota i jedna niedziela, a w tym tygodniu to są po dwie, czy jak? No bo skoro w środę była mała niedziela, a czwartek w pędzie wielkim z Młodym spędziłam i w placówkach leczniczych, to tak jak zazwyczaj w zamieszaniu mija sobota… więc dziś… jak to w poniedziałek, oczęta me, za żadne skarby nie chciały współpracować z budzikiem. Pełna ignorancja. A kiedy tak jeszcze do człowieka dociera, że dziś piątek, i że jutro znowu błogi leń, to normalnie człowiek nie wie co się dzieje.

Co do placówek, to rzecz jasna kontynuujemy tamta kolana Młodego (2,5 roku już to trwa jakby nie patrzeć). Następny medyk, następna wersja, i doprawdy zaczynam się zastanawiać, czy zostały nam jeszcze jakieś pourazowe schorzenia stawu kolanowego, o których jeszcze nie słyszeliśmy. Śmiem wątpić. Poprawa, z medycznego punktu widzenia jest taka, że wpierw diagnostyka, później decyzje. Tak więc mamy oba kolanka prześwietlone, co okazuje się nie takie proste… zważywszy na wzrost Młodego, był z tym niejaki problem techniczny, gdyż przeciętni ludzie to już prawie biodra mają na tej wysokości, a nie kolanka… poradzilim sobie jednak, znaczy nie my, a obsługa sprzętu – oni znaczy się. Pan Doktor pooglądywał co tamci nafotografowali i stwierdził, że nie jest źle, gdyż dolegliwości nie są winą problemów z kośćmi. W końcu dostaliśmy tez skierowanie na dalsze badania, celem których ma być stwierdzone co z tkankami miękkimi w kolanku się dzieje. Tymczasem jednak mamy również za zadanie znalezienie rehabilitanta, najlepiej sportowego masażysty, który rozmasuje i rozćwiczy kolano pod odpowiednim kontem, zgodnym ze wskazaniami lekarza i…tu… zaczynają się schody. Schody owe wynikają z zamieszkiwania w grajdołku i problemem z tym, że sportową mekka to my nie jesteśmy, więc… gdzie tu znaleźć kogoś kto masażem i ćwiczeniami będzie umiał spionizować kolano Młodego? Gdyż bowiem kolano owo ucieka na jedną stronę, gdyż po urazie nie zostało usztywnione, przez co teraz jest „luźne”, co powoduje jego zwiększoną ruchomość i ból.

Tak więc, w sumie się tylko cieszyć pozostaje, że przyszłotygodniowe szkolenie dwudniowe zostało przełożone, gdyż będę mieć czas na nadrobienie zaległości pracowych, jak tez na wyszukiwanie gdzie najszybciej młodemu machną MRI stawu kolanowego oraz wykopywanie spod ziemi masażysty, który będzie wiedział o czym ja do niego śpiewam… nie, nie sama, z nut… tfu – z kartki, którą Pan doktor napisał celem zwiększenia szansy na moje dogadanie się z potencjalnym kolanomasowaczem Młodego. Więc jest git.

Z innych spraw za to, zastanawiam się nad milionem drobiazgów i czekam na dwa miliony wydarzeń, które są kwestią czasu, a co dalej, się zobaczy. Fakt, faktem, że międzyczasie i mnie by się przydało do medyka na pogawędkę się udać, ale te skierowania… porażka, bo jak pomyślę o tym siedzeniu w kolejkach kolejnych to nagle ozdrowieńcze fluidy czuję… a tu jeszcze dentysta wyłania się z za rogu i zaprasza… co najmniej na doroczny przegląd paszczy i mojej i Młodego…

Szybki, bo zapomniałam przestawić budzik na godzinę później. Pamiętałam o tym cały wieczór, a na koniec – zapomniałam.

