demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: jesień

Naprawdę? Kolejny? Nie może to być! Jak ten czas pędzi! Ale, że naprawdę? Naprawdę?

Nie mogę się jakoś netowo ogarnąć. Normalnie mam z tym niejaki problem, który zupełnie nie wiem z czego wynikać może, gdyż nie mam jakoś bardziej zajętych popołudni, od ponad roku tez nic się nie zmieniło w kwestii dostępu do internetów, a skoro już wcześniej dałam radę pisać z tabletu, to i teraz przecież mogłabym. Jednak jakoś tak jest, że od kiedy powoli zaczęłam sobie narzucać embargo tematyczne, z tych, czy innych powodów niestety niezbędne, to jakoś też inwencję na pisanie powoli straciłam. No bo skoro to tak o tym nie piszę, o tamtym też nie i o owym również niekoniecznie, to niewiele mi zostaje w mojej monotonnej rzeczywistości, a pisanie, czy zjadłam obiadek, czy nie… owszem jest interesujące, ale dla mojej mamy, bo dla mnie samej to już chyba nie koniecznie. Właściwie, to przez ostatnie miesiące zgromadziłam sobie taki zapas samej siebie, że na tygodniu spokojnie mogę sobie odpuścić obiadki… wyjdzie mi to tylko na zdrowie.

Niepisanie niestety wiąże się z mniejszą obecnością w sieci, a więc i z mniejszą częstotliwością odwiedzania wszystkich tych miejsc, w których jesteście, a które nadal lubię odwiedzać, tyle, że… może nie 3 razy dziennie jak do tej pory, a raz na 2 lub 3 dni… bo skoro nawet tabletu nie wyciągam z szafki, to i w sieci przecież mnie nie ma…

Mniejsza z większym. Mniejsza na embargo, na obecności, ale z większym na pogodę. Jestem ofuknięta na pogodę gdyż w związku z pogodą to ja chciałam w niedzielę trochę jesieni w obiektywie zatrzymać, a tu masz ci – popołudniem pogoda wzięła i się zwiesiła chmurnym niebem, i las, który zazwyczaj bosko kolorami się mieni gdy słońce go potraktuje, i t półcienie, i ta obietnica tajemnicy… a tu nędza. Słońce wzięło się i zrobiło kuku, obiecało coś, i zwiało za chmury… a teraz i dziś, i wczoraj… normalnie to człowiek w robocie, a tu… słońce. Świeci sobie. Ma się dobrze, a nawet jeszcze lepiej. No i mgły poranne i przymrozek z mgłą pospołu, i do tego jeszcze słońce przebijające się przez mgłę, i kolory jesieni… a JA SIEDZĘ W ROBOCIE!!! … więc Państwo pozwolą, że się w tym lamencie oddalę i w papierach się zakopię, a do tego jakąś dziwną muzę zapuszczę, aby nie dać się temu, że ja tu, a piękna pogoda tam – tam – za oknem…

bez tytułu

8

Tak sobie siedzę i tak się zastanawiam kiedy zaczęłam żyć, na dobrą sprawę, obok siebie. Nie umiem powiedzieć, czy kiedyś było inaczej. Chyba było. Przynajmniej chwilami było. Tego jestem pewna, ale czy było tak na stałe? Choć przez jakiś czas? Nie wiem. Kiedyś już przecież tak było, ale to było dawno i minęło. Nie miało wracać. Kiedy wróciło? Nie wiem. Wśliznęło się niepostrzeżenie. Tyle razy balansowałam na granicy – czyżbym w końcu spadła? Spadła na stronę, która jest wymagającą, bezwzględną i pełną strachów różnych? Tylko kiedy? Ubiegłej jesieni, czy może wcześniej? Kiedy zaczęłam wchodzić w rolę męczennicy i ofiary?

Gdzieś się pogubiłam i nie umiem się znaleźć. Zabawne, że to właśnie na jesieni. Na jesieni, która zawsze dla mnie była przyjazna i kojąca. Byłam taka pewna siebie, że wiedząc to co wiem, mając świadomość tylu rzeczy, że… że jestem bezpieczna, że będę umiała w czas się zorientować, że dzieje się źle. Nie umiałam. Nadal nie umiem. Potrzebuję odpoczynku, tylko teraz… teraz nie wiem, czy odpoczynek jest odpoczynkiem, czy próbą odcięcia się od świata w 4 ścianach mieszkania. Ucieczką od siebie i ludzi. Chyba też potrzebuję pomocy, tylko nie umiem o nią poprosić… bo, bo boję się, że byłoby to odebrane jako kolejne wymuszenie, kolejny szantaż emocjonalny…

