demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: faceci

Normalnie jak za 2 dni. Od 21 do prawie 7 rano. Rozpusta. oczywista, oczywistość, że co chwilę się budziłam bo organizm nie dowierzał, że jeszcze może spać i nie zagraża mu budzik.

Kurcze, zmęczona, padająca na pysk, śmierdząca pizzą, zauroczyłam faceta. Normalnie, w takim stanie ducha i fizycznym, zbliżonym już prawie do zombi, załapałam się na komplementy i na zaproszenie na obiad i kawę. Nie wspomnę, że do kompletu dowiedzieć się, że ma się 5 lat mniej niż się ma… kurcze, już go lubię. Panowie doprawdy nie doceniają siły komplementów obecnie. Nie doceniają, ja wam to mówię. A jeżeli zaglądają tu jacyś Panowie, to niech sprawdzą i przetestują w otoczeniu. Niech powiedzą kilka miłych słów kobietom… taka silna broń, tak blisko w zasięgu, a tak zignorowana. Doprawdy – marnotrawstwo możliwości.

Hm, nadal uczę się panować na swoim cholerycznym usposobieniem i nie rzucać się z pazurami na otoczenie, czy jest za co, czy za co nie ma. To nie łatwe, ale możliwe. Da się? Da się! Myślę nawet, że ma to pozytywne efekty. No i zdradzę tajemnicę, że z czasem, coraz łatwiej jest zapanować nad własnym małym demonem, co to człowieka pcha w dzikie awantury, sprawia, że ręce go swędzą do różnych rękoczynów oraz sprawia, że ozór miele tak by ranić, a nie by rozmawiać. Co ciekawe, zapanowanie nad jest możliwym bez uszczerbku na impulsywności i temperamencie w innych zakresach życia. Tego się obawiałam. Teraz wiem, że bez potrzeby. Zastanawiam się jeszcze jak to się przełoży na inne zależności, ale też jestem przekonana o pozytywnym efekcie. Zastanawiam się nad tym jak wysłać jegomościa demona na niekończące się wakacje i właściwie wiem już jak to zrobić można, więc jeszcze chwilę i całkiem zatrzasnę mu drzwi przed nosem.

No i jeszcze truskawki. Pierwsze, z posmakiem plastiku od ilości konserwantów, ale jednak, to truskawki. poległam, nie oparłam się i kupiłam sobie i smakowały rewelacyjnie. Bosko i truskawkowo…

sądny dzień

4

Wczoraj jakiś sądny dzień był, albo coś. Normalnie chyba miałam wczoraj jakąś kumulację. Negatywną kumulację. Aż się zastanawiałam, czy to przypadkiem nie jakaś czarownica mi źle życzy. Najprawdopodobniej nie jedna. Pomimo kumulacji negatywnych zdarzeń, na koniec dnia się zwyczajnie sama do siebie roześmiałam. Mało tego, każde kolejne zdarzenie wywoływało śmiech głupiego.

Otóż, wczoraj urwałam się z pracy pół godzinki, aby przed kołchozem machnąć sobie drzemkę. No cóż, najpierw Ferdynand grymasił ze współpracą i chyba muszę mu zafundować nowe świece zanim zarżnę akumulator.

