demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: emocje

Pogoda jest, jaka jest. Dobrze się układa z moim samopoczuciem. Wszelkim. Trudno mieć dobre samopoczucie emocjonalne, kiedy jest maj, a człowiek nadal chodzi w zimowej kurtce. Sytuacji nie poprawia to, że na długim weekendzie dopadła mnie jedna niemoc, a wczoraj dobierała się do mnie już kolejna. Akurat takie dobieranie się to mi żadnej przyjemności nie sprawia. Wolałabym inne dobieranie, tylko chyba akurat nie mam w temacie wiele do powiedzenia. Choć wiele to może i bym miała, tylko trzeb  by mieć jeszcze komu. Mniejsza z większym jednak. Ogólnie jest tak, że pogoda wpisuje się znakomicie w moje samopoczucie wszelkie. Tego się będę trzymać.

W związku z samopoczuciem jednak rokuję poprawę pogody. Moje samopoczucie poprawia się więc i pogoda powinna. Zwłaszcza, że mam do założenia badyle na balkon w Wersalu. Żadne tam ozdobne, ot osłonka przed wgapiaczami w drzwi balkonowe. Chcą sobie patrzeć, to niech patrzą – w badyle suche patyczane. Jednak przypinanie badyli wymaga pobytu na balkonie, a to jest średnio przyjemne kiedy wieje, leje i jest ledwie 4 stopnie ponad zero. Zdecydowanie, się coś, komuś pozajączkowało.

Co z tą poprawą pogody? Otóż, szkolę się z wredności, bo ja zła kobieta jestem, i cieszenia się tym, że jednak oliwa nierychliwa, ale sprawiedliwa. Jakiś czas temu, ktoś sobie postanowił moim kosztem zrobić dobrze. No i sobie zrobił. Ciężko było, ale żyję, nawet przytyłam i takie tam inne. No i masz ci los, się okazuje, że nie jest tak pięknie, jak pięknie miało być. Cud, miód i orzeszki. Nic z tych rzeczy. Tak więc mój humor na jedną chwilę lub dwie się poprawił. Owszem trochę mnie gniecie w dołku, że się cieszę, z czyjegoś niefartu, acz z drugiej strony, to przecież płakać nie będę. Zwłaszcza, że można się było takiego obrotu sprawy spodziewać, a kwestią jedyną było tylko co najwyżej kiedy, a nie czy. Z tym gnieceniem w dołku to trochę tak, jak z nadstawianiem drugiego policzka – no, że to takie wyrozumiałe i szlachetne, i że się powinno, bo człowiek się wznosi na wyżyny człowieczeństwa i jest to powód do dumy. Tym razem wolę być jednak małostkowa i już niczego nie nadstawiać. Tyle razy co mnie życie spoliczkowało, co mi wpierdoliło nawet, to normalnie cud, że mi oczu nie powybijało i że mi mózg nosem nie wypłyną. Więc, tak, poprawił mi się humor. Hammurabi to jednak był łebski facet. Miał rację, że najskuteczniej to działa na człowieka jeden do jednego. Mam wrażenie, że spadł ze mnie jakiś kamień, a przynajmniej jego część. Mała rzecz, a cieszy. Zbyt mała by cieszyć przez dłuższą chwile, ale w ten wyjątkowo ponury i zimny, miejscami to nawet zimowy, maj, każdy drobiazg poprawiający samopoczucie jest na wagę złota i maryśki.

Trzymajcie się ciepło – byle do wiosny… 2018, bo ta bieżąca zdaje się wyjechała i nie podała aktualnego adresu zamieszkania…

Ogólnie to nadal mamy słoneczko, tylko niejako nieco chłodno jakby się u nas zrobiło. Trudno, jakoś to przeżyjemy. Nie o tym jednak chciałam dzisiaj napisać. Pogoda, pogodą ważna sprawa, ale są tez ważniejsze. Przynajmniej dla mnie.

Miałam notes, różowy, w którym od kilku miesięcy prowadziłam notatki o tym, o czym czytałam. Nie tylko spis tytułów i autorów, ale przemyślenia, cytaty i takie różne różności. Tak więc w zeszycie owym były wpisywanki, wklejanki i rysowanki, i oto od kilku dni zupełnie nie mogę go zlokalizować. Normalnie amba zjadła chyba, bo  przerzuciłam cały Wersal, ferdka i posprzątałam sobie w robocie półeczki. Nawet Włości już raz przejrzałam, a dzisiejszym popołudniem mam zamiar dokładniej i dobitniej jeszcze przetrząsnąć Włości. Nie ma. Rozstąp się ziemio, ale nie ma. Nie tracę nadziei, że notatnik ów się odnajdzie, gdyż bardzo zżyta się czuję z jego zawartością.