Kolejna rzecz, która boli. Całe życie się tego właśnie brzydziłam, szczyciłam się, że jestem ponad to, ale nie jestem. Jestem hipokrytką, która przez długie miesiące postępowała w sposób, którym rzekomo się brzydziła. Szkoda tylko, że tak późno sobie to uświadomiłam. Szkoda, że dopiero kiedy wszystko się rozsypało. Teraz, teraz byłoby tak łatwo sięgnąć po coś co szybko i choć na chwilę zagłuszyłoby te wszystkie rozszalałe myśli i emocje… teraz, teraz to byłoby takie łatwe.

normalnie pracuję

11

Pewnie kilka osób nie dałoby w to wiary, bo przecież w urzędzie to się tylko kawkę pije i nic nie robi. Normalnie się siedzi, plotkuje, zbywa petentów i bierze ciężką kasę z „naszych podatków”.

Tak, zdecydowanie, podejście godne przeciętnego Polaka. Nie wiem tylko, dlaczego nie mam czasu na nic. Żeby nie było, jak każdemu pracującego z monitorem ekranowym przysługuje mi przerwa w każdej godzinie. Ustawowa i… nie wykorzystana, bo tę przerwę sobie poświęcam na to, żeby strugnąć bieżącą notkę. Znaczy się, przeznaczam na grafomanię czas, w którym powinnam machnąć kilka przysiadów i popatrzeć na zieleń za oknem… bo zieleń to ja mam za oknem i zimą, o ile śnieg na oknie stopniej, bo śwerczkową ścianę mam za oknem, ale nie o tym miało być.

Podatki, ach podatki… tak mnie zastanowiło, po tym jak bohaterka niedalekiego poprzedniego wpisu, ta co to sobie mnie ulubiła, zarzuciła mi, że za „nasze podatki siedzi takie i nic nie robi” – w sensie, że ja za jej podatki… no i tu mam zagwozdkę. Dużą, gdyż jest to nie do końca logiczne. Gdyż gdyby to było tylko za jej podatki, to… logicznym byłoby, że ja jako urzędas, swoich podatków bym nie płaciła. Płacę. Co miesiąc. Jak każdy w tym kraju. Mało tego. Śmiem twierdzić, że zaliczka na podatek dochodowy, która co miesiąc potrącana jest z mojego wynagrodzenia, jest zaliczką jednak wyższą od zaliczki, jaką opłaca Ona Owa poszkodowana… więc cóż takiego – otóż, doszłam do wniosku, że, zważywszy jaki odsetek urzędasów jest w tym kraju, to gro naszych pensji, płacimy my sobie sami, zważywszy, że w takich grajdołkach, jak mój koniec świata, to my zarabiamy całkiem nieźle… choć do zarobków urzędasów z dużych miast, to nasze pensje są mikre i mizerne, jednak tutaj… na końcu świata, gdzie ewenementem jest wynagrodzenie inne niż najniższe, to tak – to my jesteśmy grupą tych, którzy „zarabiają dobrze”. Zarabiając dobrze, płacimy więcej podatków, więc to my fundujemy owej pani darmowy dostęp do szkolnictwa i lecznictwa i do urzędów… gdzie jeszcze jej nasz czas poświęcamy… czyż nie tak?

Jednak też nie o podatkach miało być. Miało być o tym, że: Jesień przyszła!!! Zimno jest. Jak cholera jest zimno. Nie mam żadnej przejściowej kurtki. Co z niejakim zdziwieniem skonstatowałam poniedziałkowego popołudnia będąc na Włościach. To, że w Wersalu brak przyzwoitego jesiennego odzienia, nie było niczym nadzwyczajnym, ale, że i na Włościach szafa okazała się w tym zakresie, posiadać niedobory. To już było niejakim zaskoczeniem dla mnie.

W związku z powyższym udałyśmy się z niejaką M., złośliwie dodam, że w godzinach służbowych, na bazar, celem upatrzenia kurtek właściwych na tę porę roku. Gdyż okazało się, że owo niedomaganie i jej szafę spotkało. No i prawda jest zaiste jedna – we dwie, nie możemy wychodzić nigdzie. Wróciłam w prawdzie bez kurtki (M. kurtkę zakupiła), ale za to z bluzką (15 PLNów) i … kto zgadnie, no kto? … no jasne i oczywiste, że z butami. W prawdzie nie mam pojęcia na jaką cholerę mi te buty, ale zapłaciłam za nie 20 PLNów… Tak, doszłyśmy, że wspólne wyjścia to… jak któraś trafi kumulację w totka, bo inaczej… pójdziemy z torbami i nie wrócimy, bo nas zakupy w połowie drogi przygniotą.

Teraz zmykam, bo mnie majstry Wersal demolują… normalnie, z tymi rurkami od CO robią porządek, aż nie mogę uwierzyć, że się doczekałam. tak samo zapewne nie będę mogła uwierzyć jaki bajzel będę mieć do posprzątania, zaraz po tym jak już wrócę, a oni skończą swoją robotę… choć może już skończyli. Na co nie powiem – liczę po cichu.