Później, sąsiad, stary pierdziel śmierdziel, menda blokowa, ubzdurał sobie, że dam mu kasę, bo mu samochód porysowałam, bo zaparkowałam obok niego, a ON MA obdarty zderzak z moją farbą! Cóż, obdarty zderzak ma i owszem, ale nie z moją farbą, ale co najmniej o 3 tony jaśniejszą i w innym odcieniu, to po pierwsze, a po drugie, ja też mam rysę, tyle, że rysę po sąsiedzie, którego obdarłam 28 października ub. r. Ja się nie migam jak coś zrobię, ale jak czegoś nie zrobię to – nie jestem pierwszą naiwną z brzegu, która wyciągnie kasę i zapłaci. Tak. Bo o ubezpieczeniu nie było mowy, tylko mowa była o kasie, że polubownie, po sąsiedzku, ja mu dam kasę i będzie po sprawie. No cóż, było by, ale ja nie mam kasy na rozdawanie komuś kto jeździ MG. Chociaż jeździ, to za dużo powiedziane, bo jeździć to jeździ do przodu, a z parkowaniem i cofaniem… dobrze, że synuś, taksówkarz, mieszka w bloku obok. Na bloku jest monitoring, a straszenie mnie policją to też się mija z sensem, bo moje pokolenie się policji nie boi. To nie te czasy, że się Milicją straszyło i donosy pisało. Znaczy, pisać pisze się zapewne nadal, acz te bezsensowne i bez dowodów, można sobie wsadzić w dupę. No i cóż, żona owego właściciela MG to „matka boska okienna” … wie nawet jakie mam worki na śmieci, a śmieci wynosiłam wczoraj około 7.30 wychodząc do pracy… bosz, a ja oglądałam mieszkanie w ich klatce… całe szczęście jednak mieszkam 2 klatki dalej… Tak więc, Pan zwiał do domu, postraszył mnie odebraniem mi prawa jazdy, ale jak zaczęłam się domagać zadzwonienia na policję, to jakoś się tego nie doczekałam. Jeśli ktoś całe życie jeździł małym fiatem, to przesiadanie się mając ponad 60 lat do MG mającego długość 3 maluszków, jest nie do przeskoczenia. No i jeszcze się dowiedziałam, że on mi załatwi, że mi prawo jazdy zabiorą. Co już jest groźbą. Źle na mnie działa zwłaszcza hasło „załatwi”, a właściwie działa jak płachta na byka…

Idąc dalej, to w kołchozie prawie namieszałam sobie z bloczkami i wywozami, ale ogarnęłam. Natomiast niestety zamordowała się skrzynia biegów, w której to coś się tam podziało tak, że jej nie ma. Nie wiem czy linki się urwały, nie wiem czy tylko coś się odpięło, ale oczywiście musiało to mieć miejsce w centrum miasta, w pobliżu lodowiska i to zaraz po meczu hokeja, gdy dzikie tłumy chcą się udać do domów, a ja jak ta sierotka stoję niemal na środku skrzyżowania i nic nie mogę zrobić, bo pandula jest zbyt ciężka aby ją barkiem zepchnąć na bok. Szerokiej drogi życzę tym, którzy na mnie z ochotą nadużywali klaksonu… Panowie – szerokiej drogi i niech wam samochody nie odmawiają posłuszeństwa, gdyż jeśli tak się stanie to… nie będę ja sobie na was żałowała klaksonu. Pandula jeszcze ma coś nie teges z nadkolem lewym. Coś, czyli jest oderwane, ale jak i gdzie? Tego to nie wiem, nie przypominam sobie. Zwłaszcza, że tą razą po żadnych chaszczach nie jeździłam. Lodu nie ma, śniegu nie ma, chaszczy nie ma, krawężników też nie, więc o co kaman? I to jeszcze z lewego przodu? Nie mam pojęcia.

Nie wiem, czy pękniętą szufelkę też mam do kompletu zaliczyć, bo kurcze, uderzyłam nią o ścianę i wzięła i pękła. Bo nam ktoś dowcip zrobił i wysypał resztki pod drzwiami kołchozu. Znaczy nasze resztki, z wielkiego baniaka i nie było to zwierzę, bo baniak był prawie pełen, więc zwierzę nie dało by rady, a poza tym, zwierze nie odstawia baniaka obok sterty resztek, na prosto i nie przykrywa go pokrywą…

Oraz jako wisienka na torcie, ostatni wyjazd, blisko. Kurcze, a facet jakiś podpity, nawiedzony, czy naćpany, czy jak? No nie wiem. Nie, tym razem się nie bałam, choć być może mój instynkt samozachowawczy* poszedł spać ze zmęczenia oraz po spożyciu zielonych płynów**…

Czy mogłabym jeszcze coś dorzucić do tej plagi? Może ciszę w telefonie. Może to, że wczoraj praktycznie nic nie jadłam. Może to, że spanie w kurzu nie jest przyjemne. Może to, że chce mi się spać i zrzędzę.

