demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: kuchnia

Właściwie, to nie takie małe. Dwa ogromne kawałki tortu orzechowego z różnościami, wysokiego na ponad 10 cm… zmierzyłam to wiem, że ponad 10 centymetrów słodkiej wysokości. Pyszny. Domowy. Bynajmniej nie mój. Torty to nie moja domena. Chyba, że na talerzyku pod nosek podane, to i owszem, jeśli dobry, domowy to nie odmówię. Pal sześć z moimi boczkami i kształtem zmierzającym do ideału! … o ile kula nadal kształtem idealnym jest, czy chociażby bywa. Pyszny, pyszniasty, przepyszniasty. Jednak, po tym jak za mną niejaki detoks cukrowy, to zdawał się niemiłosiernie i kosmicznie słodki.

Zaś co do moich ostatnich popisów kunsztu cukierniczego, to… kiepsko Panie Dziejku, kiepsko jest. Ucieraniec kakaowy z owocami, który robiłam pincet razy, albo i więcej, nie bardzo, oj nie bardzo się udał w miniony weekend. Do pizzy, też jakoś nie po drodze miałam z solą i zdecydowanie za mało jej do ciasta wrzuciłam. O wypiekach sprzed tygodnia, które prosto z blachy trafiły do śmietnika, choć miały być apetycznym sernikiem, wstyd wspominać nawet. Doprawdy więc nie wiem co się dzieje! Nie rozumiem i nie pojmuję. Chyba, że to moja podświadomość i nakaz ograniczenia cukru sprawia, że znane i od lat praktykowane przepisy nagle, bez ostrzeżenia się nie udają. Tak więc inauguracja sezonu rabarbarowego wypadła kiepsko i nieciekawie, co zupełnie nie znaczy, że nie zjadliwie, acz szału nie było.

Całe szczęście treściwe jedzenie lepiej się sprawdza, w tym sałatka z pyrów. Wyszła całkiem, całkiem, choć ewidentnie doskwierał jej Wersalowy brak lodówki, ale poza tym mankamentem, na prawdę smacznie się udała. Zdziwiona aż byłam. No i naumiałam się, że siemię lniane, jak się bierze i praży, to na delikatnym ogniu, bo na większym to strzela jak głupie po całej kuchni… i kto to będzie później sprzątał?

Za te dzisiejsze dwa kawałki tortu, to chyba przez tydzień tylko o sałacie. Chyba, że cytryny i seler naciowy, i do blendera. Może jeszcze grejpfrut do kompani. Orzeszki i suszone owoce, jako nadksiążkowa przekąska, chyba zostaną wyparte przez marchewkę. Bo cóż, zaczynam mieć wrażenie, że tyję od powietrza… i od 2 kawałków tortu również zapewne… choć akurat te trafiają się sporadycznie przecież…

No i jeszcze zamordowałam sobie nową bluzkę. Zamordowałam ją nim zdążyłam ubrać choć jeden raz. Cóż, nie wszystko da się jednak wyprać w pralce, niektóre tkaniny chyba nie bardzo się z pralką lubią. Szkoda, bo ładna i fajna była z niej bluzka, a tak… zasili kosz na śmieci, bo do niczego innego się nie nadaje… trudno, żyje się dalej.

pokrzywa rządzi

2

Słowo się rzekło – kobyłka u płota. Obiecałam pokrzywy Zmorce, więc są i pokrzywy. Co jej żałowała będę. Podzielę się. W końcu tak zaszalałam, że cały zlewozmywak pokrzyw nazbierałam. Zdjęcia może nieco nie ostre, ale za to obiekt… jeszcze dziś na rącach czuję, a rękawiczki miałam przy zbieraniu.

Tak więc pokrzywy nazbierałam, obrałam i zmieliłam, a później zupę z nich nawarzyłam, i zjadłam, aż się mi uszy trzęsły i boczki z radości kolebały.

