demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: ferdek

żyję… chyba…

9

Ogólnie to bez śniegu jest do duszy. Wielkanoc mamy, czy Boże Narodzenie? Nie wiem. nie jestem pewna. Może koszyczek mam wyciągnąć? Albo cóś. Jajeczka jakieś? No nie wiem. Nie wiem.

Nie mam czasu pisać, nie mam siły pisać, nie mam na czym pisać i nie mamo czym pisać. Więc nie piszę. Czytam. jeśli znajdę chwilę czasu, co nie jest łatwe. Może w święta nadrobię.

Przepraszam dziewczyny, ale w tym roku, nie starczyło mi czasu na zrobienie kartek i na wysłanie ich pocztą tradycyjną. Obiecuję się poprawić i już może w najbliższym czasie, na zaś zrobić kilka wielkanocnych, żeby mieć na zapas pod ręką, gdyby się okazało, że nadal obłożona robotą jestem.

Z samopoczuciem też różnie bywa. Znaczy, skoro wszyscy na około smarkali, to i mnie smarkaty czas dopadł i dogadał się z gruźliczym kaszlem, który miał dłuższy przestanek w mojej osobie i nie chciał się ze mną rozstać. Jednak, zdaje się, że już nie jest źle.

Tymczasem Młody zakończył kursy operatora koparek jednonaczyniowych i koparko-ładowarki, zdał egzaminy i nabył uprawnienia. Wjechał nieco do rowu Ferdynandem, oraz stracił zderzak na parkingu… nie wiem, czy on zaparkował bez zastanowienia, czy ten co mu rozpieprzył zderzak i kawałek lakieru zabrał z Ferdka był dupa nie kierowca, co w okresie około świątecznym z bez śniegową aurą jest normą (w sensie, że niedzielni kierowcy, którzy zwyczajowo swoje wozy chowają do garaży na zimę, teraz nimi jeszcze jeżdżą), w każdym bądź razie, się nie nudzimy. Oczywiście, że sprawca braku zderzaka zwiał i nie zostawił nic (że o nr telefonu wspominać nie będę… ), zabrał zaś nieco lakieru… na pamiątkę chyba, bo po co mu innego.

Nadal nie mamy znalezionego rehabilitanta sportowego do rozćwiczenia kolana Młodego, ale szukamy, szukamy. Mamy za to okulary nowe, gdyż stare Młody zjadł był (nie wiem, chyba na deser, bo staram się jednak dbać o to aby lodówka pusta nie była i aby Młody miał co jeść), więc może to i Młodemu, i Ferdkowi na zdrowie wyjdzie.

O pracy pisać nie będę, gdyż, po prostu niewybredne wiązanki na ust korale się mi cisną ciągiem nieprzerwanym, gdyż nie wyrabiam w zakrętach.

O stosunkach rodzinnych też pisać nie będę, gdyż dla odmiany te się mają szumnie, są mocno urozmaicone i nudą nie wieje. Dzięki czemu nowy, nadchodzący, rok jawi się w perspektywie znowu z rozwalonym urlopem na wizyty urzędowe mniej lub bardziej dobrowolne, acz nieuniknione.

Co do urlopu, wpadła mi do emajli reklama wyjazdu do Rumuni. Za tysiaka, na 7 – 8 dni. Kusi, nęci i szczerą ochotę mam pizdnąć wszystkim i pojechać… tylko kurcze – może by mi jakiś Mikołaj ten wyjazd pod-choinkowo za-sponsorował? Wyjazd wakacyjny, o tej porze roku (dokładniej to styczeń/luty) jest poza moim budżetem, także wszelkie działania Mikołajowe/ Dziadkowo Mrozowe/ itp. są i wskazane jak najbardziej i mile widziane.

Trzymajcie się tej zimy wiosennej.

o Ferdynandzie dziś będzie

12

Nie jest tajemnicą, że z Ferdynandem czas nastał na rozstanie. Nie powiem, mam do niego sentyment, ale koszt jego naprawy przekracza moje chęci wydatkowania na niego środków finansowych. To wygodny i przyjemny w jeździe samochód był. Dobrze się w nim siedziało, a dalekie podróże, też były nieuciążliwe z racji dostatecznej przestrzeni dla kierowcy i dla pasażerów. Żadne tam kolana pod brodą, co ma znaczenie, jeśli przełożyć, to na wizję składania Młodego na 3 części w innych samochodach. Tu Młody siedział jak Basza, z całym swoim 198 cm dobrodziejstwem inwentarza. Jak upierdliwy w trasie jest marudzący pasażer – każdy kierowca dobrze wie, a Ferdek sprawiał, że ten szczegół podróży mnie zazwyczaj omijał.