P.S. – czy ktoś może zamknąć lodówkę, bo trochę z niej ciągnie… albo niech ktoś włączy ogrzewanie, bo mnie paluszki marzną…

no i mamy kolejny weekend

17

Ten tydzień to nie bardzo wiem gdzie i kiedy mi zwiał. Normalnie spieprzył gdzieś i się nie pokazał nawet na chwilę. A poważnie, to proces rekrutacji jest MASAKRĄ. Z roku, na rok większą, a im osoby młodsze tym jest gorzej. Mało tego, poziom przeciętnego 25-latka dzisiaj i 5 lat temu to przepaść. Z każdym rokiem, czytanie ze zrozumienie staje się abstrakcją. Coraz większą abstrakcją.

Innym problemem jest to, że rozróżnienie pojęć: podanie o pracę, list motywacyjny, życiorys i CV stanowią zali jedno i to samo. Są to pojęcia coraz rzadziej rozróżniane. Takie odnoszę wrażenie. Na ponad 90 podań, które wpłynęły, ogłoszenie o pracę dokładnie i ze zrozumieniem przeczytało 20 osób. Dlaczego tak twierdzę? Gdyż tylko te 20 osób złożyło wszystkie wymagane dokumenty. 70 kilka osób ich nie złożyło. Również na tej podstawie wnioskuję o tym, że rozróżnianie wymienionych pojęć jest coraz trudniejsze dla kandydatów. W ogłoszeniu, jako dokument wymagany był wskazany list motywacyjny i życiorys. Cóż… 20 na ponad 90 życiorysów jakich być powinno, mówi samo za siebie.

Dodatkowo też, młodzi ludzie nie przywiązują wagi do estetyki tego co piszą lub przywiązują ją w zbyt dużym zakresie. Tak więc obok 3 linijek podania o pracę (akurat ta osoba listu motywacyjnego nie przedstawiła), które to linijki były rozbiegane, a czcionka miała 4 różne rozmiary… i tak, że się nie zmieniała sama czcionka… zaraz obok mogę sobie ułożyć list motywacyjny napisany pięknym Garamond-em, pięknie wyjustowany, z akapitami i gramatyką jak złoto, z interlinią 1,5 … i gdzie tu problem mój jest – ano list ten ma 3 STRONY!

Trafiły się również 2 pięknie napisane, niemal kaligraficznie, życiorysy. Odręcznie. Cudo. Mówię wam. Gdybym mogła, to kiedy towarzystwo się zjawi na rozmowy, wywiesiłabym te dwa życiorysy i podpisała: „paczta, te ludzia chodzily do szkoly i umiom pisac i czytac! uczta sie! :P” Tak, bez polskich znaków i w miarę krótko – tak z SMS-owym, czy Twitter-owym zacięciem.

Tak, dodam jeszcze, że 80 osób przyznaje się do wykształcenia wyższego. Z tych 80 osób, około połowa tworzy własną gramatykę. Choć może i nie. Może to gramatyka uległa tak dużej metamorfozie od czasu kiedy ja zdawałam maturę? Muszę sobie to chyba wygooglować. Naprawdę, nie jestem przekonana, czy wiele zasad nie uległo zmianie, a część mogła zostać nawet zniesiona. Osobiście, nigdy nie byłam orłem gramatyki, ale jednak składnia zdania, znaki interpunkcyjne i odmiana przez osoby itp. itd.  (na litość, czy my już na Ukrainie lub w Rosji jesteśmy, że zdarzył się zwrot „WY”?)… nawet mnie ich brak, niespójność i chaos w stosowaniu, doprowadzały do konsternacji i zmuszały do czytania po 2 – 3 razy jednego akapitu… aby zrozumieć jego sens…

Pominę takie drobiazgi jak gubienie polskich znaków we własnym nazwisku, czy ton nakazujący w podsumowaniach listów motywacyjnych. Mój ulubiony zwrot kończący to: Jak mnie przyjmiecie, to będziecie zadowoleni. Tak… osoba ta podpisując się, jako jedna z dwu, nie zapomniała zastosować, skądinąd jak najbardziej należnego, tytułu magistra przed nazwiskiem.

Tak, po tym tygodniu, mam materiału na kilka notatek. Łącznie z praktycznymi wskazówkami dotyczącymi tego na co warto zwrócić uwagę i tego gdzie należy zachować umiar i wstrzemięźliwość. Na początek jednak, napiszę, że warto pamiętać, właśnie o tym, że ktoś będzie to musiał czytać. Mało tego, że będzie czytał kilka, kilkanaście, czy kilkadziesiąt zestawów dokumentów. Warto więc się skoncentrować na tym co ważne i istotne, a lanie wody… zostawcie na drugi etap… na rozmowę kwalifikacyjną.

