demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: facet

Znaczy się, tego krótkiego obijactwa, gdyż z przyczyn technicznych od sobotniego poranka unikałam siłki i wysiłku. Za to nadrabiałam goframi w ilościach hurtowych, a przynajmniej mocno zbliżonych do hurtowych. Rzecz jasna ona pogoda co to jest za oknem, to też na moją cześć i ku mojej chwale, abym mogła powiedzieć: OTO ŻYJĘ.

Bycie kobietą, to nie to tamto. Bycie kobietą to jest COŚ. W zimie podpaska przymarza ci do dupska lub do portek, a latem… wszystkie psy z okolicy za tobą lecą, a Ty marzysz jedynie o zimnym prysznicu, który w żaden sposób nie che przybliżyć swojego czasoprzestrzennego wymiaru do tu i teraz. Rzecz jasna, pogoda idealna na urlop lub choćby na opalanie, wyjazd nad wodę i inne atrakcje, za którymi tęsknisz przez pozostałą część roku, przypada w dniach, kiedy wyjście na słońce skończyłoby się w najlepszym wypadku omdleniem. W nieco gorszym – psy by cię zeżarły, skoro pół wsiowych psich samców za tobą lata.

Owszem. Przegrzał mi się mózg. Nie jest łatwo siedzieć w pracy kiedy wie się, że taki choćby Ludź siedzi sobie na słoneczku i się smaży. Przepraszam – przeprowadza eksperyment naukowy w zakresie sprawdzenia wytrzymałości przeciętnego polaka płci męskiej w określonym wieku, na wysokie temperatury otoczenia… Cholera go wie jak, ale on sobie tę pogodę zamówił. Kurcze, nie mógł tak jeden tydzień później? Kurcze, ja tu siedzę, przegrzewam się, duszę się z braku tlenu, a on tam, na zielonej trawce ogródka sobie pląsa. No dobra, może nie pląsa, ale… przeprowadza eksperyment naukowy. Niech mu będzie. Nie ma siły, w czwartek, też będę się prażyć i smażyć, i pląsać po trawce. W prawdzie we własnym ogródku, co to go skosić trzeba, ale na słoneczku. No jasne, że wolałabym inny ogródek i pomoc w naolejkowaniu plecków, no ale… jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma. A kiedy jest za ciepło, to się zwoje przegrzewają i się zwarcie robi, więc nie odpowiadam za siebie… chociaż z innej strony… takie zwarcie na układach może być niecną wymówką do zrobienia czegoś głupiego… zabawnego… nieobliczalnego… nie, no stop! Bo jak się rozpędzę, to jeszcze się na tym stojącym bez ruchu, gorącym jak asfalt, powietrzu roztrzaskam.

Jak to Nielat ostatnio stwierdził: matka, ty to masz więcej szczęścia niż rozumu, kiedy o twoją kolej koszenia trawnika idzie. Tego się trzymajmy. Gdyż w środę i wczoraj Nielat obrobił przód i bok ogrodu, a mnie na dziś został tył. Tyle, że, cóż, pogoda jakby nie sprzyja. Jakby tak deszczem straszy. Jakby tak – mokro jest. Ogólnie, raczej nie nadaje się trawa do koszenia kosiarką zwykłą, a na żyłkową jest chyba jeszcze nieco przymała. Trawa, trawą. Pogoda, pogodą. Ofuczały facet, ofuczałym facetem, a szalejące babskie emocje, szalejącymi emocjami.

Niejaki P., ale to inny P. – Ten P. awansował dla odróżnienia na Ludzia, a i tak jeszcze kilka innych P. się znajdzie w archiwum… No więc niejaki P. z miasta Kielc się wczoraj kurtuazyjnie odezwał na gadulcu i jeszcze do cholery był zdziwiony, że jakoś ironiczna jestem, i że chyba ogólnie mam jakiś mało przyjazny humor. Normalnie eureka. Geniusz. Normalnie nie rozumiem facetów. O co im chodzi? Czasem mam wrażenie, że poza seksem, to normalnie koniec świata. Nawet jak mam przebłysk, że chyba już, już wiem o co może chodzić, to jest pstryk i znowu czarna dupa*. Jak słyszę, że faceci są prości w obsłudze, to zastanawiam się którzy, bo nie ci, co ja mam z nimi do czynienia. Chociaż. Może. No i jeszcze zaproszenie na koncert od R. … kiedyś czekałam na takie zaproszenie, a dziś? Dziś nie wiem co mam z nim zrobić. I nie chodzi tu o to, czy chciałabym, czy nie chciałabym iść. Jeżeli już o coś chodzi, to o to, że wszystko to razem to czarna dupa*. Niedomówienia, niedopowiedzenia i inne takie, czyli wszystko to, na czym się nie znam, czego nie rozumiem i co wpędza mnie w dziką rozpacz. Mój Lew zaczyna się niespokojnie kręcić, a to nie jest dobry znak… dla mnie samej nie jest to dobry znak.