Składniki zupki: 1 marchewa spora, 1 pietrucha spora, 2 – 3 ząbki czosneczku, kostka rosołowa drobiowa (albo rosołek z niedzieli), liście* pokrzywy tak z 1 litr (zbaneczek litrowy pełen listków lekko ubitych), śmietana (u mnie jogurtowa), sól, pieprz wedle gustu. Opcjonalnie 1 gałązka świeżego lubczyku, 1 jajko, 2 łyżki siemienia lnianego (nie konieczne, ale ja ostatnio mam do niego słabość i w hurcie, do wszystkiego dodaję).

Zupę robi się tak: bierzesz sobie garneczek 3 litrowej pojemności, dla wygody mieszania, a nie żeby tyle zupy gołej gotować. Do ganeczka wlewasz tak z 1,5 litra wody, gotujesz w tym marchewę i pietruchę w kawałkach wygodnych do zblendowania. Z wywaru wyławiasz miękkie warzywa, a wywar zostawiasz – bo to twoja odstawa zupy jest. Pokrzywowe listki sparzasz gorącą wodą i blendujesz razem z czosneczkiem, marchewą i pietruchą, dodając do blendowania (jeśli trzeba) nieco wywaru z marchewy i pietruchy. Wywar, lub cienki rosołek, na kuchenkę, do wywaru przelewasz pulpę zmiksowanych pokrzyw i warzyw, jeśli nie było rosołku z niedzieli dorzucasz kostkę rosołową, zagotowujesz i doprawiasz solą i pieprzem. Jak złapiesz smak, to zabielasz wedle preferencji – śmietana z mąką, sama śmietana lub tak jak ja lubię najbardziej: śmietana z jajkiem + łyżka mąki jaglanej. Zagotowujesz, wyłączasz i wlewasz do miseczki.

Z czym podawać? Ja akurat z ryżem brązowym wczoraj jadłam, ale groszek ptysiowy, grzanki, jajko na twardo, bywa że makaron podobno dorzucają. Sama mam zakusy aby dziś sprawdzić soczewicę zieloną jako dodatek.

… i żeby nie było, że samymi pokrzywami człowiek żyje, to na drugie danie (i ja się dziwię, dlaczego boczki mi rosną i zrzucić ich nie mogę w żaden sposób… ale jak się po dwa dania wsuwa i jeszcze jakiś deserek… to chyba czas przestać się dziwić) … cukinia w cieście z hummusem. Pychota. Panierka pychota, bo cukinia, jaka jest, każdy wie.

Smacznego :)

* – liście do zupy, ale żebyście się nie ważyli wywalać łodyżek i tych mniej ładnych listków, które się trafić mogą. Do garnka z nimi drugiego, zalać wodą, zagotować, zdjąć z kuchni i  przestudzone są rewelacyjne jako płukanka do włosów, albo dodatek do kąpieli… nie pieni się w prawdzie, ale skóra woli pokrzywę od seksownej piany… seksowna to może być (a nawet powinna) bielizna, a nie szybka, wieczorna kąpiel…

blendero-ekspres

8

Tak. Tak to bywa. Tak to jest. Paczka przyszła jeszcze w piątek, a ja rozpakowałam ją dopiero wczoraj wieczorem. Zamiast rzucić się, zaraz po przyjściu z pracy. Rozerwać w dzikim amoku kartony i dobrać się do cudu wewnątrz tego wielgaśnego pudła, ja spokojnie zrobiłam obiad, zjadłam go, poczytałam ze 2 rozdziały książki i kilka takich tam drobnych pierdołek popełniłam, aż doszłam do chwili, gdzie zachciało mi się koktajlu. Już miała sobie odpuścić, pomna niechęci do czyszczenia ścian, gdy mnie olśniło, że w korytarzu nadal stoi wielgaśne pudło. Tak, że nadszedł i czas by przeglądnąć jego czeluście, gdyż było ogromne.

