demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: dziecko

synusie mamusi nigdy nie dorastają

8

Normalnie, liczyłam na to, że jak Młody osiągnie pełnoletność, to ja na ten czas osiągnę spokój, gdyż będzie on już na tyle samodzielnym przedstawicielem społeczeństwa, że da sobie radę sam. O jakże ja naiwna byłam. Nic z tych rzeczy, gdyż pilnować z jedzeniem trzeba jak małe dziecko, skarpety brudne do kosza na brudną bieliznę trafiają dopiero jak matce, czyli mnie, nerwy puszczą. No i kilka jeszcze takich kwiatków rzecz jasna jest. Najbardziej mój „ulubiony” to szukanie telefonu. Normalnie dziada kiedyś za to pobiję i już. Stary chłop, a taki nieogarnięty, że ja już wymiękam. Inną kwestią, że zawsze w jego życiu jest ktoś kto jest ogarnięty za niego. To pani w przedszkolu, to pani w szkole, to koleżanki, to koledzy, to… no zawsze się ktoś znajdzie i nie żeby Młody szukał jakoś specjalnie – te osoby na prawdę się same znajdują. No i się zaczyna, bo Młody posiada charakterek nie zgorszy. Uparty, krnąbrny, zawzięty i nade wszystko przywódczy. Nikt, tak bardzo jak on, nie kocha rządzić i mieć władzę. Przy czym spokojnie, nie jest małym tyranem. O co, to, to nie. Trudno mówić o małym i zakompleksionym tyranie skoro ma blisko 2 metry, a panienki same za nim chodzą… tylko, że obecnie żadna mu nie odpowiada z tych co się plączą, więc z majestatu królewskiego nie dostrzega, że one są i twierdzi, że ich nie ma. Dobra, nie mnie te bajki – oczy mam, i uszy.

No i właśnie o te uszy mi dzisiaj chodzi, gdyż, Maleństwo moje przesrało telefon. Znowu. Tym razem na tyle skutecznie, że sam nie umiał sobie go odnaleźć. No i oczywiście, że niby ktoś mu z samochodu ukradł. Ta. Akurat. Ktoś kradnie telefon mało znanej marki, z potłuczonym wyświetlaczem, oblepionym naklejkami z sieciówki owadowej… no chyba, że ktoś pragną tych 2 naklejek, jak kania dżdżu. tych naklejek, co to trzymały wyświetlacz w całości i zabezpieczały przed rozpzdnięciem w drobne szkło. No więc ktoś kradnie ten zdezelowany telefon i zostawia nówka radio mało śmigane. Akurat. No przesiał i sam nie pamięta gdzie, a mamusi nie było żeby mu poszukała… oj będzie kiedyś miał ktoś z nim kawałek skarania. Niereformowalny jest, ani prośbą, ani groźbą, ani podstępem. Roztrzepany jak stado skrzydeł żurawi.

Tak więc dzisiaj mam jeszcze zapewniony spacer do operatora naszego i odebranie duplikatu karty, bo telefon na mnie akurat jest zarejestrowany. To tak, jak gdyby mi się nudziło i zbyt mało rzeczy miała bym na głowie do zrobienia i ogarnięcia. Zwyczajnie, mam okazję zadbać o kondycję za sprawą synusia, acz niestety nie wiem jak to zrobić jeszcze, gdyż nie posiadłam umiejętności zaginania czasoprzestrzeni, ani też podróży w czasie, czy bilokacji, czy też multiplikacji lub innych przydatnych umiejętności pozwalających być w jednym czasie w dwu, lub więcej, miejscach na raz. A szkoda, wielka szkoda, gdyż te umiejętności bardzo, ale to bardzo by się czasem w moim życiu przydały.