Najbardziej mnie wkurza, intryguje, i doprowadza do dzikiego szaleństwa zależność: 3 dni miód i do rany przyłóż, a później 4 dni ciszy, i nie ma znaczenia czy to zwykły kolega, czy jakiś specjalny. Normalnie jak na studiach były różne pilne projekty i inne zaliczenia, to 3 dni ciężkiej pracy, a później cisza. No normalnie porażka, i nie że projekt skończony, czy coś. Nie, nie. Pańciu musiał sobie, ten czy ów, odpocząć. Więc co, 3 dni bycia człowiekiem, i 4 dni odpoczynku? A może 3 dni z tych 4, są dla kogoś innego, a 1 pozostaje na odpoczynek i usystematyzowanie? No i dlaczego, są tacy którzy funkcjonują w oparciu o inny system, określany 7 na 7 = constans? Jak to jest, że bez względu czy chodzi o uczucia czy nie, faceci funkcjonują w jakiś niepojętych systemach.

Owszem, nadal mam ochotę na dziką kłótnię i doprawdy wyżycie się na P. niewiele zmieniło, a przynajmniej nie na długo. Nielata oszczędzam, w końcu dziś dzień dziecka. Ludź, cóż, Ludź – w tej materii to ja już nic nie wiem. To jest dopiero czarna dupa*. Zapewne, gdybym była typem zbawicielki, byłby nie lada wyzwaniem, dla chętnej, która chciałaby go przed samym sobą uratować. Nie jestem zbawicielką. Jednak bywam nerwusem i zaczynam mieć ochotę na dziką kłótnię właśnie z Ludziem. Obawiam się jednak, że oboje nauczyliśmy się zbyt mocno siebie kontrolować, aby to było możliwe. Szybciej oboje odpuścimy, bo nie będzie wymagało to słów, niż przeprowadzimy jakąkolwiek istotną konfrontację. Obawiam się, że oboje powinniśmy wybrać się do psychologa, czy psychiatry, choć każde z własnym bagażem i osobno… Każde z nas ma poważne problemy z komunikacją, ustalaniem granic, nawiązywaniem i rozwiązywaniem relacji. Chociaż, On ma zawsze jeszcze jedną opcję… tak, jak na tę chwilę, zawsze jeszcze może wrócić do ex-wife. Może jestem w tej chili niesprawiedliwa, ale również nieco urażona, oraz, jak nie trudno się domyśleć, nakręcona i nabuzowana. Zdecydowanie, może na to pomóc tylko duża dawka cukru…

* – określenie kolegi Byśka, jeszcze z zamierzchłych czasów, oznaczające że coś jest po prostu nie do ogarnięcia i przerasta ludzkie pojęcie, albo oznacza też niepomierną zagwozdkę jaką się ma do rozgryzienia, ewentualnie, w wyjątkowych przypadkach może robić jako określenie stanów około depresyjnych.

Utknęłam w tym tygodniu w kuchni. Stara wymówka przed zrobieniem czegokolwiek innego, co jest ważne, pilne lub niecierpiące zwłoki. Ostatnio mam małe nagromadzenie takich spraw. Kończenie pisania pracy, nanoszenie poprawek, wymysły Nielata (no jasne i oczywiste, że koniec roku się zbliża i standardowo problemy z chemią oraz dodatkowo wagarów się gówniarzowi zachciało). Inne przyczyny również by się jeszcze znalazły.

Kuchnia to miejsce, gdzie koncentruję się na tym co robię, a dopiero w dalszej kolejności rozmyślam o tym, czy owym. Częściej nie rozmyślam. Częściej po prostu gotuję i myślę tylko o tym co z czym mogłabym połączyć. Bywa to wyzwaniem, gdyż ostatnio jakieś owoce morza, szparagi, oraz wszelka różna inna egzotyka króluje w przepisach w necie. Kulinarzyści netowi prześcigają się i licytują na bardziej wyszukane małe co-nie-co. Ja prosta kobieta jestem, o prostych smakach i gotuję z tego co mam w lodówce i w szafce, więc ciężko jest podeprzeć się jakimś wynalazkiem z sieci… bo taki szpinak, czy szparagi to u nas odpadają (Nie ma szans aby Nielatowi paszcza się na to otwarła).