Tak więc, kiedy nadszedł czas rozstania, jakoś mi smutno i przykro, i w sumie to spędziliśmy ze sobą 7 ostatnich lat i blisko 150 tyś. km. oraz remont silnika i pomniejsze naprawy. Stłuczkę tu i tam, niewielkie, niegroźne, ale wspólne. Nie daliśmy się niejednej Bejcy, a i audice z nami taktycznie się nie mieściły w starcie na światłach. Trudno jest się nam rozstać. Tym trudniej, że na złomie, dają mi za Ferdka 600 PLNów. No to mało jest. Po 35 groszy za 1 kg. Nie wspomnę, że 1,5 roku temu (czy jakoś tak) 650 to ja za Tico dostałam… ot, życie.

Postanowiłam więc go sprzedać. Nie pierwszy raz. Gdyż pierwszy raz, to sprzedać go miałam,kiedy moja Rodzicielka się w zadku auta innego nim posadziła. Kazała mi go sprzedać, a że trafiło iż chcieli go za darmo, to skończyło się tym, że naprawiłam i jeździłam. Jeździłam i cóż, nie oszukujmy się, solanka go wykończyła. Rdza go zjada tu i tam. Parę innych rzeczy też jest zużytych. Ogólnie, jeśli ktoś jest nieco samodzielny samochodowo, to spokojnie można jeszcze na czas jakiś Ferdka zreanimować… kiedy odpadają koszty robocizny i konieczność użerania się z mechanikami.

Tak więc, postanowiłam Ferdka sprzedać. No i się zaczęło. Ja pierdziu. Faceci są niepoważni. Normalnie, N-I-E-P-O-W-A-Ż-N-I !!! W chwili, kiedy zorientują się, że mają do czynienia ze sprzedającą kobietą to… chcieliby za darmo! ZA DARMO! Już to przerabiałam poprzednim razem. Owszem, talent handlowy u mnie nie jest na poziomie spektakularnym, ale jednak go mam. Tyle, że jak widać, w naszym grajdołku, kobieta ma problem ze sprzedaniem samochodu, bo faceci mają problem z uświadomieniem sobie, że ta kobieta wie o swoim samochodzie dużo, umie odpowiedzieć na większość ich pytań i ogólnie to lubi samochody. Takie postępowanie jest domeną męską. Kobieta ma być uległa i nie znać się na motoryzacji, bo to męska dziedzina dominacji jest. Więc odbieram kolejny telefon i co? I cale życie z debilami! Na 8 telefonów, 2 były rzeczowe i nie stanowiły próby wyłudzenia za darmo, zaraz po tym jak okazało się, kto jest sprzedającym. To cwaniactwo i wywyższanie się po prostu rozpieprza mnie.

Przy jednym telefonie, czekałam tylko na hasło w gatunku i tonie: Baby to do pieluch i do garów, a nie do samochodów. Inny Pan, zawiedziony, że nie dam mu za darmo, rozłączył się bez zająknięcia się kulturą i obyciem. „Dziękuję”, czy inne zwroty uprzejmościowe – w języku niektórych Panów nie istnieją. Buraczarnia normalnie. Buraczarnia.

Tak, jestem idealistką, i tak, zdaje się, że Ferdek jednak trafi na złomowisko, końcem miesiąca, chociaż Młody doszedł do wniosku, że skoro za 600 mam go pchnąć na szrot, to może on sobie sprawdzi ile kosztowałoby go zreanimowanie Ferdka przy pomocy tatusiów kolegów, którzy są mechanikami od tego i owego, a resztę to on sam. Ma dziś się rozglądnąć co do możliwości i kosztów. W sumie, gdyby miał pod czujnym okiem sam coś przy nim domajstrować, i nim jeździć… przynajmniej wiedziałabym, co ten samochód może i nie umierałabym ze strachu co obcy złom może za numer wywinąć… bo nie ukrywajmy, wraz z własnym prawem jazdy w kieszeni Młody zachorował na posiadanie własnego samochodu. Samochód to koszty, więc to też może być mobilizacja do szukania pracy. Owszem, szuka, owszem już mógłby iść, ale jego marzeniem jest ten nieszczęsny kurs na koparkę, na który jest zapisany w UP. Problem w tym, że jakaś „ciemcia”, która ten kurs nadzoruje, ma problem z zebraniem 12 bezrobotnych aby go rozpocząć… doprawdy, 12 facetów szukać od czerwca i nie znaleźć? To dopiero trzeba być zdolną osobą! Lub cholernie być za karę w pracy i całkowicie nie nadawać się do wykonywanej roboty, kiedy w ciągu dnia rozmawia się z 30 albo i więcej osobami poszukującymi pracy… nie, no to trzeba mieć zdolności.