Tak, zastanawiam się, czy nie wpadł w niepowołane ręce i oto cóż, jeśli wpadł, to się dowiem (wcześniej lub później), gdyż w związku z treściami różnymi zostanę zapewne uznana w najlepszym razie za szurniętą, a w innym, nieco gorszym wariancie, za kosmitkę, albo sama nie wiem za co jeszcze. Mam ochotę napisać ogłoszenie: „Uczciwego znalazcę proszę uprzejmie o zwrot mojej własności intelektualnej.” i w jednym miejscu ogłoszenie porozkładać, jednak niestety, jeśli zaginęło to w tym miejscu, czyli, że nie odnajdzie się na Włościach, to pozamiatane. Uczciwy znalazca to mit. Doszukiwanie się sensacji to jest COŚ. Wyolbrzymianie, przekręcanie i „wyrywanie” z kontekstu – to jest to co się liczy i co ma znaczenie. Przykre? Niestety prawdziwe.

Do tego mam zjazd formy. Nic nadzwyczajnego. Właściwie znając podstawy własnego samopoczucia jednak łatwiej jest je znieść. Łatwiej jest sobie wytłumaczyć, że świat nie jest taki paskudny, jakim się wydaje, że może i owszem, kolorowy nie jest, ale tragedia jest tylko w mojej głowie (organizmie) pozbawionej pewnych substancji chemicznych, które już za kilka dni na nowo zacznie sobie mój człowiek produkować w odpowiednich stężeniach. Teraz to tylko jakoś trzeba przeczekać ten zjazd chemiczny, a później znowu będzie normalnie… choć może i farmakologicznie uzupełnić niedobory? Może powoli czas zacząć tę opcję rozważać. Kilka przebarwień więcej w tę, czy w tamtą stronę w obliczu stabilności organizmu, może nie jest małą ceną, ale też nie jest szczególnie wygórowaną. Jest jeszcze jeden sposób, ale obawiam się, że nawet moje zaprzyjaźnione aptekarki nie poszłyby na to bez recepty…

Tymczasem jestem niesamowicie i sakramencko zmęczona. Nie wiem czym, więc pewnie znowu zaliczyłam pikowanie w dół wyników krwi. Zwłaszcza, że ciągnie mnie do soli jak jakąś maniaczkę, a ten objaw bywa jednoznaczny.

Do tego miałam dziwny sen: dom mojej babci (od strony ojca), w którym była moja mama, ja, Młody (w wieku mocno Nielatowym), mój brat P1 (zupełnie sprawny, bez jakichkolwiek problemów ze zdrowiem) i moja Sis. Moje rodzeństwo podpaliło pomieszczenie na poddaszu. Dom palił się najpierw powoli, ale nikt go nie próbował gasić. Po prostu patrzyli, a ja nawet nie patrzyłam. Któreś stwierdziło, że straż coś nie przyjeżdża, i że chyba przedobrzyli, ale już było nieco za późno na ratowanie, choć Sis i brat próbowali coś tam robić. Nikomu nic się nie stało. Wszyscy byliśmy na zewnątrz znowu, a dom się palił. Zapytałam Młodego – Nielata, czy wyniósł komputer tak jak go prosiłam, na co on mi, że zapomniał. Ja – spokój. Totalny spokój, całkowite opanowanie i zero emocji. Przez sen, jakąś świadomą część mojego mózgu, bardziej zaskoczył mnie mój brak emocji do zdarzenia niż samo zdarzenie. Ale proszę, o to straż nadjeżdża, na skuterku i samochodem, pewnie ochotnicza straż pożarna. Nie, to nie samochód, to klauni na rowerach – różnych rowerach, zwykłych na dwu kołach i tradycyjnych i na jednym kole. To klauni poukładani byli w formie wozu strażackiego, ale kiedy podjechali w pobliże domu, na łąki poniżej wzgórza, gdzie zawsze było siano zbierane, to rozsypali się z tego wozu i zaczęli ćwiczyć akrobacje i popisy cyrkowe na tych rowerach. W chwili kiedy zorientowałam się, że to nie wóz strażacki straciłam zainteresowanie płonącym domem (z zimnym stwierdzeniem: niech się spali, zasłużyli i zapracowali sobie na to by spłoną) i również bez emocji, choć ze sporym zainteresowaniem dla wykonywanych ewolucji i akrobacji, przyglądałam się klaunom na rowerach. Ciekawe, co na ten temat powiedział by Sigmund Freud. Choć może nie ciekawe. Swoją drogą, jest to też jedyny człowiek, którego opinia o moim zaginionym, różowym notesie, bardzo by mnie interesowała…