Jakoże, ostatnio sztuka uniku jet tym w czym się szkolę, więc wczoraj zaszalałam z łazankami na słodkiej kapuście oraz, w ramach eksperymentów, postanowiłam sprawdzić jak smakują pierogi z marchewką. Wsześniej była tortilla w wiosennym wydaniu oraz naleśniki z serkiem z rodzynkami i bananem, a jeszcze wcześniej racuchy ze śmieciami… Ogólnie jednak spędzam dużo czasu i eksperymentuję w kuchni kiedy jestem wściekła, więc samo rozumie się przez się, że ktoś mnie wkurzył lub też coś mnie wkurzyło. Skoro Nielat zdał relację z własnych poczynań i wyraził głęboką skruchę, oraz chęć poprawy, a postęp nad pracą dyplomową jest jasny i widoczny, zostaje tylko jedna możliwość.

Doprawdy nie rozumiem samej siebie, jak umiem szukać dziury w całym i sama sobie zaprzeczać. Rozumiem, że to cecha właściwa kobietom i niejako naturalna, ale dlaczego najbardziej wykańczam się sama. Popadam z jednej skrajności w drugą i wykańczam sama siebie. Owszem, czasem obrywa się przy tej okazji Nielatowi, bo jest najbardziej pod ręką. Jednak staram się nad sobą panować. Zrzucanie na hormony, jest bez sensu, gdyż permanentny PMS nigdy mi nie dolegał, a ten który dolega w większym stopniu skupia się na kulinarnych aspektach życia (zjadam wszystko i w każdych ilościach co nadaje się do jedzenia, a już najlepiej śledzie z czekoladą lub czipsy solone z serkiem tiramisu). Mogłabym zrzucić na popaprane dzieciństwo, czy traumę po nie udanym małżeństwie, ale oba przypadki niestety mają się nijak i teoria byłaby bardzo naciągana. Jest jednak coś, co wiąże się z moją traumą i fobią, przekładającą się na bieżące zachowanie. Tak. Zdecydowanie J. namieszał mi w życiu bardzo skutecznie starając się nie być jego częścią i traktując mnie jak małą dziewczynkę, a nie kobietę. Tak. Może powinnam napisać mu kartkę i podziękować za to, że poza tym, że dzięki niemu wiem co znaczy kochać, to wiem również co znaczy bać się oraz co znaczy panikować, oraz uciekać w bezpieczne znane relacje odrzucenia…

Tak więc wiecie co, pierogi z marchewką robi się tak (na około 30 pierogów): 2 średnie marchewki, jedna cebula średnia, jedno jajko ugotowane na twardo, sól, pieprz czarny i ziołowy. Marchewkę ścieramy na grubym tarku i zagotowujemy, odcedzamy i pozostawiamy do odcieknięcia. Cebulkę w kosteczkę siekamy, smażymy na sporej ilości masła. Kiedy cebulka jest rumiana, wrzucamy do niej marchewkę i podsmażamy razem. Dosalamy odrobinę. Podsmażone przerzucamy do miseczki, na drobnym tarku ścieramy jajko i doprawiamy ostatecznie solą i pieprzami… później lepimy pierogi i wpieprzamy, aż nam uszami pójdzie i zastanawiamy się jak ten świat musi być pieprzony, że wszyscy faceci to jakieś kosmicznie niezrównoważone istoty są, których ja nie ogarniam…

Tak właśnie traktuję często to miejsce. Spuszczam nadmiar powietrza i mogę iść dalej. Mogę być dalej. Spokojna. Nie inaczej mam zamiar postąpić i tym razem. Nawet pod karą monotematycznej, przydługiej gawędy, która powtarza się w nieskończoność niemal.Przecież kiedyś się skończy, razem z moim zacięciem na to miejsce, a może… z inną okolicznością.