No i w jednym pudle, było drugie pudło, a w nim dopiero osłonięty tekturkami …

… i folią…

… mój nowy nabytek…

No i wdzięczna będę niezmiernie za podpowiedzcie co w tym cudzie techniki kuchennej można przygotować, poza koktajlami, bo te to akurat hurtem i o każdej porze dnia, a bywa, że i nocy… Zupy na krem zmiksowane pewnie też mogą być. No i to małe, obok, to do ziół… ma ktoś? Testował?

juz za chwileczkę

10

… już za momencik… ja zaczynam swój długi weekend – a Wy?

Mam ochotę na makaron ze szpinakiem i fetą (znowu), górę drożdżówek, dobry film i ładną pogodę. Niestety, na to ostatnie, wszelkie pogodowe serwisy, nie każą mi liczyć jakoś szczególnie. No nie wiem, nie wiem. Może akurat. Może jednak. Chciałabym. Zwłaszcza, że mam jeszcze do pociachania ze 2 mniejsze i jedną wielką jabłoń oraz mam gości w planach, więc pogoda jak nic – przydałaby się.

Jednak, jeśli przypadkiem się pogoda wypnie i bokiem wykręci, to zamknę się w kuchni i będę sobie dogadzać. Niedojedzona jestem ostatnio. Wiosna, okna u sąsiadów pootwierane, więc mnie zapachy atakują, a ja tylko kromeczkę chlebusia z powidełkiem i cienką herbatką. Jednak, już i zaraz po weekendzie długim, kuchnia w końcu musi się doczekać czasu dla siebie, gdyż, dłużej już nie mam siły się pieczywem zapychać – nawet tym najsmaczniejszym… no i piekarnik mieć będę… więc może i własne „pieczywo”… nie ważne, nie ważne, nie ważne.

No i w okolicy boćki latają jak nic. To dobrze. Za zdrowie przyszłych mam kciuki trzymać będę przez kilka najbliższych miesięcy, a z tatusiami może jakiego drineczka, albo coś… no bo te emocje, no proszę Was – bosko tak patrzeć, na dorosłego faceta, który ma prawie drgawki z przerażenia i obawy o swoją ciężarówkę, i ta duma. W spojrzeniu, w głosie. Rozczulam się i sentymentalna się robię. Będzie dobrze. A jako cioteczka chyba już muszę zacząć odkładać na jakieś małe drobiazgi, bo później, hurtu mój budżet może nie przeżyć… gdyż na tę chwilę to już sztuki 3 się zapowiadają, a co jeszcze może przynieść życie – a kto to może wiedzieć :)… Właściwie to obstawiam jeszcze co najmniej 2 sztuki.

Spoko – nie zapatrzę się. Już mi przeszło. Za stara jestem. Dobrze mi z Mł0dym takim wielkim. Dobrze mi jak jest. Z tym co mam i z nowymi planami jakie mam. Czas zająć się sobą,i tylko sobą… tylko najpierw trzeba się tego nauczyć, a to jest dopiero wyzwanie!

proza dnia codziennego

6

O „Idzie” pisać nie będę, bo już o tym filmie pisałam. Mój pogląd się w tej kwestii nie zmienił. Więc po co pisać kolejny raz to samo? Nie ma takiej potrzeby, nawet jeżeli mam talent i upodobanie do wałkowania w kółko i w kółko tego samego, aż do obrzydzenia. Nie dziś.

Chciałam napisać, że wczoraj popełniłam muffinki. Już dawno, dawno ich nie piekłam, bo się nam przejadły, ale jak widać przejedzenie nam minęło. Choć być może nie w przejedzeniu jest czar wczorajszego smaku, a w kardamonie. Otóż zamiast cukru białego użyłam cukier trzcinowy i trochę syropu barmańskiego o smaku „irish coffi”, dorzuciłam do tego mały kieliszek „tekilli” i płaską łyżeczkę mielonego kardamonu oraz zrobiłam posypkę piernikową. Lekko miętowy smak kardamonu rozłożył nas na łopatki smakowe i objął we władanie. Chyba dopiero na tych babeczka w całej rozciągłości dotarł do mnie właśnie ten smak. Kardamonu używam od dawna, ale zawsze w połączeniu z innymi przyprawami. takie łączenie nie ujawniało w pełni jego smaku, a wczoraj… normalnie – POEZJA SMAKU.

