demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: jesień

Zwyczajnie – wyżreć z lodówki lub z szafki coś co termin ważności ma w głębokim poważaniu i żyje właśnie trzecim życiem. Dodając do tego drobny szczegół w postaci humorzastego żołądka. Tak więc w ramach fantazji (i wyjadania z lodówki różności, bez sprawdzania terminów przydatności do spożycia), nie pomna na to co dohtory mówiły (dieta lekkostrawna, produkty jak najmniej przetworzone oraz częściej i w małych ilościach), nażarłam się tego co wpadło mi w ręce i jeszcze samo nie uciekało. Dziś trzeci dzień kiedy moje flaczki mają ochotę mnie udusić. Dobrze, że nie potrafią wyjść ze mnie na zewnątrz, bo zważywszy na to ile metrów flaczków ma każdy z nas, to duszenie mogłoby być bardzo efektowne i mocno widowiskowe… nie mniej jednak, od środka też radzą sobie niezgorzej. Mogłabym rozważać, czy to nie jakiś rotek, ale nie… nie tą razą. Zaleta jest tego taka, że mam posprzątaną lodówkę na włościach i część szafek, a przy okazji się nażarłam. Jednak, nim ten niecny czyn popełniłam (a skłonności do tego rodzaju zachowań destrukcyjnych mam widocznie genetyczne po Matce Rodzicielce, którą notorycznie pilnujemy przed „dojadaniem” resztek), to poszłam sobie byłam, z niejaką A., na szybkie łapanie tego co jeszcze w tej jesieni jest do złapania. Raptem prawie „za dom”, blisko, bliziutko, prawie za bramę, no może rzut beretem dalej, a jednak i tak przyjemnie dla oka.

wczoraj przyszła zima

12

Zdecydowanie jesień należy pożegnać już w tym roku. Poprzedni weekend był ostatnim przyjemnym, a miniony był paskudny. W prawdzie u nas orkan niespecjalnie narozrabiał i miał mniejszą siłę niż przeciętny halny, ale zacinający deszcz i zimy wiatr nie nastrajały do wychodzenia spod kocyka. Wczoraj towarzystwo deszczu zostało zamienione na nieco mniej przyjemną wersję opadów. Mamy za sobą pierwszą śnieżycę w tym roku. Na razie śnieg zszedł, co najwyżej wyższe rejony Beskidu niskiego były porankiem lekko przyprószone i wyglądały niczym po-pudrowane cukrem pączki.

Ostatnio brakuje mi nieco czasu na pisanie (o przyczynie braku czasu będzie innym razem), a i na myślenie nie mam go za wiele. Niestety określenie „nie za wiele” to jednak za mało jest, a raczej – nadal za dużo czasu. Choć zdecydowanie odnotowuję poprawę w zakresie ilości durnych pomysłów i durnych pokus. Spokojnie, ani durne pomysły nikomu nie szkodzą, ani durne pokusy (najczęściej wiążące się z niewychodzeniem z kuchni i objadaniem się rzeczami uznanymi dotychczas jako „niejadalne” … tak, zdecydowanie tymi mało zdrowymi). Nie zmienia to stanu rzeczy, zgodnie z którym, mam obecnie niepohamowany apetyt na orzechy ziemne, czy też jakiekolwiek inne, które wpadną mi przypadkiem w rękę. pochłaniam w każdych ilościach.

Tak więc dzień mija mi za dniem w tempie niesamowitym, od czasu do czasu dając wolne popołudnie lub dzień, dzięki czemu łapię oddech i oglądam głupie seriale dla nastolatek. Jestem w pędzie i chyba to odpowiada mojemu organizmowi. Przestój, kojarzy mi się ze stagnacją. Przestój to coś zgoła odmiennego od spokoju. Spokój można odnaleźć również w pędzie. Jutro za to będzie czas na zatrzymanie się, na to by może pomyśleć o czymś, czego unika się na co dzień. Popatrzeć na to co za mną, co przede mną, i co przed każdym z nas. Powspominać tych wszystkich, których już tutaj nie ma, a których niestety z każdym rokiem przybywa, porozmawiać z tymi którzy są, a którzy może kiedyś wspominać będą nas…

niechybnie zima idzie

8

Niechybnie i niezaprzeczalnie. Nie da się już udawać, że jeszcze będzie ciepło. Malowniczy przymrozek porankiem zmusił dziś do skrobania szyb w autkach nie jednego kierowcę w okolicy, więc już nie tylko kurtki czas z szafy powyciągać, ale też odszukać czas rękawiczki, szaliki i czapeczki. Buty zostawiam jeszcze przejściowe, ale chyba doinwestuję swoją szufladę z bielizną w zakresie ciepłych skarpet. Przydadzą się bez wątpienia i to już lada chwila.Do czapeczek, szaliczków, rękawiczek i innych zimowych akcesoriów dobrze by było dorzucić jeszcze jakiś sweterek.