Jeśli liczysz „Kochanie”, że zadzwonię, czy też napiszę, albo, że po prostu, zwyczajnie się odezwę, to mnie nie znasz. Inną rzeczą jest, że faktycznie mnie nie znasz. Więc czekaj, pełen obawy, że to nastąpi w najmniej przez ciebie pożądanej chwili, a później, później, mam cichą nadzieję, że może się zastanowisz, dlaczego tak się nie stało. Kto wie, może przez chwilę w ogóle pomyślisz, dlaczego nic się nie dzieje. Dlaczego telefon milczy? Szybciej wbiję się zębami w drzwi futrynę, w drewnianą poręcz schodów, barierkę balkonu, prędzej wydrapię dziury w ścianach, niż się złamię i pierwsza się odezwę. Najprawdopodobniej masz to gdzieś, zupełnie to Ciebie nie obchodzi, więc właśnie dlatego, nic się nie martw. Nie należę do tych, które się narzucają. Wpychają na siłę. Właśnie odchodzę, zamykam powoli i cicho za sobą drzwi. Nawet o tym nie wiesz zatopiony w ferworze zajęć rozlicznych. Nawet się nie orientujesz co się dzieje. To lepiej. To nawet całkiem dobrze. Nie muszę wstrzymywać oddechu i grać silnej. Dla siebie samej to nie jest konieczne. Mogę skulić ramiona, mogę spuścić głowę, podciągnąć kolana pod brodę i rozczulić się nad własną tępotą też mogę, gdyż nie wiem, w którym momencie, rozjechały się nasze oczekiwania względem siebie. Odwróciły o sto osiemdziesiąt stopni. Jak mogłam prawie uwierzyć, że coś mogłoby z tego być więcej niż tylko seks? Muszę odejść teraz, zanim całkiem polegnę, a Ty nawet nie wiesz, że mógłbyś, a może, że powinieneś spróbować mnie zatrzymać. Zresztą, jakie to ma znaczenie? Wpierw musiałbyś tego chcieć, a przecież… właśnie w tym problem jest, że raczej nie chcesz.

Za kilka dni znów będzie dobrze, znów wrócę do burej norki codzienności, znów przestanę się uśmiechać. Nikt nawet tego nie zauważy. Mam w tym cholerną wprawę. Całe życie.

Tylko jedno muszę poskładać w całość. To, co już wiem, że to, co jest, to nie moja wina i nie muszę jej brać na siebie. Owszem, winą mogłabym nazwać kolejny zły, może pochopny wybór, nietrafioną decyzję, ale nie to, że odchodzę… a może? Miotam się pomiędzy utartym schematem, a próbą jego zmiany. Prawie się udało, jednak prawie robi wielką różnicę…

nie tak miało być!

6

Jestem wściekła i mogę pogryźć. Pomijam pogodę za oknem. Cały mój dobry humor i nastrój, cała moja radość z minionej wizyty, została jednym, niefrasobliwym SMS spuszczona do kanału. Jestem i cierpliwa, i wyrozumiała, ale kiedy nie chcę, nie mam zamiaru udawać, że nic się nie stało. Bardzo, bardzo nie lubię kiedy zmienia się zdanie w ostatniej chwili.A jeszcze mniej lubię, kiedy ta zmiana wpływa na to, że moje decyzje MOGŁY być zupełnie inne. Do tego zwyczajnie jest mi przykro.

Nirivana więc wrzeszczy z głośnika, a jak nadal wkurw będzie mnie trzymał, to jest szansa, że do rana będę mieć napisaną sporą część pracy dyplomowej, której nawet zarysu nie mam w chwili bieżącej.

dywaginacje układowe

12

Tak się zastanawiam nad nadaniem jakiegoś przydomku dla Wielbiciela Masła Orzechowego. WMO jakoś nie bardzo mi pasuje jako skrót, a inne określenie? No nie wiem. Może Filozof. Nie wiem, czy by się przypadkiem nieco obrażony za to nie poczuł. Mógłby odebrać to jako złośliwość, choć akurat ze złośliwością  nie miałoby to nic wspólnego. Może Pan na włościach (PNW), ale czy to przypadkiem też nie byłoby opacznie zrozumiane? Sportsmen, ale najbardziej to chyba Czupurek. Nie dlatego co jest teraz, tylko dlatego co było dawno i jak było, bo gdyby nie tamten czas, to pewnie nigdy byśmy się nie spotkali. Więc chyba na chwilę zostanie Czupurkiem. Już widzę jak się zaciska szczękę i się odwraca, żebym nie widziała, że nie za bardzo mu to odpowiada, ale nie mówi nic… Tyle, że że Misie, Kotki, Pysie i inne takie Tygryski to kurcze, nie bardzo mi tu jakoś, bo dobre są dla filmowych bohaterów „Kilera”, a nie tutaj. Nie tym razem. Chociaż zupełnie najbardziej to jednak po prostu On i nic więcej nie chce mi tutaj pasować.