Z innej pary kaloszy, to cholernie jest miłą rzeczą kiedy mężczyzna pamięta twoje imię, choć, minęło nieco ponad dziesięć lat, a w minionym czasie, takich znajomości było na pęczki i naturalnym jest, że imiona i twarze się zacierają zazwyczaj (charakter pracy i kontakty z mnóstwem osób). To miłe, a nawet bardzo miłe. nawet jeżeli jest kontrastem do codzienności.

Zaś co do samej codzienności, to wkurzam siebie samą gdyż zwyczajnie umiem siebie koncertowo nakręcać na różne różności i zrobić wielkie halo z niczego. Przez lata zastanawiałam się skąd u licha Młody umie się tak na zawołanie nakręcić i nabuzować, i jakoś u samej siebie tego nie potrafiłam dostrzec, aż do niedawna. Kurcze, też mam do tego talent. Różnica jest w tym, że Młody jest wówczas gejzerem reakcji, a ja z gejzeru emocji potrafię płynnie przejść o lewel wyżej i stać się zimną, jadowitą żmiją lub inna anakondą…

Co do zdrowia to jeszcze chyba właśnie przeholowałam, bo kurcze, kardio mi się rozjeżdża, a powieki dostają epilepsji i żyją własnym rozedrganym życiem. Niestety dołączają do nich również inne mięśnie. Powoli, ale jednak. Niestety łykane regularnie magnez i potas niekoniecznie wyrabiają na zakrętach i są tak pomocne jak być powinny… o stawach wspominać nie będę, bo te też mają własną wizję życia. na jutro mam plan saunowo-basenowy, o ile „rodzina z ameryki” nie wpadnie w odwiedziny, gdyż dzisiaj to do kołchozu czas iść.  Nad czym też się czas zastanowić poważnie, przez względy finansowe, gdyż nie chodzę tam tylko dla przyjemności przecież, a cóż… wypłata za styczeń jakoś się w czasie i w części przeciąga.

Tak, tak, nie mam czasu, ale pączki muszą być. Te akurat mają jedną przypadłość – nie jestem w stanie zrobić im fotki, gdyż nim znajdę aparat z naładowaną baterią, one po prostu znikają. Są i ni ma ich. :|

Składniki: 1 kostka białego sera (półtłusty stosuję), 1 średnie winne jabłko, około 20 – 25 dkg mąki, 1 cukier wanilinowy, 3 średnie jajka, 1/2 szklanki mleka, 2 łyżeczki cukru, 2 – 3 łyżki soku z pomarańczy (lub 1 łyżeczka soku z cytryny), szczypta soli, 1 mała łyżeczka proszku do pieczenia, 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej, 1 litr oleju (do smażenia). Cukier puder i cynamon do posypania.

Przygotowanie: Jabłko obrać i pokroić w kostkę i wrzucić do dzbanka razem z jajkami, mlekiem, serkiem, cukrem jednym i drugim, sokiem i solą. Zmiksować na jednolitą masę. Dodać mąkę z proszkiem do pieczenia i sodą, i wymieszać łyżką do połączenia składników. Ciasto powinno być nico luźniejsze niż ciasto do klusek kładzionych. Rozgrzać olej w szerokim i głębokim naczyniu i nakładać ciasto przez rękaw cukierniczy lub łyżką niewielkimi porcjami (łyżka do zupy niezbyt wilka – połowa łyżki na jedną porcję). Smażyć na złoto z obu stron.

Smacznego


  • RSS