demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: gotowanie

pokrzywa rządzi

2

Słowo się rzekło – kobyłka u płota. Obiecałam pokrzywy Zmorce, więc są i pokrzywy. Co jej żałowała będę. Podzielę się. W końcu tak zaszalałam, że cały zlewozmywak pokrzyw nazbierałam. Zdjęcia może nieco nie ostre, ale za to obiekt… jeszcze dziś na rącach czuję, a rękawiczki miałam przy zbieraniu.

Tak więc pokrzywy nazbierałam, obrałam i zmieliłam, a później zupę z nich nawarzyłam, i zjadłam, aż się mi uszy trzęsły i boczki z radości kolebały.

Składniki zupki: 1 marchewa spora, 1 pietrucha spora, 2 – 3 ząbki czosneczku, kostka rosołowa drobiowa (albo rosołek z niedzieli), liście* pokrzywy tak z 1 litr (zbaneczek litrowy pełen listków lekko ubitych), śmietana (u mnie jogurtowa), sól, pieprz wedle gustu. Opcjonalnie 1 gałązka świeżego lubczyku, 1 jajko, 2 łyżki siemienia lnianego (nie konieczne, ale ja ostatnio mam do niego słabość i w hurcie, do wszystkiego dodaję).

Zupę robi się tak: bierzesz sobie garneczek 3 litrowej pojemności, dla wygody mieszania, a nie żeby tyle zupy gołej gotować. Do ganeczka wlewasz tak z 1,5 litra wody, gotujesz w tym marchewę i pietruchę w kawałkach wygodnych do zblendowania. Z wywaru wyławiasz miękkie warzywa, a wywar zostawiasz – bo to twoja odstawa zupy jest. Pokrzywowe listki sparzasz gorącą wodą i blendujesz razem z czosneczkiem, marchewą i pietruchą, dodając do blendowania (jeśli trzeba) nieco wywaru z marchewy i pietruchy. Wywar, lub cienki rosołek, na kuchenkę, do wywaru przelewasz pulpę zmiksowanych pokrzyw i warzyw, jeśli nie było rosołku z niedzieli dorzucasz kostkę rosołową, zagotowujesz i doprawiasz solą i pieprzem. Jak złapiesz smak, to zabielasz wedle preferencji – śmietana z mąką, sama śmietana lub tak jak ja lubię najbardziej: śmietana z jajkiem + łyżka mąki jaglanej. Zagotowujesz, wyłączasz i wlewasz do miseczki.

Z czym podawać? Ja akurat z ryżem brązowym wczoraj jadłam, ale groszek ptysiowy, grzanki, jajko na twardo, bywa że makaron podobno dorzucają. Sama mam zakusy aby dziś sprawdzić soczewicę zieloną jako dodatek.

… i żeby nie było, że samymi pokrzywami człowiek żyje, to na drugie danie (i ja się dziwię, dlaczego boczki mi rosną i zrzucić ich nie mogę w żaden sposób… ale jak się po dwa dania wsuwa i jeszcze jakiś deserek… to chyba czas przestać się dziwić) … cukinia w cieście z hummusem. Pychota. Panierka pychota, bo cukinia, jaka jest, każdy wie.

Smacznego :)

* – liście do zupy, ale żebyście się nie ważyli wywalać łodyżek i tych mniej ładnych listków, które się trafić mogą. Do garnka z nimi drugiego, zalać wodą, zagotować, zdjąć z kuchni i  przestudzone są rewelacyjne jako płukanka do włosów, albo dodatek do kąpieli… nie pieni się w prawdzie, ale skóra woli pokrzywę od seksownej piany… seksowna to może być (a nawet powinna) bielizna, a nie szybka, wieczorna kąpiel…

juz za chwileczkę

10

… już za momencik… ja zaczynam swój długi weekend – a Wy?