* – co nie jest możliwym, gdyż w takich okolicznościach przyrody, jakimi jest zmęczenie, wręcz się wyostrza i działa sprawniej, gdyż ośrodek kalkulacji i logicznego myślenia działa mniej sprawnie

** – kołchozowa nazwa dla napojów energetycznych, gdyż te, które sprzedają w owadzie, a które są pijalne, przez wzgląd na smak, są właśnie koloru zielonego… teoretycznie to „mohito”

proza dnia codziennego

6

O „Idzie” pisać nie będę, bo już o tym filmie pisałam. Mój pogląd się w tej kwestii nie zmienił. Więc po co pisać kolejny raz to samo? Nie ma takiej potrzeby, nawet jeżeli mam talent i upodobanie do wałkowania w kółko i w kółko tego samego, aż do obrzydzenia. Nie dziś.

Chciałam napisać, że wczoraj popełniłam muffinki. Już dawno, dawno ich nie piekłam, bo się nam przejadły, ale jak widać przejedzenie nam minęło. Choć być może nie w przejedzeniu jest czar wczorajszego smaku, a w kardamonie. Otóż zamiast cukru białego użyłam cukier trzcinowy i trochę syropu barmańskiego o smaku „irish coffi”, dorzuciłam do tego mały kieliszek „tekilli” i płaską łyżeczkę mielonego kardamonu oraz zrobiłam posypkę piernikową. Lekko miętowy smak kardamonu rozłożył nas na łopatki smakowe i objął we władanie. Chyba dopiero na tych babeczka w całej rozciągłości dotarł do mnie właśnie ten smak. Kardamonu używam od dawna, ale zawsze w połączeniu z innymi przyprawami. takie łączenie nie ujawniało w pełni jego smaku, a wczoraj… normalnie – POEZJA SMAKU.

Z innej pary kaloszy, to cholernie jest miłą rzeczą kiedy mężczyzna pamięta twoje imię, choć, minęło nieco ponad dziesięć lat, a w minionym czasie, takich znajomości było na pęczki i naturalnym jest, że imiona i twarze się zacierają zazwyczaj (charakter pracy i kontakty z mnóstwem osób). To miłe, a nawet bardzo miłe. nawet jeżeli jest kontrastem do codzienności.

Zaś co do samej codzienności, to wkurzam siebie samą gdyż zwyczajnie umiem siebie koncertowo nakręcać na różne różności i zrobić wielkie halo z niczego. Przez lata zastanawiałam się skąd u licha Młody umie się tak na zawołanie nakręcić i nabuzować, i jakoś u samej siebie tego nie potrafiłam dostrzec, aż do niedawna. Kurcze, też mam do tego talent. Różnica jest w tym, że Młody jest wówczas gejzerem reakcji, a ja z gejzeru emocji potrafię płynnie przejść o lewel wyżej i stać się zimną, jadowitą żmiją lub inna anakondą…

Co do zdrowia to jeszcze chyba właśnie przeholowałam, bo kurcze, kardio mi się rozjeżdża, a powieki dostają epilepsji i żyją własnym rozedrganym życiem. Niestety dołączają do nich również inne mięśnie. Powoli, ale jednak. Niestety łykane regularnie magnez i potas niekoniecznie wyrabiają na zakrętach i są tak pomocne jak być powinny… o stawach wspominać nie będę, bo te też mają własną wizję życia. na jutro mam plan saunowo-basenowy, o ile „rodzina z ameryki” nie wpadnie w odwiedziny, gdyż dzisiaj to do kołchozu czas iść.  Nad czym też się czas zastanowić poważnie, przez względy finansowe, gdyż nie chodzę tam tylko dla przyjemności przecież, a cóż… wypłata za styczeń jakoś się w czasie i w części przeciąga.

migawki z sadzawki

2

Mam wrażenie, że życie pokazuje mi od kilku tygodni, że JEST. Tuż obok. Na wyciągnięcie ręki. Tylko ja uparcie trwam w niebycie, pozwalając na to by działy się mało przyjemne rzeczy.

