demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: droga

Szlajam się. Tu i tam. Z aparatem się szlajam. Wściekam się, że jestem zbyt niecierpliwa aby pstryknąć takie czy inne zdjęcie. Kiedy je przeglądam, nie podobają mi się. Każdemu coś brakuje, z każdym coś jest nie tak. Nie jestem i nie pretenduję do miana fotografa. Jestem zwyczajnym pstrykaczem, ale to jeszcze nie znaczy, że pstrykane fotki mogą mnie nie satysfakcjonować. Na całe szczęście, bardzo satysfakcjonuje mnie to co odkrywam. Nowe miejsca, nowe ścieżki. Miejsca w których zapewne zaludni się kiedy zacznie być na prawdę ciepło, ale teraz bardzo mi odpowiadają. Zwłaszcza w tej wiosennej szacie, która bardziej wspomnieniem jesieni jest niż wiosną. Takie złudzeni koloru i światła, które już za kilka dni zmieni się bezpowrotnie.

Tak więc, chadzam sobie tędy i owędy, chociaż bardziej owędy…

Jako, że okolica nieco na uboczu, nieco od głównych arterii miasta oddalona, słynie z pewnych tendencji do oddawania się w tych rejonach różnym czynom lubieżnym… w prawdzie mijałam parę z kocykiem, ale no chyba na kocyk jeszcze zbyt wcześnie… jednak kogoś ewidentnie z butów wyrwało… oj – to dopiero rozkosz musiała być nieziemska ;)

Miejsce owo zwane jest od wyjątkowego dla okolicy nagromadzenia dorosłych przedstawicieli owego gatunku:

… i żeby nie było, że się sama szwendam nie wiadomo gdzie, to nie byłam tak całkiem sama, bo z góry patrzył na mnie i mnie pilnował sam Pan Twardowski – o tak spoglądał:

…i tylko jeden dylemat mieliśmy – ani ja, ani Mości Twardowski, nie wiedzieliśmy co to za kwiecie brzegi rzeki porasta bujnie, gdyż w mojej poprzedniej okolica, akurat to kwiecie nie kwitło w nadmiarze…

Dorobiłam się własnego, prywatnego TROLLA. Czuję się wyróżniona. Po tylu latach blogerskiego życia, pierwszy prawdziwy troll. W końcu zostałam zauważona i doceniona. Czy powinnam przypomnieć definicję trolla internetowego? Drogi Trollu – nie, nie będę usuwać twoich komentarz, nie będę też reagować na twoją obecność. To jest ostatnia moja reakcja. W przeciwieństwie do Ciebie jestem raczej konsekwentna w tym co robię i mówię…

A tak już całkiem poważnie. Chyba utknę na dłużej w pracy. Nie,  nie mam nadmiaru zajęć wymagających pracy po godzinach, ale mam nadmiar śniegu w okolicy, tiry blokujące przejazdy i podjazdy oraz ronda, bo wybrali się bez łańcuchów. Do tego, śnieg padający cały czas, nieprzerwanie oraz wiatr, który dołączył się do spółki.

Jeżeli ktoś ma interes na krajowej drodze nr 28 przez ciąg podkarpacki, a zwłaszcza w stronę Krościenka (przejście z Ukrainą), to niech dobrze się zastanowi. Drogi są przejezdne tylko dla tych, którzy lubują się w drogowym hard-korze, mają dobre samochody lub muszą jechać bo nie mają wyboru, ale posiadają wprawę.

Gratuluję też pomysłowości instruktorom jazdy, którzy dzisiaj swoje L powyciągali z garaży. Tu nie kursant, tylko instruktor powinien pomyśleć, że może obecne warunki to nie warunki dla początkującego kierowcy. Możecie się ze mną nie zgadzać, ale, cóż, zapraszam na krajową 28 pomiędzy Krosnem, a Sanokiem. Tylko nie zapomnijcie termosu z ciepłą herbatą oraz kocy, bo może się okazać, że ta około 40 – 50 minutowa trasa, będzie trasą kilkugodzinną…

zaległości nadrabiam

5

Jakoże nie wiem kiedy blog.pl znowu odmówi mi współpracy, nie znam też zakresu kolejnych utrudnień w życiu blogowym, następna notatka będzie już dzisiaj. 