Brak szaliczka jednak ma swoje minusy, bo wieje po szyjce, a do tego dorzuciwszy jeszcze brak sweterka i posiadanie krótkawego bawełnianego wdzianka (spokojnie, nie latam z nerkami i gołym brzuchem na wierzchu, nie ten target wiekowy, odrobinę wyczucia jeszcze posiadam), kończy się zziębnięciem, ogólnym rozbiciem, suchym nosem (zwiastującym katar) oraz ciężką głową. Tak więc jednak czas przeprosić się z zimową szafą. Dobrze jest też zaopatrzyć się w zimowy zapas witamin oraz może czas wrócić do porannego picia ziółek.

Poza tymi wszystkimi niesprzyjającymi warunkami atmosferycznymi i czasoprzestrzennymi, to dziś jestem w stanie tylko myśleć o tym, żeby było już po 20, żebym trafiła do swojego wyrka i mogła odespać ostatnie dni. Doprawdy, zarywanie nocy z powodu oglądania serialu, przed bardzo upierdliwym tygodniem, jest godne politowania i żałosne. Można przecież obejrzeć odcinek, dwa lub więcej nawet, ale zakończyć oglądanie o godzinie innej niż 2 rano, zwłaszcza gdy wie się, że powrót dziecięcia nastąpi między 5 – 6 rano i że dziecię owo będzie matkę budziło gdyż… jego klucze zostały na kuchennym stole. Pozostawienie drzwi nie zamkniętych nie wchodzi w grę… psi bydlaczek będący mieszkańcem Włości umie sobie z klamką radzić bez większych problemów… zaś nocne wietrzenie domostwa o tej porze roku, przy tych temperaturach… średnia przyjemność dla pozostałych mieszkańców.

Jak więc widać na załączonym obrazku (opisie) u mnie nie dzieje się nic ciekawego. Nie żeby nie działo się zupełnie nic, ale ciekawe to jest średnio. Bo co ciekawego może być w tym, że kupiłam stolik bez śrubek (na które czekam i mają być do odebrania najpóźniej w piątek) oraz, że jutro lub po jutrze przyjedzie w końcu moja Wersalowa szafa do korytarza, czy w tym, ze muszę kupić już i natychmiast jakieś posłanie dla Młodego gdyż jego dotychczasowe łoże wyzionęło ducha i nie podlega kolejnej reanimacji więc sobotę zapewne spędzę na wpuszczaniu się w kanał ratalnych zakupów. Jest jeszcze opcja przewiezienia na powrót jednego łoża z Wersalu na Włości, tylko trochę kiepsko z transportem, gdyż nic mi do głowy nie przychodzi konstruktywnego. Przydało by się jakieś kombi, albo coś.

No i tak mija dzień za dniem. Jeden podobny do drugiego jak krople wody. Więc o czym tu pisać?

motylki

Niby to raptem tydzień i odrobina, a czasem człowiekowi wydaje się jakby wiele miesięcy minęło. Zamykam się w niemyśleniu, otaczam kokonem kilka spraw spycham gdzieś na margines. Na co dzień takich rzeczy nie praktykuję. Wolę klarowne sytuację i nie lubię odwlekać, czy przeciągać w czasie roboty, której i tek nie uniknę, ale tegoroczna jesień działa na mnie jakoś tak „nie-chce-mi-się”. To, że nic się samo nie zrobi, ani też nikt pewnych rzeczy nie zrobi za mnie, to pewne jest. Mam jak w banku, tyle, że ten mój niechciej to jakiś olbrzym jest, a nawet gigant. Nic to, weekend jest, pomyślę o tym, jak go ogarnąć i opanować, po weekendzie. Tymczasem motylki i nie tylko motylki z ubiegłego tygodnia.

Tak, bieżący rok zmierza dużymi krokami do końca. Właśnie migną mi przed oczyma trzeci kwartał i pomachał do mnie obowiązkiem tych wszystkich rzeczy do zrobienia na które potrzeba nieco czasu, i które w żaden sposób nie chcą się same zrobić.  O tym, że jeden tydzień pięknej jesieni już za nami też nie ma co pisać, gdyż, to już za nami, a więcej tak pięknych dni nie przewiduję, acz obym się myliła.