Mam ochotę na makaron ze szpinakiem i fetą (znowu), górę drożdżówek, dobry film i ładną pogodę. Niestety, na to ostatnie, wszelkie pogodowe serwisy, nie każą mi liczyć jakoś szczególnie. No nie wiem, nie wiem. Może akurat. Może jednak. Chciałabym. Zwłaszcza, że mam jeszcze do pociachania ze 2 mniejsze i jedną wielką jabłoń oraz mam gości w planach, więc pogoda jak nic – przydałaby się.

Jednak, jeśli przypadkiem się pogoda wypnie i bokiem wykręci, to zamknę się w kuchni i będę sobie dogadzać. Niedojedzona jestem ostatnio. Wiosna, okna u sąsiadów pootwierane, więc mnie zapachy atakują, a ja tylko kromeczkę chlebusia z powidełkiem i cienką herbatką. Jednak, już i zaraz po weekendzie długim, kuchnia w końcu musi się doczekać czasu dla siebie, gdyż, dłużej już nie mam siły się pieczywem zapychać – nawet tym najsmaczniejszym… no i piekarnik mieć będę… więc może i własne „pieczywo”… nie ważne, nie ważne, nie ważne.

No i w okolicy boćki latają jak nic. To dobrze. Za zdrowie przyszłych mam kciuki trzymać będę przez kilka najbliższych miesięcy, a z tatusiami może jakiego drineczka, albo coś… no bo te emocje, no proszę Was – bosko tak patrzeć, na dorosłego faceta, który ma prawie drgawki z przerażenia i obawy o swoją ciężarówkę, i ta duma. W spojrzeniu, w głosie. Rozczulam się i sentymentalna się robię. Będzie dobrze. A jako cioteczka chyba już muszę zacząć odkładać na jakieś małe drobiazgi, bo później, hurtu mój budżet może nie przeżyć… gdyż na tę chwilę to już sztuki 3 się zapowiadają, a co jeszcze może przynieść życie – a kto to może wiedzieć :)… Właściwie to obstawiam jeszcze co najmniej 2 sztuki.

Spoko – nie zapatrzę się. Już mi przeszło. Za stara jestem. Dobrze mi z Mł0dym takim wielkim. Dobrze mi jak jest. Z tym co mam i z nowymi planami jakie mam. Czas zająć się sobą,i tylko sobą… tylko najpierw trzeba się tego nauczyć, a to jest dopiero wyzwanie!

jadłomania

6

Ostatnio mam fazę na naleśniki, i raz w tygodniu muszę je zjeść, bo inaczej mnie jedzeniowo nosi i znaleźć miejsca w kuchni sobie nie mogę. Dziś również naleśniki wygrały z innym daniem (dokładniej z makaronem z sosem szpinakowym).

Naleśniki, niby nic, a jednak czasem. Do jabłuszek smażonych, więc na słodko, a jak na słodko, to koniecznie z wanilią do ciasta i… ponieważ akurat dziś dysponowałam jedynie cukrem wanilinowym, to go syp do ciast i cała szczęśliwa byłam, aż do usmażenia pierwszego naleśnika, którego to zapach mnie się nie podobał za bardzo. Nie, no wszystkie składniki świeże, naleśnik nie spalony, tylko czemu nie czuć wanilii? No i co to za zapach? Hm. Dziwne. Dziwne.

Próbuję ja wam ten specjał naleśnikowy i otwieram oczy na całą szerokość w wielkim zdziwieniu. Otóż do ciasta wylądował cukier migdałowy… dziś na obiad serwuję więc naleśniki z posmakiem migdałowym ze smażonymi (właśnie bulgotają na kuchni) jabłuszkami. Pozostaje mi mieć tylko nadzieję, że Młody po wycieczce rowerowej wróci do domu na tyle głodny, że pominie migdały milczeniem… co może nie być łatwe, gdyż jemu w życiu ze smakiem migdałowym nie koniecznie po kolei, ale co mi tam… dam do jabłek więcej cynamonu i też będzie… tylko mu nie mówcie! ;)