… swoją szosą to chciałabym cofnąć się o 3 lata… chciałabym się czuć tak jak czułam się latem 2012, tuż przed tamtą Rumunią i to jak czułam się po tamtej Rumuni, tamtej jesieni i zimy… a później wsiadłam na rollercoaster, z którego uparcie nie chciałam zejść…

Ogólnie to w pracy właśnie się dogrzewam grzejniczkiem elektrycznym. Normalnie od tego siedzenia w zimnie to marzną mi paluszki i myślę tylko o tym, że jest mi zimno, że che mi się gorącej herbatki, albo, że herbatka gorąca, ta już wypita, chce ze mnie uciec. Nie wiem, może ktoś sobie marzec z majem pomylił i zapomniał, że mamy 25 maja, a nie marca.

Przez tę pogodę, bociany na łąkach, brodzące w zieleni i zmoknięte od deszczu, wyglądają jakoś tak abstrakcyjnie i niedorzecznie. Niemal, nie na miejscu. Mój płaszcz i ciepłe buty też wyglądają niedorzecznie za każdym spojrzeniem w kalendarz. O tym, że pranie nie schnie tak jak przystało na maj, to szkoda wspominać. Co do prania zaś, to przydałoby się aby schło jak powinno o tej porze roku, gdyż ostatnio minimalizuję sukcesywnie ilość posiadanych ubrań. Skoro i tak w nich nie chodzę, to po co je trzymać? Bo na specjalną okazję, bo modne, bo ładne, bo niezniszczone, bo… a w mordę jeża, na guzik mi to, skoro i tak w tym nie chodzę i chodzić nie zamierzam. Specjalne okazje… już nie pamiętam kiedy ostatni raz się jakaś trafiła, więc jaki sens w trzymaniu ubrań właściwych na okazje specjalne, skoro nawet trudno przewidzieć ich charakter. Wywalam. Już dwa worki zabrała ciotunda, a cała masa worków stoi i czeka, aż zadzwonię do dwu innych rodzinnych przechwytujących. Inną kwestią jest przegląd obuwniczy, do którego już prawie zebrałam natchnienie. To sprawa wielkiej wagi i ciężkiego kalibru. Ja, pozbywająca się obuwia, to kolejna majowa niedorzeczność, niespotykana do tej pory. Już ze 3 pary poszły do śmieci, a to tylko te co były pod ręką. Czas na przegląd zawartości pudełek i kartonów, a tam – cóż, nie wiem – wystawić na allegro? Na OLXie? Nie wiem. Szkoda by było do śmietnika, bo część miałam może raz, a może dwa razy na nogach, ale są też takie, których na nogach nie miałam nigdy, po za chwilą przymierzania w sklepie…

Mam syndrom sprzątania i porządkowania. Składania, układania i segregowania. Nie tylko w szafach i butach, ale też w poglądach i w podejściu do świata, do życia, do ludzi. Plączę się pomiędzy tumiwiśizmem, a chęcią zmiany. Dużej zmiany. Na tę chwilę jednak muszę jeszcze jakiś czas pozmagać się z szarą codziennością zatrzymana tym co trzeba doprowadzić do końca. Tak. To jakiś czas wielkiego sprzątania. Może robienia miejsca na nowe. Na nową siebie. Na szczęście nie mam ciągotek do sprzątania wśród znajomych. Po numerze najlepszej przyjaciółki sprzed lat, nauczyłam się już dawno pilnować porządku w tej sferze życia i przedkładać jakość nad ilość.

gaszenie pożarów

18

Wracając do ubiegłego tygodnia, to poza wymienionymi czynnościami około ferdkowymi i około pralkowymi, czas dzieliłam jeszcze pomiędzy szpital (atak epilepsji młodszego PP), policję (donos na pana hrabiego), kuratorów (rozmowy na „wysokim” szczeblu) i sąd (Wersal można oddać bez walki lub przynajmniej spróbować zawalczyć o swoje). Udało mi się dotrzeć do pracy w poniedziałek na chwil oraz w czwartek na dzień cały… Jak dalej tak pójdzie, to zacznę gryźć i wyć. Bynajmniej nie do księżyca.