Tym razem, w telegraficznym skrócie o dniach ostatnich. Oczywiście, standardowo nie mam czasu. Oczywiście (co wynika z poprzednich notek) moi znajomi (a raczej ich żeńska część) ma niejakie kłopoty. Rzecz jasna, swoje własne niedogodności również posiadam, jednak ich źródło jest z zupełnie innej części żywota i nie mam ani ochoty, ani chęci pisać o tym. 

Po pierwsze – u Nielata istnieje domniemanie alergii w związku z czym bywamy w poradni alergologicznej i jeżeli ktoś myśli, że to sprawne i szybkie sprawdzenie stanu zdrowia Nielata w tym zakresie to się myli. Myli się znacznie. W naszej poradni alergologicznej pracuje niejaka Pani Krysia. Oglądał ktoś z was Szpital na peryferiach? Pamięta hasło: Gdyby głupota miała skrzydła to jako ta gołębica by siostra latała? (czy jakoś tak, ale sens ten). Otóż, istnieje poważne domniemanie, że serialowa siostrzyczka to był geniusz przy Pani Krysi. Pomijając delikatny szczegół w postaci ALE JA NIE WIEM GDZIE TUTAJ JEST LITERKA B, z jakże uroczym i kiedyś być może również powabnym, dla mnie świadczącym o głupocie, rozłożeniem szerokim rąk. No oczywiście, że chodziło o klawiaturę komputera, i no oczywiście, że chodziło o klawiaturę standardową QWERTY, i no oczywiście, że mamy XXI wiek. Owszem, szpital zakupił nowoczesny spirometr (widać nowa dyrekcja dostrzega pacjętów, tylko jakoś mało krytyczna wobec pracowników jest), tyle że Pani Krysia nie jest w stanie opanować jego obsługi. Jakim trzeba być kretynem, aby robić 8 (słownie: osiem) prób pod rząd testów na spirometrze? Wierzcie mi, nawet ktoś, kto ma zdrowe, mocne, wydajne i wyćwiczone płuca jak miechy kowalskie, wymiękłby po góra piątym razie. Za pierwszą wizytą było to zabawne, za drugą już nie. Za trzecią, mogę ich tam przypadkiem zbluzgać, tak na zamiast dzień dobry, bo co dalej może się dziać to wolę nie myśleć. Tym samym Nielatowi orzekli wespół zespół, że może mieć utajoną postać astmy. Tak. Tylko kto by jej nie miał w takich okolicznościach. O tym co Pani Krysia zrobiła przy testach alergologicznych dziewczęciu, które razem z Nielatem było maltretowane, to nie zmilczę również – gdyż wstrzyknęła taką ilość alergenu i tak umiejętnie, że za głęboko, i że wywołała reakcję wymagającą podania jakiś tam leków, blokerów, czy jak to się tam nazywa… Chłopaki z izby przyjęć miały co robić, i sprawdziły się w praktycznych ćwiczeniach zagrożenia życia na własnym terenie… 

Po drugie – pogodę mieliśmy dziś na jazdę samochodem tragiczną. Halny piździł i odwilż przyniósł, jednocześnie postanowił przewiać cały śnieg z pól po jednej stronie jezdni, na pola, po tej drugiej jej stronie. W kilku miejscach pługi wymiękały, ale za to spychacz sprawdzał się całkiem nieźle i na tyle sprawnie, że nawet w jednym miejscu jeden, a w drugim dwa pasy jezdni były przejezdne… nadmienię tylko, że mówimy tu o drodze krajowej nr 28… owszem, rów kilku mniej wprawnych kierowców zaliczyło. Owszem, dojechałam cało i szczęśliwie w obie strony. Co prawda do domu wracałam służbową bryką, w której akurat pierwszy raz za kierownicą siedziałam, ale może to i lepiej, że Ferduś sobie został w pracowym hotelu zwanym garażem. Takie luksusy o tej porze roku, on nienawykły jest, jeszcze mi się chłopaczysko rozbestwi i zamarzy mu się garażowanie na stałe… i co ja z nim wówczas zrobię? Nie, wyjątkowo Ferdusiowi nic nie dolega. Ot, skoro Kierownik odrzucił moją wizję jednej sprawy, to nie została mi nic, jak przyjąć jego opcje. 