rodzinka i sąsiedzi

10

Normalnie rozpuściłam sobie i rozdziadowałam rodzinkę. Tak się przyzwyczaili, że po obiedzie niedzielnym ląduje na stole słodki deserek, że zwyczajnie, wczoraj mi żyć nie dali, a Młodego to już od rana nosiło. Ni jak się nie da bez niedzielnego pieczenia. Młody marudzi. Matka Rodzicielka pyta co mam dobrego, a Wielki Brat tęsknie spogląda, czy przypadkiem nie przynoszę jakiś talerzyków na łakocie lub z łakociami. Gadaj tu z takimi. Szans nie masz. Ten chce z truskawką, ten z rabarbarem, a ten broń buk leśny od owoców. Tak, jeszcze fochami strzelają. Dobra, niech im będzie. Poczarowałam, zamieszałam i za godzinkę już było ciasto pachnące truskawkami i czekoladą. Dla jednych owoce, dla drugich czekolada. Nie, zdjęć nie będzie, takie rzeczy to tylko w filmach… u nas aby na zdjęcie się coś załapało, to albo musiałabym zaryglować drzwi do kuchni, a w kuchni drzwi nie posiadam, albo upiec dwa razy więcej, czyli po 2 sztuki z każdego rodzaju… po jednej… nie ma szans na to aby wystygło. Że nie zdrowo, a kogo to z drugiej strony… ten, tego… obchodzi, skoro wiadomo, że ciepłe jest najlepszejsze.

To tyle o hurcie rodzinnym, a w detalu, to dla zapamiętania, w końcu Młody, po licznym zwiedzaniu szkół i klas, dotarł do końca roku szkolnego klasy pierwszej. Tak, umiem liczyć, i mam świadomość, że jego koledzy właśnie szykują się na studia, bo w maju męczyli się z maturami. Jednak, akurat Młody ma swoją wizję i nie przegadasz jak się uprze. Odpuściłam więc mamranie, ale szkołę ma skończyć i już. Chyba mu się spodobało to, że w końcu wyszedł z pierwszej klasy, a do tego, że nawet z całkiem przyjemną średnią w okolicach oceny dobrej. Żadnych poprawek, żadnych pozostałości, wakacje jednym słowem ma.

Do tego dzisiaj jest na dniu próbnym w swojej wymarzonej pracy. Na razie nie dzwonił. Dwie godziny pracy za nim. Faktycznej to pewnie z godzina. Fajnie by było, gdyby mu się udało, bo się chłopaczyna zaczyna tym szukaniem i odbijaniem od drzwi pracodawców stresować. Każdy chce operatora z doświadczeniem, a Młody nie ma gdzie go zdobyć i się tak koło zamyka. O kreciej robocie Pani z PUPu wspominać to nawet szkoda, bo wpisując Młodego do bazy, przypisała mu posiadanie uprawnień kierowcy C + E. Pewnie je będzie miał, ale to za rok i trochę… bo akurat tu jest ograniczenie wiekowe, gdzie jeszcze się nie łapie… na tę chwilę jest operatorem koparko-ładowarki… znaczy z uprawnień, bo z doświadczenia to tylko może wpisać, że jest operatorem kosiarki i kosy spalinowej, bo tej tradycyjnej to już nie… w życiu nie trzymał takiej w ręce :)

Tak więc, życie biegnie do przodu. Sąsiedzi też dostarczają człowiekowi rozrywek wszelkich. Zamiast przyjść i pogadać, to sobie piszą, i pewnie jeszcze po sądach ciągać będą… bo im drzewa okna zasłaniają… cóż, drzewa rosły już kiedy oni dom kupowali. Dało się chyba przewidzieć, że wiecznie małymi drzewkami nie będą. Niech sobie piszą. Niech sobie do sądu chodzą, jak mają na to dosyć pieniędzy i im się nudzi, i sobie lubią. Nic i tak w najbliższym czasie nie wskórają. Gdyż raz, że nie ma pewności kto z miastem o zgodę na wycinkę powinien korespondować, dwa, że kto by tą wycinkę nie przeprowadził obecnie to przekroczy granice, które obecnie przekroczone nie powinny być, a po trzecie… wycinka tych drzew to trochę będzie kosztować, bo bez zwyżki się nie obędzie, a na to środków obecnie nie mam, a nawet gdybym miała to… cóż… może już ktoś inny się będzie z tym męczył… i z sąsiadem, co to się straszny Hrabia z niego zrobił i delikatny taki, co to mu wszystko przeszkadza…

Dopiero się rozpoczął, a mnie się już nie podoba, i już mnie przygnębia. Nawet z pogodą u nas w kratkę, zupełnie jak z moim samopoczuciem. Co się pogodzę ze świadomością jednego stanu rzeczy, to się pojawia coś nowego i mną rzuca po ścianach, a bywa, że o glebę również. Nawet jeżeli wiem już wcześniej to, czy tamto, to jakoś w weekend docierały do mnie wszystkie te sprawy z nowa świadomością, z nową ostrością, z nową siłą.