Najpierw przekomarzanie i wyjadanie frytek temu koncertowemu cudakowi, co to perkusją się bawił. Później, zaskakujący podryw w galerii handlowej… metodą „na zakupy z nastolatkiem”, no i wczorajsze rozkojarzenie Pana w banku, który starał się ze mną flirtować i pracować jednocześnie. A to wszystko raptem w tydzień. To tak, jakby życie mi starało się pokazać – podobasz się facetom uparty głąbie! Na co czekasz! Baw się.

No i tu zaczynają się schody. Owszem, podjadanie z cudzego talerza po to aby wprawić daną osobę w konsternacje, bywa zabawne, ale na niezbyt długo. To, że w wielkiej galerii handlowej, kiedy przystojny facet zagaduje, co łatwe nie jest kiedy dwoje nastolatków pędzi w przeciwne strony, to też jest bardzo miłe – tym bardziej miłe, że jeszcze jeden sklep i pewnie zaprosiłby mnie na kawę. Kiedy rzeczowy i konkretny facet nagle zaczyna się zachowywać jak nastolatek i z chłodnego profesjonalisty robi się zakręcony przystojniak, to tez jest ujmujące i przyjemne. Sprawia radość. jednak, to wszystko to nic, bo gdzieś w środku, coś krzyczy, że to nie to, że to nie tak, że to nie tędy droga. No i tak jest. Może i to wszystko jest na wyciągnięcie ręki, tylko, że najpierw muszę poukładać sobie bajzel jaki mam w głowie.

Nie wiem, czy bywa tutaj osoba, która wczorajszego wieczora usiłowała mi wytłumaczyć, że albo ja jestem głupia, albo ona naiwna. Ani ja nie jestem naiwna i głupia, ani ona też naiwna nie jest, za to że jest wyrachowana i egocentryczna, to nie tajemnica. Natomiast, na wszelki wypadek, przejdę na ton bezpośredni, gdybyś tu bywała jednak, bo być możne dotarłaś do tego adresu, skoro przywłaszczyłaś sobie mój nr telefonu, to możne i tu przyłazisz. Posłuchaj więc: Nie muszę być tu gdzie jestem. Ja chcę być tu gdzie jestem. Nie, nie żałuję ani jednej chwili, ani jednej minuty jaką z nim spędziłam i jaką będzie dane mi z nim spędzić. Jeśli jest pogubiony, to powinien ci za to podziękować. Nie mnie. Bo widzisz, przez całą naszą znajomość, cały czas miał i ma wybór. Ten wybór to jego decyzja. Wystarczy, żeby powiedział jedno magiczne zdanie: „To koniec naszej znajomości”. To zdanie ciągle jeszcze nie padło, co przecież wiesz. Gdyby było inaczej – cóż, nie dzwoniłabyś.

Rada: Doceń to co masz, a nie mieszaj tam gdzie już raz pomieszałaś. Goniąc za złudzeniem, że może być jak kiedyś, marnujesz życie swoje, jego i kilku innych osób. Nigdy już nie będzie jak kiedyś, zbyt wiele rzeczy wydarzyło się po drodze. Zacznij budować swoje nowe szczęście, a nie biegnij za przeszłością. Życie jest jedno. Życzę Ci, abyś je znalazła i żebyś zapatrzona w przeszłość nie zgubiła czegoś ważnego w teraźniejszości.

Nie martw się o mnie – ja sobie poradzę… Zawsze spadam na „cztery łapy”. Jedno jeszcze – własne rachunki, płacę sama – więc jeśli ktoś tu kogoś będzie miał na sumieniu, to będziesz Ty… wiesz o tym. Pytanie, czy będziesz mieć spokojny i szczęśliwy sen, czy będziesz mogła spokojnie patrzeć w lustro, wiedząc, że to co się dzieje to Twoja wina… nawet jeżeli wszyscy na około uwierzą w to, że jest inaczej…

nie ogarniam

5

Ano nie ogarniam męskiego toku myślenia i postrzegania. Zaczynam się zastanawiać, czy faceci to przypadkiem nie postrzegają mnie jako jasnowidza* lub wróżki**. Bez względu na to jakie relacje wiążą mnie z tym, czy owym, wszelako każdy z nich uważa, że POWINNAM WIEDZIEĆ i POWINNAM SIĘ DOMYŚLEĆ. Poczynając od mojego własnego syna, a na szefie kończąc.