Po trzecie – normalnie z tym moim Szefem to ja mam siódmy krzyż pański czasami. Normalnie nie umiem gadać czasem z człowiekiem i nie daj Bóg, aby jedno z nas miało słabszy dzień, bo awantura gotowa. Dobra, oboje jesteśmy uparci, ale czasami, warto byłoby aby posłuchał co do niego mówię. Zwłaszcza, żę jak wół stoi w papierach, że to on dopowiada za jednostkę… cóż, może ja się przestanę przejmować i skoro jemu pewne kwestie są obojętne, to co ja się szarpać będę. 

Po czwarte – w końcu o portkach – to nic takiego. Żadne tam wielkie halo, czy coś. Jakie portki dzinsowe są każdy wie. Dwie nogawki, naszyte kieszenie, pas, rozporek. Żaden tam mecyj. Normalne gacie. No więc we środę porankiem ciągnę je na zadek, ciągnę i zaciągam bez większego halo, bo choć po praniu tyle co, to pierwszą młodość mają już za sobą. Żadnego ostrzeżenia. Nic normalnie. Dojeżdżam sobie do pracy, kawka, te sprawy, siadam w swoim fotelu i słyszę: chhrry. Co jest do cholerci? Oglądam fotel, oglądam zad, a raczej macam go i nic. Siadam, zapominam. Mija jakiś czas, kibelek, te sprawy, hm, znowu tajemnicze „cchhry”. Znowu macam zadek, oglądam co mogę w mini lustereczku i nic. Idę sobie na pracowe apartamenta i siadam w swoim wypaśnym fotelu i jak nie: CCHHHHRRRRYYYMMMM-nie tak… pól kieszeni mi prawie odpadnie… cóż wętylacji w tej tylnej okolicy ciała nigdy dosyć, jednak cóż… całe szczęście, że kórtkę mam w pół uda i słabość do długich swetrów, które nieco chowają wielkie dziursko na zadku. Dobrą sprawą jest tesz wąskość korytarzy pracowych, gdzie nie trzeba się tłumaczyć z przemykania pod ścianami… tak i tym akcentem zakończę na dziś pisanie i udam się nastawić budzik, który jak nic o 5.30 wyrwie mnie ze snu sprawiedliwych…

takie tam

6

Pierwszy raz od nie pamiętam już kiedy, wzięłam dziś ze sobą aparat do samochodu… taką miałam dziś drogę do pracy… i dobrze wiem, że albo się fotografuje, albo się prowadzi…

Rumunia w obiektywie

7

Mam problem. Nie wiem, które zdjęcia wybrać. Mam ich w prawdzie znacznie mniej niż z Francji, ale jednak nie mało. Mniejsza ilość to wynik braku możliwości fotografowania w niektórych zwiedzanych obiektach, gdzie możliwość fotografowania wymagała dodatkowej opłaty, na którą nie zgodził się nasz ‚szef’ wycieczki, co zdziwiło przewodnika i nas też nie mniej. Duża część zdjęć została zrobiona przez szyby autokaru, ale ani lekkie rozmazanie obrazu, ani odbicie w szybie nie są w stanie zmusić mnie do wyrzucenia tych zdjęć. Rumunia uwodziła mnie stopniowo i z pełną determinacją, kusząc poczuciem przestrzeni i wolności, kiedy jednocześnie ograniczała horyzont przeróżnego rodzaju pagórkami i górami. Jestem zniewolona i pokonana, i już tęsknię do następnego spotkania. Do tego mam chyba miliard przemyśleń wszelkich, łącznie z tym jak zadufanymi i zapatrzonymi w siebie bubkami jesteśmy My – Polacy…

Jednym z utrudnień jakie Rumunia stawia na drodze fotografa, który nie ma wprawy do fotografii górskiej, jest światło. Pomijając lokalizację geograficzną, to jednak dobrze jest pamiętać o tym jak szybko i jak często, światło może zmienić się zwłaszcza gdy jesteśmy już w górach na wysokościach ponad 2000m … ale te zdjęcia to już pewnie jutro nie dziś… ;)

… taki widok, to prawie standard, nie ma siły na widok mniejszych górek, góry mogą być już tylko wyższe…

… to miejsce chciałabym kiedyś dotknąć… pomacać… bo w tym miejscu kompas głupieje i nic nie jest do końca tym, czym wydaje się być… kraina złudzeń i wielu możliwości?