Po pierwsze, chyba najtrudniejsze do pogodzenia się, to nie mam już dziecka w domu. Spokojnie, Młody się nie zdematerializował. Po po prostu do mnie dotarło, że jest młodym, niezależnym mężczyzną. Zaradnym, samodzielnym, z zasadami, mającym własne życie. Kiedy to się wszystko stało? Nie wiem.  Ogólnie, to żadne halo, coś normalnego, zwyczajna kolej rzeczy, nie wiem tylko, czy to tak z tej strony u wszystkich Mam wygląda, czy tylko ja tak ciężko się godzę z tą świadomością. Młody sobie jeszcze tego swojego dorosłego bycia zdaje nie uświadamia, jeszcze jest jedną nóżką w jednym kawałku swojego życia, a drugą już w kolejnym. Fajnie mi się udał, tylko czy dobrze go przygotowałam do tego dorosłego świata? Mam co do tego mieszane uczucia. Da sobie radę, ale pewnie nie raz po dupie dostanie. Jak się ma matkę idealistkę, to trzeba mieć twardy tyłek.

Po drugie, to – macie w życiu jakąś pasję? Coś, co jest dla was ważne, co determinuje wasz czas i działanie? Nie, że jest zainteresowaniem, ale właśnie pasją. Tym czymś, czemu poświęcicie bardzo, bardzo dużo i co daje wam tę jedną chwilę, w której czujecie, że było warto? Cóż, ja nie mam. Mnóstwo rzeczy mnie interesuje, przyciąga, wiele z nich zostaje ze mną na dłużej, poznajemy się bliżej, ale nie ma nic takiego, co sprawiłoby abym sama, z własnej woli, zrezygnowała z własnej wygody, nawet posiadając świadomość, że przecież przyjdzie ta chwila poczucia spełnienia, przyjemności, satysfakcji, radości. Młody ma pasję. Coś, czemu myślę, że poświęci wiele i do czego będzie dążył. Więc miałam możliwość porównania tego mojego „nie mieć” i  tego jego „MIEĆ”. Cóż, nie będzie wielkim odkryciem, że „nie mieć” jest mało atrakcyjne, chociaż wygodne, zachowawcze i niewymagające zaangażowania.

Po trzecie, właśnie w kwestii zaangażowania, to czuję jak coraz bardziej się izoluję od ludzi, od świata, od otoczenia. Przez jakiś czas starłam się z tym walczyć, a teraz, nie czuję takiej potrzeby. Już nie.

Dobra, a teraz coś miłego dla oka. Może nie dla każdego, ale dla mojego, oraz… niewątpliwie dla Młodego. W końcu cały weekend spędził gdzieś między halą, lotniskiem, a plenerami baloniarskich startów, lądowań i konkurencji. Zdjęcia w tym roku kiepskie, bo z komórki, a do tego, bez samochodu, to jednak już nie to samo… bo przecież wszystko zaczęło się od „łapania” balonów gdy Młody był jeszcze całkiem niewielki… dobrze ponad 10 lat temu…

porankiem we mgle

wieczorny pokaz na lotnisku

Młody w prawdzie nie będzie szczęśliwy, ale… co tam, będzie musiał się pogodzić, a jak dobrze rozłoży wszystko w czasie, to i się powyrabia ze wszystkim. Gdyż otóż i bowiem, w końcu, ten nieszczęsny rezonans magnetyczny udało mi się wykombinować na 2 maja… a nie listopad/grudzień. 2 maja jest po prostu mało popularną datą, a skoro tak jest, to mnie to odpowiada. Młodemu mniej, bo akurat cały długi weekend ma zajęty działaniami w ramach Górskich Zawodów Balonowych. Jednak, po prostu z marszu popędzi do szpitala na badanie, zamiast do domu na obiadek. Damy radę. Makdonaldy i inne syfne jedzenie też czasem musi zarobić, a w sumie, raz do roku, było dozwolone… właśnie na Zawodach balonowych – czyli tradycja taka. Diablo się cieszę  z tego szybkiego terminu. Zwłaszcza, że Matka Rodzicielka ma swoje kolano badane 4 maja… więc mogę ich oboje posłać z wynikami na termin jeden, skoro i tak do jednego ortopedy jeżdżą. Luzik.