Tak więc, Ferdek nadal stoi pod brama, i nadal nie ma pewnej przyszłości. Chyba nikt na tę chwilę nie wie co go czeka. Ani on, ani ja, ani Młody. Sytuacja ulega dynamicznej zmianie.

z tymi facetami to…

8

… nie idzie wytrzymać. I nie ma znaczenia, czy to faceci żywi, czy samochody, czy mechanicy. Wszystkie dziady, to jeden gatunek. Nie wiem, czy mam wydrzeć się na mechaników, czy Ferdynanda zostawić na miedzy i niech go wrony zaadaptują na mieszkanie, albo co, bo mnie już pomysłu brakuje.

Niechybnie Ferdynand daje mi do zrozumienia, że czas naszego rozstania jest coraz bliższy i nieubłagany. Reanimacja w nieskończoność mija się z celem, ale miałam nadzieję, że zostanie ze mną jeszcze do września, a dopiero później się rozstaniemy. Jak widać życie weryfikuje siebie samo. Może też powinnam dorzucić numer mechaników jako „zaprzyjaźniony”, czyli poza naliczaniem minut… wykupić linię specjalną, czy coś.

Może też powinnam się upić tak do końca, aby trzy dni mieć z życiorysu wypisane i się zresetować. Na tę chwilę jednak ćwiczę różne figury ekwilibrystyczne i cyrkową sztukę w żonglowaniu wydatkami i zobowiązaniami. Na wszelki wypadek jednak chyba meble kuchenne obecnie pozostają tam gdzie są, znaczy się w sklepie. W końcu – co się odwlecze to nie uciecze, a płytki na ścianie w kuchni wyglądają zajefajnnie. :)

… bo nie czuję takiej potrzeby. Gdybym napisała, że nie mam o czym, bo nic się nie dzieje, to nie byłaby prawda. Wersal się remontuje, zaglądam na 2 piętro na piwko, z E. wypad do „posmakuj”, winko z A. celem uhonorowania pojawienia się małej laurki na świecie. Do tego rozrywki liczne jakie zapewnia mi Ferdynand i mechanicy, gdyż jak wiadomo, w tym przypadku, zawsze, ale to zawsze muszą być jakieś atrakcje.  Mam też starą- nową pasję, choć pasja to za wiele powiedziane, bardziej zainteresowanie, które niekoniecznie podoba się Młodemu, gdyż uważa, że książki same w sobie są złem koniecznym i dopustem bożym, a kiedy traktują jeszcze o tym i owym, to już w ogóle matka mu dziwaczeje.

Rodzinnie też bywa ciekawie. Ogólnie się nie nudzimy i mamy różne atrakcje i rozrywki, niestety tu akurat kumulacja negatywna, a szkoda, bo zaszalałabym na jakimś weselu, nic się jednak nie szykuje. Chętnie się jednak jako osoba towarzysząca wybiorę, gdyby ktoś potrzebował.

Miewam adoratorów, co jest miłe, ale niestety nic ponadto. Chyba nieczuła i oziębła jestem. Nawet nie tyle chyba, co po prostu, przepraszam za określenie, ale obecnie mam „wyjebane”. Wibrator sobie kupię i przynajmniej spokojnie i efektywnie będzie, bez nerw, bez złudzeń, bez brudnych skarpet i gaci. Choć jak znam siebie, to bez nerw to nie wiem czy potrafię egzystować, złudzeń też nie hoduję i klarownie dostrzegam obraz rzeczywistości, ale niestety nie mam w zwyczaju spełniać życzeń, bo ani wróżką ani mikołajką nie jestem, za to bywam przekorna. Z gaciami i skarpetami to tez frazes, biorąc pod uwagę, że jedynym facetem, który ten grzech może popełnić więcej niż 1 raz jest Młody, to też nie ma o czym pisać.

Ogólnie więc nudddda. Codzienność ot i tyle. No i to, że mam nieziemsko czasu skoro nie chadzam do kołchozu. Czasu, który poświęcam na rzeczy wg Młodego zbędne, ale może wrócę do spacerów z Perełką? Dawno już zdjęć nie robiłam. Z rok pewnie, albo i lepiej. Potrzebna mi zmiany. Już i teraz. Potrzeba mi nowych wyzwań i nowych fascynacji. Ten typ tak ma, ten typ tak lubi… i już, po prostu.