średniowieczne twierdze i te późniejsze… głównie kościoły – kiedyś katolickie, znacznie dłużej jednak ascetyczne, protestanckie wnętrza… tak zmienia się wiara, jak polityka jej przez stulecia zagrała… (tu: Biertan)

Sighisoara

… jedziemy dalej…

… Rumuni mieli dużo oliwy w głowach… kiedy tylko zorientowali się o co chodzi z zakonem krzyżackim, zaraz tych krętaczy wywalili ze swoich ziem… cóż… tam się im nie udało, ale u nas mieli raj… ruiny Rumuńskiego Malborka…

… a kiedy spojrzałam w te wapienne widoki, to już do końca przepadłam…

(nocleg w okolicach Brasov-a)

wróciłam

6

Wróciłam w nocy. W domu sajgon. Ide pojeździć na mopie zaraz jak tylko dopiję kawę. Pralka już szumi. W kuchni nawet jednego czystego sztućca, żeby nie mówić o reszcie. Nieco pleśni i latających octówek. Nielat niewątpliwie z głodu nie zginął, ale czas na zintensyfikowanie działań w ramach akcji – sprzątamy po sobie!!!

Co do Rumuni samej w sobie… hm… kraj zaskakujący, zupełnie inny niż zakłąda się na podstawie ogólnie przyjętej u nas w kraju opini. ZAKOCHAŁAM się. Normalnie, moje serce i dusza zostały na tych łąkach i wśród tych gór rudo-brązowych, bo deszczu od wielu tygodni nie widziały…

Mickiewcz Adaś napisał sonet „Stepy akermańskie” i choć nie byłam w miejscu którego utwór dotyczy to chyba (chyba, gdyż uważam, że nigdy niemożna wiedzieć co czuje druga osoba, można się tylko zbliżyć do tych uczuć, ale nigdy nie ma się znimi pewności), chyba wiem, co chciał w nim powiedzieć, i moje wrażenie jest zgoła odmienne od ogólnej, szkolnej interpretacji. Ostania linijka: ’że słyszałbym głos z Litwy. – Jedźmy, nikt nie woła.” wg mnie to nie tylko tęsknota. To nie tylko żewne wspomnienie, ale też cicha ulga, i przyznanie, że chociaż się teskni, i czeka powrotu, to jednak, jednak, kiedy jest tak pięknie, to czekanie nie jest takie ciężkie. „jedźmy, nikt nie moała” to dla mnie manifest tego, że dobrze, że czasem jednak mnikt nie woła, bo można napawać się czymś innym, czymś więcej i że to też może nieść radość, bo tak na prawdę, człowiek nie może się zamykać w jednym (tu tęsknocie) i choć moja interpretacja coraz bardziej oddala się od ogólnie przyjętej, mocno wpisanej w trendy epoki, cóż… może warto byłobyb polonistów zapakować do autokaru i wywieźć w miejsca gdzie, przynajmniej część, tych utworów, o których mówią tak chętnie i często bez własnej wizji, powtarzając cudze wytyczne i utarte schematy, powstała… popatrzeć na rzeczywistość określonej oczyma autora, a nie tylko ramą programową…

Czy wrócę jeszcze kiedyś do Rumuni? O tak! Na pewno! Bez dwu zdań, nawet gdybym miała tam dojść na piechotę… Będzie więc teraz dużo i monotonnie o tym kraju, przez czas jakiś… jak to bywa z zakochaniem. ;)

Że słyszałbym głos z Litwy. – Jedźmy, nikt nie woła.


  • RSS