Jak ja to zrobiłam, że oba cukry pomyliłam… tego nie wiem, tak jakoś się mi udało mimochodem…

moja wina, moja wina…

2

Moja bardzo wielka wina. Ten deszcz znaczy się. No bo wiecie, ręczniki mi wyszły w ilości hurtowej, więc należało je wyprać. Więc wyprałam wczorajszego wieczoru. No i jak deszcz zaczął padać kiedy wieszałam, tak jeszcze nie przestał, z małymi chwilami, ale spokojnie… pościel sobie odpuściłam.

W ramach deszczowej soboty, co spowodowało ograniczone możliwości pralnicze, zamknęłam się w kuchni. Nielat ma pierogi z marchewką (to sposób na przemycenie jarzywek do jego diety) i ruskie poporcjowane i zamrożone oraz całą stertę leniwych do kompletu. Na 2 tygodnie mam go z głowy. Sobotę również. Nad stolnicą mi ta sobota minęła. Nie, że o sobie zapomniałam. Serniczek na zimno sobie machnęłam, ale z tego przepisu pierwszy i ostatni raz. Na zdjęciu wyglądał ślicznie, z przepisu zapowiadał się apetycznie, a… musiałam do apetyczności dorobić to i owo (cukier zwłaszcza). Pół miasta schodziłam za sokiem aroniowym i co? I nico, zamiast niebieskiej smugi, mam różową… a galaretki w fioletowych odcieniach na mojej wiosce też nie udało mi się kupić… za to maliny… wyjadłam sama i pod galaretkę już nic nie zostało…

Na rano mam półprodukty do tarty. Oraz i kilka ugotowanych pierogów, aby i Nielat bez śniadania nie chodził, bo jak wiadomo, to tarta jest nie jadalna… ta z warzywami rzecz jasna, bo z owocami już jak najbardziej – jadalna jest. Więc jutro też kuchennie się dzień zapowiada. Choć w planach mam też zmianę pazurkowej kolorystyki, bo chyba fiolety na niebieskości lub róże czas zastąpić, a może jakiś pomarańcz do zaklinania słońca, że jak to tak, że ono za chmurami się chowa, a człowiek tak tęskni i z tej tęsknoty w kuchni się zaszywa…

Tymczasem, borem lasem, czas na sen już najwyższy. Dobrej nocy Wam, a sobie… choć 5 godzin snu.

to czego nie powinnam

6

Nie powinnam zaglądać do Lawendowego Domu w piątkowe przedpołudnie. Zwłaszcza do Kuchni Lawendowego Domu. Kończy się to ślinotokiem, a po okresie niejedzenia, teraz przeginam w drugą stronę i paszcza mi się nie zamyka… no dobra, zamyka się, aby pasza treściwa z niej nie wylatała.

Normalnie, to w Wersalu zaczynam odczuwać brak piekarnika i lodówki. Chociaż z drugiej strony – kto by to miał jeść? Ja sama? Tak wszystko, wszystko? Obawiam się, że szybko musiałabym zmienić mieszkanie na większe, a przynajmniej na takie z większymi, w sensie – szerszymi, drzwiami.

Wracając jednak do Lawendowego Domu (link po prawej) to… naleśniki gryczane z warzywami? … wytrawne babeczki z fetą i suszonymi pomidorami? …drożdżowa tarta z karmelizowanymi pomidorami? …kotlety z kaszy gryczanej z sosem? AAAAAAAAAAAAAAAAAAA! Zjadłabym wszystko, wszystko, wszystko i jeszcze więcej. Zwłaszcza, że na fotkach wygląda BOSKO, a przecież też sobie w kuchni radzę niezgorzej, więc… wszystko jest w zasięgu moich rączek, a nawet lodówki i szafki z produktami do wyrobu różnych pyszności. No i jeszcze tak, bo chłodno i paskudnie, i bez kocykowania weekend, więc może pierogi z marchewką, albo szpinkowe rawioli, albo… i może w końcu ten sernik na zimno z sokiem aroniowym, do którego Nielat już 2 raz herbatniki wyjadł?