Po bardzo agresywnym minionym tygodniu, w obecnym mocno nadrabiam reperkusje poprzedniego. Grafik sobie chyba rozpisać muszę kiedy kontakty z policją, a kiedy z mechanikami, a kiedy jeszcze znaleźć czas na kserowanie i drukowanie miliona rzeczy.

No więc mój ulubiony sąsiad, ten co to przypiął się do mnie w ubiegły wtorek, że mu auto porysowałam, o czym już tu pisałam, ten co to mnie policją straszył, ale nie dość pewien swego nie zadzwonił na policję na bieżąco… ale poszedł na skargę kilka dni później. Tak mniej więcej aby się z monitoringiem rozminąć. Bardzo ponaglał dzielnicowego do znalezienia mojej osoby. Tak, tak, gdyby ktoś miał wątpliwości to ja się ukrywam. Sama o tym nie wiedziałam i nie zdawałam sobie sprawy, ale od czego ma się sąsiadów w końcu – zawsze człowieka uświadomią co mu dolega, co ma i co robi. Zwłaszcza gdy mieszka się w blokowisku na sąsiada zawsze możesz liczyć. Zwłaszcza tak zaangażowanego.

No więc od kilku dni policja szukała mnie o tyle intensywnie, co bezskutecznie, ale, że miasto małe jest, to przypadkiem też i o owych poszukiwaniach się dowiedziałam. Przypadki chodzą jak widać po ludziach. Jakoże chodzą i po ludziach, to niech chodzą więc i po policjantach. Poszłam więc spokojnie na komisariat, z niejaką beztroska odpowiadając na pytanie „W jakiej Pani sprawie i do kogo”, że: „Nie wiem.” oraz „Podobno mnie poszukujecie, szukacie, czy coś.”  Panowie dyżurni na dyspozytorni popatrzyli po sobie i na mnie, że o co tej babie chodzi, i czego ona chce, i zgupła, że tak sama przychodzi, czy jak? Otóż nie zgupła, a raczej, nie zgłupiała, chyba, jeszcze, no nie wiem, ale tak się mi wydaje, że jeszcze nie. Nie znaczy to, że nie mogę się mylić. No więc odszukali mojego dzielnicowego, któren to mnie po mieście szukał, ale szukał w miejscach w których znaleźć nie miał mnie prawa. Pogadaliśmy służbowo 1,5 godziny, po-kserował sobie co mu makulaturę doniosłam, podrukował sobie makulaturę kolejną z mojego małpiego adresu, popisał sobie protokół i dał mi do poczytania i podpisania. Wymiękłam kiedy pokazał mi fotkę z jego zderzaka, pytając, czy to kolor mojego samochodu… prawie śmiechem parsknęłam. Gdyż, o ile mi wiadomo, to Ferdynand jest od swego fabrycznego poczęcia ciemno wiśniowy, w chłodnym odcieniu, a tu… farba na zdjęciu wyszła prawie czerwona. Nadmienię, że z domniemanego miejsca na Ferdynandzie farba musiałaby zniknąć po raz drugi. teoretycznie jest to możliwe, tyle, że teoria nie idzie z praktyką w parze. Aby szła, musiałabym tę farbę uzupełnić, a tego od 28 października nie uczyniłam, więc nie mogło zostać na cudzym zderzaku coś, czego ja na swoim już od kilku miesięcy nie miałam, bo zostało na jednym ciemnopopielatym Opelku.

No i tak to. Sąsiad ów winien się na furmankę przesiąść, a nie do tak dużego samochodu… chociaż, na woźnicę też by się nie nadawał, choć dobrze przyuczona kobyła do domu zawsze trafi… no i mogłaby ta furmanka, wraz z kobyłą, na trawniku parkować…

ja pierdziu

12

Jakieś czyjeś Młode, z nowym prawem jazdy, rozbiło Ferdziowi nochal z prawej strony. Normalnie jadymy sobie, Ferdzio i ja rondem, a tu sru. Torpeda. No i nie mamy prawej strony. Zderzak połamany, kuźde znowu będzie problem bo ta wersja przeciwmgielne ma w zderzaku. Lampy niet, poszła w czorty i części. Nadkole niemal nie istnieje, cofnięte tak, że drzwi ciężko chodzą. Klapa wgnieciona nieco też. Policmajstry nie kazały dalej jechać, kazały zjechać na bok i już tam zostać.

A ja co? Napiszę brzydko. Mam wyjebane. Jestem tak zmęczona, że mam wszystko gdzieś. Ja na prawdę mam coraz większa ochotę wypierdolić z tego życia w inne miejsce i czas. Tylko, cholera, jakaś małpa schowała mi kapsułę…


  • RSS