Ogólnie chyba właśnie o to chodzi, że ja to nie za wiele wiem. Obawiam się też, że druga strona też nie wiele z tego wszystkiego wie, o ile w ogóle się nad tym zastanawia. Sama staram się nie zastanawiać. Więc nie wiem jak może to wyglądać po drugiej stronie.

Brak zastanawiania się, to dobre rozwiązanie jest, bo gdybym nie daj Bóg spuściła ze smyczy własne emocje, to mogłoby się to źle skończyć. Dla mnie rzecz jasna. W brew pozorom, nie posiadam zbyt wielkiej biegłości w kontaktach damsko – męskich. Kiedy moi rówieśnicy zgłębiali tę sztukę, to ja zmieniałam pieluchy i nie miałam na to czasu. Później, kiedy doskonalili umiejętności, ja miałam dosyć facetów, bo OMD umilił mi życie do tego stopnia, że nie szczególnie mi się śpieszyło do jakichkolwiek kontaktów. Miałam małe dziecko, prace i studia więc czas tez był w deficycie. Później, odreagowywałam, więc raczej trudno mówić o kontaktach naznaczonych emocjami. Raczej noc w klubie a później: spadaj koleś i idź szukać szczęścia gdzie indziej, pecha masz nic więcej. Wiem, wredne tak nakręcać, a później zwiewać. Później coś tam się trafiło, bardziej jak ślepej kurze ziarno, a później psychol na firmamencie niebieskim się pojawił i ukradł mi kilka lat świeżo odzyskanej wiary w facetów. Więc, cóż. Spuścić takie nieoszlifowane emocje ze smyczy, to nie jest dobry pomysł.

Tak więc staram się nie myśleć, panikę trzymać pod kluczem. Moją panikę, bo ja panikuję najbardziej kiedy czegoś nie wiem i nie do końca rozumiem. Emocje zaś są dziedziną, która opiera się na braku logiki i rozumienia, a wiedza jest bardziej intuicyjna niż praktyczna, więc… lepiej ograniczać ryzyko świadomie niż poparzyć się ogniem własnego samo-zadręczania, w miejscu, gdzie być go zupełnie nie musi, czy przynajmniej być nie powinno.

Spotkania, gdy każde bieżące może okazać się tym ostatnim, też mają swój urok. Dobrze, wiem, że dorośli ludzie powinni mieć odwagę porozmawiać, tyle, że sama myśl o rozmowie wywołuje u mnie stan przedzawałowy i hiperwentylację, a w głowie coś krzyczy: nie zadawaj pytań, na które nie znasz odpowiedzi, ani tych na które odpowiedzi poznać nie chcesz (boisz się). Każda wymówka jest dobra. Dużą dziewczynką jestem, ale chyba jednak w tym momencie bardziej boję się, że faktycznie kolejne spotkanie, na którym zaczęłabym zadawać tysiąc pytań, okazałoby się tym ostatnim. Choć też zupełnie nie musiałoby tak być.

Chwilami mam wrażenie, że to wszystko to jakiś dziwny taniec, do którego nie znam kroków, a który muszę odtańczyć. Jednak zaraz później mam wrażenie, że to jak oswajanie dzikich zwierząt lub turniej rycerski. Każde z własnym bagażem jest nieustająco gotowe do tego aby podnieść gardę i zaatakować, kiedy poczuje się zagrożone, sprawić by przeciwnik uciekł. To są moje własne, subiektywne odczucia. Być może, i najprawdopodobniej nie mają nic wspólnego z odczuciami drugiej strony.

Tylko, czy te wywody, ciągi myślowe w ogóle są potrzebne. Czy są mi potrzebne, czy ogólnie potrzebne są. Bezsens w sensie, a może sens w bezsensie. Wszystko to nie ma znaczenia, bo nie wiem, co będzie dziś, a tym bardziej co będzie jutro. W najbliższym czasie będzie miała miejsce kumulacja zdarzeń postronnych i w moim życiu, i w jego życiu. Zdarzenia te mogą mieć ten skutek, że wszelkie moje dywagacje trafią do śmietnika. Nie mam na nie wpływu i chyba właśnie tego najbardziej się boję, i to chyba najbardziej mnie przeraża, że to co się zdarzy, a na co nie mam wpływu, zmieni wszystko i nic mi nie zostanie… a jeśli ja to wszystko sobie tylko uroiłam, i nic z tego co myślę, nie jest rzeczywiste, bo życie jest życiem, i wszystko trwa tylko chwilę.


  • RSS