Dziś też na grande przemieszczanie się z Wrsalu na Włości busem, bo… bo to, bo tamto, bo siamto i owamto. Bo się ochrona przyczepiła w sklepie (owszem bezpodstawnie, ale to nie powód do reakcji takiej ostrej). Bo kuratorka dzwoni (nie kuratorka akurat, ale szkoda mi czasu na tłumaczenie, że tam mają jedno wyjście na miasto, a ona ma źle numer opisany, a kuratorów jest kilku). Bo dzielnicowa dzwoni i chce… coś chce…

Albo moja Rodzicielka zacznie wizyty u psychologa, który jej pomoże uporać się z traumą minionych lat, albo ja wyląduję w wariatkowie z braku możliwości odreagowania stresów i frustracji… tych własnych, moich i tych w spadku po reszcie rodziny…

Zamknięty krąg zależności emocjonalnej, manipulacji, uzależnienia, współuzależnienia i degradacji psychicznej, okraszone zestawem chorób o które nikt nie prosił. Próbuję żyć własnym życiem. Super. Tyle, że mi nie wolno. Mam to gdzieś. I tak będę żyła własnym życiem, mam do tego prawo. Nie jestem partnerem własnej matki. Jestem jej dzieckiem. Nie jestem ojcem moich braci. Jestem ich siostrą.

Tymczasem po prostu jestem i gaszę pożary. Jej pożary. Jej niepanowanie nad emocjami. Jej nerwicę.  Nie dla niej to robię, tylko dla siebie. Prościej i łatwiej jest mi gasić zarzewie niż dogaszać zgliszcza. Ona czuje, że odchodzę mentalnie, więc dostaję nowe i nowe, i nowe zadania. Abym była, nie odeszła, trwała. W tym samym miejscu, zawieszona w czasie, gdzie nie ma przyszłości, jest tylko wszystko zaklęte w przeszłości. Dostaje ataków klaustrofobii we własnym życiu.

Nie cofnę się już. Nie teraz, gdy powoli zaczęłam układać sobie ścieżkę. Kiedy zaczynam się uczyć o tym co tu i teraz, odrywać się od przeszłości, rozkładać ją na czynniki pierwsze i rozumieć, oswajać ją i widzieć, że nie muszę się z nią godzić, ale walka też nie ma sensu. Powoli przestaję się szarpać z przeszłością. A tego właśnie nie mam wg niej prawa zrobić. Nie mam prawa rozliczyć przeszłości, mam ją pamiętać, mam w niej trwać. To prawo, prawo do godnego i samodzielnego życia, więc nadałam sobie sama, bo chce iść do przodu. Zobaczyć co będzie dalej. Bogatsza przeszłością, nawet tą poranioną, idę do przodu. Już to zaczęłam i nie pozwolę sobie przerwać, nie dam się ściągnąć z tej drogi… już nie. Nie tym razem. Nie jej.

życie jest popierdolone

6

Po SMSie i rozmowie telefonicznej, chyba mam mętlik w głowie. Ten świat jest nie sprawiedliwy, popieprzony i do dupy. Popieprzone jest to życie. Fajni ludzie mają pod górkę, a wredni mają się dobrze.

Trzymajcie ze mną kciuki, bo są bardzo, bardzo, bardzo potrzebne jednej mojej dobrej i kochanej KKK. Bardzo, bardzo, bardzo są jej potrzebne i jej domowym facetom też, i tym małym, i temu dużemu.

Trzymamy kciuki żeby KKK szybko wróciła do domu.

ciężki dzień to był

20

Miałam wszystko zaplanowane, poukładane, do zrobienia tak i owak – zgodnie z harmonogramem. Pikuś. Bułka  z masłem. Powoli od samego rana harmonogram mi się zaczął rozjeżdżać. Mniejsza o harmonogram jednak, bo tu załatwiłam szkolną wizytę i, mam nadzieję, w końcu zamknęłam sprawę z lekcjami WFu Młodego, bo już mi to bokiem wychodziło i gdybym tak raz jeszcze usłyszała coś na ten temat to… jak nic pogryzłabym, a przynajmniej ścierą stłukła tego mojego Draba. Z innych planowych rzeczy załatwiłam opony i zakupy oraz pranie. Jest dobrze. Nie o tym chciałam jednak.