Mniej optymistyczne jest to, że znowu muszę wydać pieniądze na złomka… 300, bo się mu bak rozciekł…  Muszę sporządzić zestawienie wydatków i jak Młody pójdzie do roboty, zacząć ściągać to co teraz wkładam w jego fanaberię. O wakacjach własnych w tym roku mogę zapomnieć. Co jeszcze, tego nie wiem.

Wszystko fajnie, tylko jeszcze muszę zagiąć czasoprzestrzeń i zakupić lampy do korytarza w Wersalu… a doprawdy nie wiem czy połysk, czy mat mam kupić, a poważnie to, zwyczajnie, nie bardzo mam czas dotrzeć do sklepu z oświetleniem. niestety, chociaż zupełnie tego nie rozumiem dlaczego, ale te lampy, w żaden sposób nie chcą same się teleportować do mojego korytarza, a przydałoby się, przydało. Tak jak własne auto by się przydało, jednak jak będę tak dokładać do złomka Młodego, to się okaże, że do swojego to się raczej później niż wcześniej dozbieram. A przydało by się, oj przydało… mogłabym zawieźć spokojnie G. skierowanie Młodego, a i do sklepu wstąpić i inne takie.

W końcu, wczoraj, zabrawszy własnemu dziecięciu środek lokomocji, odwiedziłam jednego bardzo,bardzo przystojnego mężczyznę. Normalnie można go łyżeczką jeść. Gdyby zaś nie to, że ma ledwie 5 miesięcy, to… zakochałabym się na zabój. Jak nic. Także tym rodzicom to tylko dzieci robić, bo jak reszta wyszła by taka udana, to normalnie, za lat 15 dziewczęce serca będą słać się gęstym dywanem, a kilka lat później dołączą do tego serca niewieście i kobiece. Bo panie w wieku późnym młodym, czy wczesnym średnim to już serca potraciły. To tyle, bo dziecko czkawki dostanie.

Poza tym, oczywiście wspominki, plotki i ploteczki. Tak mnie teraz olśniło, że się ze 14 – 15 lat z BP znamy. No proszę, jak ten czas zaiwania. Także, nad kubkiem herbaty powspominaliśmy sobie. Poszperaliśmy po NK i po FB, i kurcze, z blisko 300 osób na roku, dobrze pamięta się kilka, trochę pamięta się kolejnych kilka, a reszty się nie pamięta. Oczywiście, okazało się, że część z tych, których to się pamięta, to powoli schodzi do podziemia internetowego. Wygaszane są konta na portalach społecznościowych, ucieka się z miejsc w których było się latami. Zważywszy jaki kierunek kończyliśmy, jest to nieco zabawne, a nieco po prostu pokazuje jak bardzo internet się zmienił przez te lata. Jesteśmy ogólnie zniesmaczeni, nieco zdegustowani i mocno przerażeni nijakością, bylejakością i dzikim pędem po łatwych schodach sensacji, która nawet nie jest ujęta w ramy dopracowanej grafiki, czy tekstu.

No tak, jednak te osoby, które odnaleźliśmy, to jedne się mniej zmieniły, inne bardziej. Jednym przybyło kilogramów, innym przybyło dzieci, a innym zmarszczek. Każdemu coś. Taki lajf. Czas niesie zmiany każdemu.

Oszczędzam ostatnio hurtem pieniądze. W poniedziałek kupiłam parę czarnych, krótkich, zimowych botków (trudno nazwać je kozaczkami, ale botkami można je określić, zaś przydomek zimowe noszą przez wzgląd na dodatek sztucznego futerka), a wczoraj nabyłam botki wiosenne. Tak wczoraj był wtorek. Dziś, dziś jest środa, nie mam w planach zakupu kolejnej pary obuwia, jednak nic nie jest pewnym w tym zakresie, gdyż też będę w pobliżu sklepu obuwniczego…