Tak, przesadzam w drugą stronę. Po tym jak jedzenie było abstrakcją, teraz, niejedzenie jest abstrakcją. Niestety, bezsenne noce wróciły po 3 dniach nieobecności. W nocy, człowiek powinien spać, bo kiedy nie śpi, różne dziwne rzeczy chodzą mu po głowie. Niestety – nie zawsze dobre, a nawet, najczęściej to niedobre.

Czy zwrócił ktoś uwagę, że nastał czas, gdy każdemu się wydaje, że jest mistrzem kuchni, i w rankingach blogowych czołówka to kulinarne to i owo, an nawet bardziej owo niż TO. Jakiś czas temu, wszyscy blogerzy byli fotografami. Za chwilę chyba wszyscy blogerzy zostaną stylistami… Gdzie te czasy, kiedy blogerzy byli sobą?

Nie ogarniam. Na Włościach opadam z sił i cierpię na bezsilność i niechciejstwo. Najchętniej nie wychylałabym nosa spod kołdry. Mniejsza o to jednak – tłumaczę sobie, że to osłabienie po chorobie i nie ma się co szarpać, zważywszy, że tak to dawno mnie nie wymaltretowało.

Rzecz jasna, kiedy wczoraj dotarłam do kuchni to godzina była już taka, że tylko herbatkę i do snu. Jednak skusiłam się na tę pastę jajcowo-szynkową, która od rana mnie prześladowała, bo do porannej kawy w pracy zajrzałam sobie do Pyzy. No więc tak to:

Składniki: 3 jajka ugotowane na twardo, mały pęczek szczypiorku, natka pietruszki, 4 – 5 plasterków szynki, sól, pieprz, majonez, musztarda, śmietana (co kto woli – ja wybrałam opcję 1 łyżka majonezu – reszta jogurt typu greckiego). Pyza (w linkach po prawemu) miała koperek, a ja kilka listków pietruszki.

Przygotowanie: Jajka siekamy (lub ścieramy) i do miseczki, szczypiorek i pietruszkę siekamy średni drobno i do miseczki, szynkę kroimy w paski około 0,5 cm szerokości, a później jeszcze w kosteczkę i do miski. Dodajemy majonez, jogurt, pieprz i sól i mieszamy. Chłodzimy w lodówce przez chwilę, albo zjadamy takie ciepławe… Smacznego.

Tak się zastanawiałam nad ogórkiem konserwowym albo nad groszkiem, ale wyszły. Życie na dwie kuchnie to wyzwanie jednak jest. Oczywiście dzisiaj było i spaghetti i muffinki. Korci mnie tarta pomarańczowa, ale wizja tego, że zjem całą sama mnie przytłacza. Nielat pomarańczy nie jada. Więc sama nie wiem… a może tą tartę na słono, a nie na słodko? Co też może determinować samodzielne spożycie całości.

Jutro nad tym pomyślę… dziś już nie mam weny na myślenie. Biała herbata i książka, a może zaczyn na bułki, które to mają nocować w lodówce? Rano byłyby takie pachnące i chrupiące, ale chyba już nie mam na to siły dzisiaj psychicznej. Może inną razą.

Dobra. Rano zaliczyłam fryzjera. Spoko, zastrajkowała mi fryzjerka i oprotestowała krótkie cięcie, więc tylko końcówki mam ścięte i z lekka ścieniowane, to w ramach jeszcze strat po ubiegłorocznej „Roszpunce”. Nie wiem, chyba sama nie do końca wiem, czy chce wrócić do „boba”, czy jeszcze krótsze kudły. Jakoś ochota na zapuszczanie i noszenie długich też mi minęła. Wiosenna apatia, ot co.


  • RSS