Poranek w biegu, ale udało mi się dopaść skórowego doktorka i otrzymać receptę. Och, jaki był dumny, że jest poprawa i że antybiotyk (za pierwszym trafieniem) zadziałał. Cóż, może i zadziałał, o ile ma magiczną moc oddziaływania na odległość z aptecznej półki, bo nigdy go nie wykupiłam… O czym nie powiedziałam, gdyż, ale bowiem, kiedy wspomniałam o ziołowych parówkach, doktorek z lekka się zbulwersował, że tylko mogę sobie przebarwienia zafundować. No to wiem, że o ziółkach doktorek nie wie nic. Więc nie ciągnęłam tematu, tylko przytakiwałam. Oczywista, oczywistość – swoje i tak zrobię. Znaczy ziółek nie odstawiam, bo widzę różnicę po nich znaczącą na plus. Więc się parować i szorować mam nimi zamiar nadal. Picie ziółek też mam zamiar pozostawić w dotychczasowym zestawie, gdyż mnie ono na żołądek nieźle robi, i żołądek sam mi przypomina o tym, że czegoś zapomniałam… czyli nie często. Więc po jakiego piernika polazłam do doktorka? Po receptę na maść, która też mi dobrze robi, a która jest na receptę li i tylko. Tak jak przepuszczałam, doktorek jest konserwatystą, więc nie zmienia tego co działa. Dodał tylko jeszcze inną maziugę, którą już też znam gdyż jest bez recepty dostępna i rozważałam jej stosowanie, acz jeszcze muszę przemyśleć, czy w konfiguracji wspomnianej przez doktorka, czy raczej może drobne korekty co do pory zastosowania będę musiała wprowadzić.

Dodatkowo, załapałam się przypadkiem, na jakieś finansowane przez miasto, badania układu krążenia. O tym, że mój jest do niczego nie podobny, i że właściwie to nie możliwe żebym chodziła i funkcjonowała, no chyba, że jako zombi, to wiemy już wszyscy, ale miasto tego nie wie. Niech płaci. Może dowiem się co i jak, bo i tak miałam iść badania krwi zrobić, a tu już jestem zapisana… na jutro rano. Nie lubię mieć upuszczanej krwi, ale kto to lubi? Może przeżyję, ku ewidentnej rozpaczy kilku ludzi.

Niestety, poza dobrymi wieściami są i nie dobre. Nie żeby złe, ale mało optymistyczne. Pozwiedzanie placówek rehabilitacyjnych na moim zadupiu, skończyło się tym, że tylko we 3 robią pełen zestaw Nielatowych zabiegów, co już nieźle, ale… terminy, terminy, terminy. Więc teraz siedzę i dumam, i kombinuję, jak to zrobić, żeby zrobić, żeby nie było to na przełomie 2015 i 2016, tylko jeszcze na 2014 roku. Na tę chwilę jeszcze nic nie wydumałam, ale kto jak nie ja? Przecież nie OMD, bo jego synowe kolano zupełnie nie interesuje, jak i wszystko inne co z synem jest związane.

Zapomniałam prawie o wypadniętej plombie Nielatowej… cóż… strach się bać ile mnie tym razem ta plomba będzie kosztowała… ale już go do naszego zębologa umówiłam… trudno, paszcza to priorytet, podłoga w Wersalu nie zając – nie ucieknie.

No to cóż, teraz idę się trochę podusić w sosie własnym, gdyż dzisiejsze temperatury z tą wilgotnością gwarantują saunę, a ja mam jeszcze i język migowy i to, i tamto, i owo jeszcze do załatwienia, a nie chcecie wiedzieć, jaka atmosfera panuje w Ferdynadzie przy takiej pogodzie…