Dlaczego twierdzę, że oszczędzam, skoro wszakże wydaję. Hojną ręką, z kawałkiem plastiku, płacę lekko, szybko i zbliżeniowo. W poniedziałek 23 złote, we wtorek 49. Dodam, że to dobre są ceny na owe buty. Pierwsze 270 za te wczorajsze w życiu bym nie zapłaciła, nawet gdyby był to tylko drobny wydatek, czy przysłowiowe „na waciki” mojego budżetu. Zwyczajnie, nie są warte więcej niż to ile za nie zapłaciłam. Podobała mi się jeszcze jedna bluza, ale i jej jakość, i fason nie były pierwszej jakości, a cenę miała ona w wysokości 70 zeta. Tak pewnie ze 20, może 25 złociszy bym za nią dała, ale 70? Nie ma takiej opcji. Chińszczyzna, z nierównym szyciem i tylko z metką znanej sportowej firmy. To samo uzyskam kupując pierwszą lepszą bluzę na sieciówkowej wyprzedaży, w takim dajmy na to Decathlonie, podkoszulek za 2 złote w lumpeksie i przeszywając metkę najkowską, adidasowską, czy inną jakąś z tego podkoszulka na bluzię sieciówkową… a operacja owa wyniesie mnie… 20, czy max 25 PLNów? Czyli dokładnie tyle ile to faktycznie jest warte. Kwestia w tym, że jestem na to zbyt leniwa, ale wierzcie mi, są osoby które tak postępują, a później jeszcze takie swoje „twory” w internetach sprzedają.

Tak więc skoro zaoszczędziłam 220 na buciorkach, to postanowiłam coś jeszcze sobie dorzucić, więc padło na sweterek za 20 zł w rozmiarze 46. Na sweterku też oszczędzałam i oszczędziłam prawie 50 złociszy, i nie, jeszcze nie urosłam do tej gabarytury (46 rozmiar), ale to był najmniejszy, dostępny rozmiar tego sweterka.

Sister moja stwierdziła, że wracam do nawyków z ogólniaka. Dżinsy slimy, wielkie swetry, krótka kurtka i wygodny obów oraz kolorystyka upierzenia (wówczas też byłam bliondynką…. ). No cóż, skoro do wagi i postury wróciłam, to czemu i nie do pozostałych nawyków? Tak, zgadza się, przez ostatnie blisko 20 lat byłam szczuplejsza niż w czasach ogólniaka, biegałam w obcisłych sweterkach i 10 cm szpilkach. Nie żeby obecnie była jakaś tragedia, właściwie 40 rozmiar to podobno normalny jest dla mojego wzrostu, nie tylko przez pryzmat długości nogawek, czy rękawów. Zdecydowanie jednak wolę siebie w proporcji 38, gdyż 36 to już trochę jednak mnie bardziej nie ma niż jestem.

No i tyle paplania o wszystkim i o niczym. Infantylnego. Bo to ostatnio zostało mi wytknięte i zarzucone. Niejako wykpiono to miejsce, bo bez aspiracji, bo nie zgodnie z trendami, bo o niczym praktycznie, bo z błędami stylistycznymi i innymi takimi. Cóż. Mniemam, że osoba ta nie zadała sobie trudu i nie rzuciła okiem na archiwum. Blisko 13 lat w blogosferze, to dosyć czasu na to by określić swoje blogowe priorytety i założenia, to też dosyć czasu aby je zrealizować. Jeśli to miejsce jest takie, jakie jest, to jest takie, bo to moja decyzja, mój wybór i doprawdy, dziękuję za zainteresowanie, ale docinki są o tyle nie na miejscu, że mnie nie wzruszają. Kiedyś owszem, dziś już nie.

Co do samej infantylności, mam zamiar szczery nadal ją hołubić w sobie i pielęgnować każdy jej przejaw, każdą jej drobną emanację. Bo lubię, bo chcę, bo… ludzie w znacznej większości nie czytają ze zrozumieniem, więc nadal w tej infantylności gubią to o czym piszę, a widzą to czego szukają, widzą to co własny umysł pozwala im dostrzec w oparciu o ich własne doświadczenia. To bardzo ciekawe zjawisko jest, naturalne i mocno mnie frapujące. Właśnie w nim, w tym zjawisku postrzegania innych przez pryzmat siebie, tak na prawdę tkwi infantylność tego miejsca. Idąc dalej, mogłabym wysnuć domniemanie, że infantylna jest osoba, która mi to zarzuciła.

Sama zaś mam świadomość, że lubię, uwielbiam pisać i nie muszę mieć ważnych powodów do tego, ani też wzniosłych tematów. Równie dobrze wiem, że kocham filozofować, dywagować, snuć wątki nawet te najbardziej bez sensu, dla samego wypowiadania, czy pisania słów. Dlatego brakuje mi rozmów z P. Lubię też głośno myśleć. Przynajmniej wiadomo po kim Młody ma ten słowotok, tyle, że tematy dziecię ma odmienne… ale schemat, jakby nie patrzeć, ten sam co u mamusi.


  • RSS