Rozmawiałam dziś z jedną taką osobą, która ma głowę nie od parady. Jest spokojna, opanowana i widzi czasem więcej niż inni, bo umie patrzeć, a w dzisiejszym zagonionym świecie, taka umiejętność to dar. Nie, nie powiedziała mi nic czego właściwie bym już wcześniej o sobie nie wiedziała. Wiem, oj wiem, ale czasem, dopiero kiedy coś w słowa ubierze druga osoba, zaczyna to coś nabierać realnego kształtu. Zaczyna mieć własny wymiar. Zaczyna być namacalne i… oszukiwanie samego siebie jest wówczas trudniejsze. O wiele trudniejsze, bo o ile jeszcze siebie jakoś oszukasz, o tyle wiedząc, że pewnych osób nie oszukasz to… trudniej jest oszukać siebie. A oszukiwanie siebie często jest bardzo wygodne i nic więcej.

Więc cóż. Wydobyłyśmy na światło dzienne mojego prywatnego demona. Tak – demona. To dobre słowo. Nasze lęki i fobie składają się na naszego prywatnego demona, który później, wkrada się w naszą codzienność i… rozkłada ją na łopatki. Częścią mojego demona jest mój żandarm. Żandarm, który nie pozwala mi na odpoczynek, który nie pozwala mi na relaks, który każe mi planować, być twardą i… nosić portki. Dziś zadano mi wiele pytań, ale jedno z nich było sednem w bezsensie moich myśli. Czy umiesz być kobietą? Ha. Jestem kobietą przecież. No jak nie, jak tak? Normalnie przecież od urodzenia jestem kobietą! Czy na pewno? Czy pozwalasz sobie być kobietą? I tu zaczęły się schody i problemy z odpowiedzią.  Owszem, czasem sobie pozwalam. Kiedy uda mi się wysłać żandarma na wolne… otóż, nie żandarma mam wysyłać na wolne, ale jeszcze i demona.

O co chodzi z tym demonem? Demon to moje strachy i fobie. Zwłaszcza potrzeba kontroli. Kontroli siebie samej i wszystkiego na około. Niestety, bywa, że również osób. Ma być po mojemu i już. Koniec. Kropka. Bez dyskusji. Szczerze, nie wiem jak można żyć bez kontroli. Boję się życia, w którym nie mam kontroli pełnej, zupełnej i całkowitej. Kontrola to bezpieczeństwo. Jednak kontrola to też brak zaufania. Boję się zaufać, boję się stracić kontrolę, boję się zaangażować emocjonalnie bez stawiania warunków… że jestem ostrożna? Bez ściemy. Jestem asekurantką. Tyle razy widziałam, jak innym się nie udaje. Tyle razy, w różnych okolicznościach byłam zwodzona, oszukiwana, pomijana, że… doszłam do wniosku, że bycie kobietą jest przereklamowane.

Nie jest. Bywa. Owszem, ale nie jest. Kiedy przypadkiem wysyłałam na urlop i żandarma i demony, bywałam kobietą! O kurcze, gdybym tak umiała wysłać je na Jowisza, albo dalej… a najlepiej – jednego do koszar, drugiego do piekła… mogłabym być sobą, a nie tylko sobą bywać!

Jednak największym moim problemem jest myślenie. Myślenie i kombinowanie. Kreowanie rzeczywistości, które nie istnieją. Kreowanie w swojej głowie tego, co jest tylko złudzeniem, nie ma nic wspólnego z prawdą, z rzeczywistością, a w co… czasem wierzę, choć nie powinnam, bo to nie istnieje. Do duszy z tym wszystkim.

Usłyszałam więc dziś jeszcze jedno – naucz się być kobietą na stałe, bo tylko tak znajdziesz swoje szczęście. Tak długo, jak nie nauczysz się bycia kobietą, oddawania kontroli i zaufania, nie dostaniesz tego czego szukasz. Los już raz Ci TO dał, a Ty dziewczyno… z konsekwencją i premedytacją pozwoliłaś, aby kontrolę przejęli demon i sierżant. Naucz się odpoczywać, naucz się relaksować, naucz się ufać swojej intuicji i pozwól, aby coś się działo bez planu, spontanicznie, samo od siebie… naucz się śmiać i cieszyć życiem.

… tylko jak? Jak mam się tego nauczyć? Jak?


  • RSS