Na Włościach pralka wzięła i się zbuntowała. Jej bunt to jakieś 300 PLNów. Tyle jeszcze mogę w nią zainwestować, gdyż jednak bywa przydatna, ale pan majster najwcześniej może przybyć w… poniedziałek. Chyba sobie chłopina w kalendarz nie popatrzył i nie zwrócił uwagi, że wtorek ma mieć wolny, to pewnie w poniedziałek możnaby poszaleć urlopowo jeszcze. Mniejsza z większym, mnie to odpowiada, bo akurat rosnąca sterta brudnego prania nie jest moim ulubionym łazienkowym widokiem. Pewnie skończy się tym, że gdzieś w między czasie, wcisnę jakieś swoje pranie do kosmicznego cuda techniki, które jest własnością Matki Rodzicielki, bo przecież do Wersalu targała tego nie będę. Co w sumie jest dziwne, skoro z Wersalu na Włości pranie jednak targałam… tak więc rozrywka praklowa w ramach bonusu na długi weekend.

Wczoraj za to miałam wizje czystego okna w kuchni. No i mam czyste okno. Mam też kilka świeżych, zupełnie nowych siniaków. Kto to widział takie duże okno wsadzać do tak małej kuchni, to doprawdy, człowiek ów miał fantazję, albo silne upojenie alkoholowe. W tamtych czasach zaiste, to drugie, było pewniejsze od tego pierwszego. Fantazja była mocno nie w cenie, a alkohol był wszędzie i w strumieniach się lał. W każdym bądź razie mam w końcu czyste okno kuchenne (już miałam wyrzuty sumienia, bo co zaglądnęłam do Rudej Jędzy, to ona pisała, że myje okna, już kolejny i kolejny raz, a ja… swojego jakby nie…)

Klu programu w dniu wczorajszym to jednak doręczyciel. Dokładniej kurier. Normalnie zostawił moja niewyględną przesyłkę u sąsiadki!!! Oczywiście nie zadzwonił, że jedzie, i że będzie o jakiejkolwiek godzinie. Po prostu podjechał pod Wersal i… zostawił u sąsiadki. Malo tego, kiedy po upływie wskazanego w małpiej wiadomości czasu usiłowałam się do dziada dodzwonić, to był poza zasięgiem. Udało mi się dodzwonić dopiero po 16, a przesyłka widniała jako doręczona o 13 z minutami. Nie, on się nie bawił w dzwonienie, no bo ja podobno byłam poza zasięgiem. Cóż, normalnie akurat wczoraj mi się telefon urywał dosłownie i co chwilę ktoś dzwonił, a on jeden biedula się nie mógł dodzwonić. Oczywiście, że nie dzwonił, tylko zostawił u sąsiadki. To kolejny numer tego kuriera (a przynajmniej kuriera z tej samej firmy kurierskiej o tym samym imieniu i na tym samym terenie). Gdyż miałam już z nim przejścia. Zastanawiam się, czy nie napisać kilka słów do firmy, a na przyszłość, przed dokonaniem zakupów internetowych, będę dopytywać o opcje inne niż kurierzy DPD. Z innymi jakoś nie ma aż tyle problemu, a temu zawsze pod górkę.

Nawet nie chcę myśleć co by było gdyby przesyłka się uszkodziła i sąsiadka ją mogła podziwiać w pełnej okazałości. Nadmienię tylko, że sąsiadka jest w wieku mojej Matki Rodzicielki, i chociaż nie jest moherem (od wielu lat żyje na kocia łapę ze swoim własnym byłym mężem, z którym się rozwiodła), to jednak niekoniecznie chciałabym aby podziwiała zawartość mojej przesyłki.