Z prozaicznych rzeczy, to niech żyje moje szczęście i fart życiowy. Kupiłam sobie w jednym sieciowym odrzucie od skandynawskiego molocha, podobno dla studentów, biureczko. Kupiłam, przytargałam do Wersalu, rozpakowałam i… okazało się, że Chińczycy zapomnieli spakować śrubek. Tak więc mam biurko na podłodze… tak po azjatycku, może bardziej po japońsku,  a przynajmniej z japońskich filmów takie rzeczy się człowiekowi kojarzą. Nóżki tymczasem leżą sobie osobno. Trend ogólnie wpisuje się w ogólny wystrój sypialni, zwłaszcza, że materac nadal nie ma stelaża, a na dodatek nie zanosi się, aby w tym miesiącu miało się cokolwiek w tej materii zmienić. pożyjemy zobaczymy.

Ogólnie to zdaje się, że w najbliższym czasie raczej mało czasu będę miała na cokolwiek. Ostatni kwartał roku to mało przystępny okres do czegokolwiek innego poza rozlicznymi zajęciami. Jakoś to będzie. Choć kto to wie co będzie, gdyż do mojej skrzynki mejlowej wpadła jedna taka emalia, która choć karkołomna, to jednak mnie zaintereso0wała i zaciekawiła. Dorzuciwszy, że z reguły co 10 lat wywracam swoje życie do góry nogami, to wiele rzeczy jest możliwych. Na całe szczęście, te wywrotki mam rozdzielone, emocjonalne w innym czasie, zawodowe w innym, a te co mają być „rozwojowymi” w jeszcze innym. Zdecydowanie teraz czas na te zawodowe nadchodzi… w końcu jestem tu gdzie jestem od blisko 10 lat. Chociaż z drugiej strony jest mi wygodnie jak jest.

No i jeszcze po minionym weekendzie zostało mi kilka obrazków, chociaż Perełka ma humory i coś z ostrością jej mało po drodze.

Naprawdę? Kolejny? Nie może to być! Jak ten czas pędzi! Ale, że naprawdę? Naprawdę?

Nie mogę się jakoś netowo ogarnąć. Normalnie mam z tym niejaki problem, który zupełnie nie wiem z czego wynikać może, gdyż nie mam jakoś bardziej zajętych popołudni, od ponad roku tez nic się nie zmieniło w kwestii dostępu do internetów, a skoro już wcześniej dałam radę pisać z tabletu, to i teraz przecież mogłabym. Jednak jakoś tak jest, że od kiedy powoli zaczęłam sobie narzucać embargo tematyczne, z tych, czy innych powodów niestety niezbędne, to jakoś też inwencję na pisanie powoli straciłam. No bo skoro to tak o tym nie piszę, o tamtym też nie i o owym również niekoniecznie, to niewiele mi zostaje w mojej monotonnej rzeczywistości, a pisanie, czy zjadłam obiadek, czy nie… owszem jest interesujące, ale dla mojej mamy, bo dla mnie samej to już chyba nie koniecznie. Właściwie, to przez ostatnie miesiące zgromadziłam sobie taki zapas samej siebie, że na tygodniu spokojnie mogę sobie odpuścić obiadki… wyjdzie mi to tylko na zdrowie.

Niepisanie niestety wiąże się z mniejszą obecnością w sieci, a więc i z mniejszą częstotliwością odwiedzania wszystkich tych miejsc, w których jesteście, a które nadal lubię odwiedzać, tyle, że… może nie 3 razy dziennie jak do tej pory, a raz na 2 lub 3 dni… bo skoro nawet tabletu nie wyciągam z szafki, to i w sieci przecież mnie nie ma…

Mniejsza z większym. Mniejsza na embargo, na obecności, ale z większym na pogodę. Jestem ofuknięta na pogodę gdyż w związku z pogodą to ja chciałam w niedzielę trochę jesieni w obiektywie zatrzymać, a tu masz ci – popołudniem pogoda wzięła i się zwiesiła chmurnym niebem, i las, który zazwyczaj bosko kolorami się mieni gdy słońce go potraktuje, i t półcienie, i ta obietnica tajemnicy… a tu nędza. Słońce wzięło się i zrobiło kuku, obiecało coś, i zwiało za chmury… a teraz i dziś, i wczoraj… normalnie to człowiek w robocie, a tu… słońce. Świeci sobie. Ma się dobrze, a nawet jeszcze lepiej. No i mgły poranne i przymrozek z mgłą pospołu, i do tego jeszcze słońce przebijające się przez mgłę, i kolory jesieni… a JA SIEDZĘ W ROBOCIE!!! … więc Państwo pozwolą, że się w tym lamencie oddalę i w papierach się zakopię, a do tego jakąś dziwną muzę zapuszczę, aby nie dać się temu, że ja tu, a piękna pogoda tam – tam – za oknem…


  • RSS