Jasnowidzem powinnam być w pracy, aby wiedzieć kiedy i na które konferencje się szef mój wybierze, co zmienia się w tę i we w tę – 10 razy na godzinę, a jedyne miejsce pewne to Warszawka (tam on zawsze chętnie i sprawnie, i szybciutko). Pan w OBI uważa, że powinnam znać wszelkie ich wewnętrzne procedury i patrzy na mnie jak na kosmitkę kiedy próbuję u nich zrobić większe zakupy oraz zadaję pytania.  Toż samo Panowie ze spółdzielni, bo u nas w spółdzielni to panowie w biurze siedzą, zawsze są głęboko zdziwieni, że czego to ja znowu chcę i z czym to ja mam problem, bo oczywistą, oczywistością jest, że wiedzieć powinnam kiedy oni mają zaplanowane te, czy inne roboty…

Wróżką być powinnam na stacji benzynowej i sama sobie LPG do Ferdynanda zapakować, aby Pan spokojnie kawę dopił. Wróżką powinnam być w pracy i sama sobie te, czy siamte papiery uzupełnić. Wróżką powinnam być w domu i Synowskie życzenia spełniać. Poza pracą też wróżką być powinnam i wiedzieć, że S. miał nadzieję na mój telefon i wyjście na piwo skoro tylko w mieście byłam… a byłam, i nie zadzwoniłam, i nie ugryzłam się w język (bo nie chciałam i nie widziałam takiej konieczności) i nie przemilczałam obecności w mieście, kiedy dnia następnego zadzwonił. Gdyby to jeszcze o samo piwo chodziło, pewnie nieszczególnie zastanawiałabym się, tylko zadzwoniłabym. Mam jednak przemożne wrażenie, że tu nie tylko o wyjście na piwo chodzi, tylko… jak zawsze ten sam problem jest – POWINNAM SIĘ DOMYŚLIĆ…

… nie, nie będę się domyślać. Nie będę zgadywać. Nie będę mówić ani „tak”, ani „nie” domysłom. Nic mówić nie będę. W ogóle. Taka wybrakowana ze mnie baba, że kiepsko mi idzie w domysły zabawa. Jasne słowa, jasne odpowiedzi – bez zgadywania poproszę. Życie jest stanowczo za krótkie na zabawy w podchody i w ciuciubabkę. Starczy, że czasem bawię się z sobą samą w chowanego…

* – wiedzieć co w danej chwili siedzi w ich głowach i co w związku z tym powinnam zrobić

** – powinnam spełniać ich życzenia teraz, już i natychmiast… i sama je powinnam odgadnąć w czasie rzeczywistym, kiedy oni sobie o nich myślą…

to ja tu takie wywody

14

… a tu cisza jak makiem zasiał…

No dobrze, znowu popełniłam bełkot, w którym nikt nie wie o co chodzi, a nie chodzi właściwie o nic. Bełkot, dla bełkotu. Ogólnie powinnam omijać zajęcia z komunikacji, filozofii i etyki, bo mi to nie służy (wybacz Tuv i miej zrozumienie dla moich zapędów i grafomani).

O czym to ja chciałam? O pozytywach. W sensie napisać te na dziś.

1. Mam obiad z wczoraj, bo okazało się, że nie ma szans abym na raz całą taką michę leczo sama zjadła za jednym posiedzeniem.

2. Kupiłam sobie butki do pracy po 10 PLNów za parę… w przecenię z 60 PLNów (choć 60 to chyba już też nie była pierwsza ich cena).

3. Mam 2 zaproszenia na randkę… a ja jedna jestem. Chyba jednak zostanę z oglądaniem dalszych odcinków serialu o wiedźmach, którego sezon pierwszy wczoraj oglądać rozpoczęłam… będzie sprawiedliwie i spokojnie.


  • RSS