Tym czasem, do padającego deszczu, dołączył się wiatr. Jest ślisko i zimno, i byle jak jest. Jesień pokazała się w ubiegłym tygodniu na chwilę, a teraz już ucieka. Wiatr odarł dziś większość drzew z kolorowych sukienek, a w powietrzu czuć węglowy i drzewny dym z kominów. Za kilka dni, to co dziś jest jeszcze żółte, pomarańczowe i czerwone, zacznie przybierać odcienie wrzosu, aż przyjdzie długa słota i zmieni to wszystko w byle jaką, burą, breję… i spadnie śnieg.

normalnie udusić się można :|

11

Mamy pierwsze efekty kiepskich wyników. Wieczorem przedwczoraj położyłam się zdrowa, wczoraj rano wstałam z katarem lekkim, a dziś? Dziś normalnie z każdą godziną jest gorzej. Mało tego, jest na tyle źle, że zrobiłam sobie dzień dziecka od pracy, gdyż normalnie koncentracji mam poziom zerowy, a poprawianie własnych błędów mierzi mnie okrutnie. Jako, że się obrobiłam na tyle, aby to co jest, mogło swobodnie do poniedziałku poczekać, nic nie było mnie w stanie zmusić dziś do pójścia do pracy.

Myli się jednak ten, kto myśli iż grzecznie w łóżeczku leżę, otóż w chwilach polekowych zrywów i powrotu do jako takiego świata rzeczywistego, skończyłam na dachu to co skończyć miałam, rozwalając jednocześnie pożyczony pistolet do silikonu. Muszę odkupić, ale to może jutro, albo w poniedziałek, albo kiedy już bezpiecznie będę mogła usiąść za kierownicą auta mego… no i jeszcze 2 prania, i wielki gar leczo do mrożenia. Całe szczęście, że obiad wystarczyło podgrzać, a nie trzeba było nad nim myśleć. Na jutro zaś mam pstrągusia co to na masełeczku spokojnie będzie się dusił. O ile wcześniej ja się nie uduszę. Gdyż okazało się iż przeterminowane krople do nosa nie tylko mi nie szkodzą, ale też niestety już nie pomagają. Teraz zaś oddalę się celem naszprycowania się niebotyczną ilością czosneczku, przepiciu go cytryną z grejfrucikiem oraz przegryzieniu polopiryną, oraz zapewne, celem zapadnięcia w krainę sennych majaków i zwidów…

bardzo długi poniedziałek

6

Zrobiłam sobie dzisiaj porankiem lekkie wagary. Jakieś dwie godzinki się spóźniłam do pracy. W końcu dzień chłopaka jest – coś się mi z tego powodu, jako kobiecie, należy przecież.No oczywiście, że wszystko było pod kontrolą. Spóźnienie też. Bez przesady, nawet w mojej pracy wypada się opowiedzieć w jakikolwiek sposób na okoliczność spóźnienia o 2 godziny.

Zdawać by się mogło, że w takim układzie to dzień tylko mignie i śmignie, i po pracy będzie. Nic bardziej mylnego. Ciągnie się ten dzień jak guma do żucia przylepiona do podeszwy buta na chodniku. To i owo mnie wkurza, a najbardziej to jak ktoś wie, że narobił bajzlu i stara się wytknąć mi, że to mój bajzel. A co tam. Nie pierwsza żaba jaką mam zjeść, najwyżej w końcu kiedyś się porzygam. Wystarczyłoby tylko posłuchać tego co mówię. Nie udawać, tylko posłuchać. Co poradzić, skoro ktoś ma własną wizję, a pytania zadaje tak by ją potwierdzić, a nie aby uzyskać rzetelną i pełną informację. Mało tego, stwierdzenie, że pytałem, jak ktoś to robi, i zrobić mamy tak samo, bez zastanawiania się, czy dobrze, czy źle… to po prostu, każdorazowo podnosi mi adrenalinę. Ogólnie to – Rybka mi to. Tak długo przynajmniej, jak mogę zabezpieczyć własne tyły. Mówią jeszcze, że szanuj szefa swego, bo możesz mieć gorszego… owszem, choć czasami, coraz trudniej jest mi sobie to wyobrazić.

A poranek zapowiadał taki miły, słoneczny dzień. Jak widać, luksus picia kawy w pościeli, wymaga odpokutowania. A może, następnym razem, w ramach pokuty i prób przebłagania jakiś złośliwych bożków codzienności, to ja powinnam tę kawę zrobić… a nie oczekiwać, że już gotową, pachnącą i parującą będę mieć podaną pod kocyk…


  • RSS