Po pierwsze to wczorajszego popołudnia przyszła na świat taka jedna mała dziewuszka. Mama i dziewuszka czują się nieźle. Nawet dobrze, ale… na litość, na tym końcu świata na oddziale położniczym nadal mamy jakieś średniowiecze. Dlaczego? Ano, jak zareagowałybyście na hasło: „Masz karmić co dwie godziny, a jak śpi,, to masz wybudzać. Jak nie masz w cycku to przystawiaj, żeby pokarm przyszedł, ale jak jeszcze nie przyszedł to dawaj butelkę.” . Osobiście, to ja dziękuję. Już wolałam swoją porodówkę prawie 18 lat temu, gdzie wszyscy mieli gdzieś wszystko i tylko kiedy na oddziale był ordynator miał byś spokój. Wiem, ja ciemna masa jestem. Nie znam się. Co to jeden spokojny dzieciak i śluz. Zero problemów, żadnych kolek nocnych, ani nic z tych rzeczy. Czepiam się, bo napychanie dziecka na siłę, co dwie godziny, z wybudzaniem, kojarzy mi się z tuczeniem kaczki na pasztet i rewelacyjnie wpisuje mi się w obraz uniżonej matki polki, podległej presji otoczenia, że ma być tak, a nie inaczej, nawet jeżeli jej doświadczenie i intuicja podpowiadają jej inaczej.

Po drugie, to byłam dziś na kolejnej rozmowie o pracę dodatkową. Normalnie, chyba jednak rozważę tę możliwość na poważnie, gdyż tego co chciałam na tę chwilę nie jestem w stanie jakoś osiągnąć, bo jestem za stara oraz nie mam potwierdzonego doświadczenia. Sprzedawałam ubezpieczenia, to i może z odkurzaczami mi się uda. Choć nie jestem przekonana. Znaczy, znam temat, wiem, że jak się uprę to jest to do zrobienia, ale nadal widzi mi się to jako naciąganie ludzi i jako struktury piramidowe. Filozoficznie zastanawiam się, czy żaden pieniądz nie śmierdzi i… chyba jednak żaden nie śmierdzi. Przecież nikomu na siłę do gardła odkurzacza wciskać nie będę. Wolny wybór. Mój czas, moje gadanie, moja praca = zarabianie pieniędzy. Nie wiem, jeszcze się zastanowię. Kusząca jest za to umowa zlecenia oraz popołudniowe godziny pracy, tylko, że 14 spotkań w miesiącu i minimum dwa produkty sprzedane to już nie jest takie oczywiste w czasoprzestrzeni. Jednym z plusów tego jest to, że nie będę musiała sama szukać chętnych na spotkania, ani umawiać spotkań – jak ja tego nie lubiłam w ubezpieczeniach! To dzwonienie to był mój mały prywatny koszmar.

Po trzecie, to w końcu udało mi się Nielata do ortopedy umówić. Nie, to nie jest jeszcze nasza wizyta na listopadową rejestrację. Nie, tamta wizyta ma być w sierpniu (owszem, miała być w czerwcu, ale zadzwonili i przełożyli raz, a później jeszcze drugi raz). Mam nadzieję, że ten Pan Dohtor w końcu coś sensownego o tym kolanie powie, bo ja to już mam dosyć. Nielat ma jeszcze bardziej dosyć niż ja, bo to jego boli kolano, a nie mnie.

Po czwarte, skoro już perzy Nielacie, to może ktoś ma sposoby na wywalenie z nastolatka „leniwca pospolitego”? Normalnie nie wiem skąd mu się to bierze, ale takiego ma leniwca, że ten leniwiec mnie zwyczajnie przeraża. Brakło mi pomysłów (wspartych literaturą) co ja z nim mam zrobić.

Po piąte, to jestem zmęczona. Nie, nie fizycznie, ale psychicznie i potrzebuje jakiś pozytywnych bodźców. Jakiegoś dopływu endorfin, albo nie wiem co. Z tej okazji to dziś chyba sobie Tyskie klasyczne z wieczora popełnię, bo przecież trzeba jakoś uczcić pojawienie się na świecie małej A. oraz kilka innych powodów się znajdzie, więc może dwa tyskie… znaczy się upiję się jak ta lala… tylko, że to ani sposób, ani metoda na relaks jest… sama nie wiem. Nic nie wiem. Zmęczona jestem i tyle.


  • RSS