demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: dom

brak energii

11

Bynajmniej nie tej elektrycznej, a życiowej. Są takie miejsca, które „wysysają” z człowieka energię doszczętnie i całkiem. W tych miejscach człowiek jest wiecznie zmęczony, wiecznie coś jest nie tak jak być powinno, wiecznie są pretensje, żale i inne ale. Do siebie, do bliskich, do innych, do świata. Zrobienie czegokolwiek kreatywnego jest abstrakcją. To chore miejsca i człowiek w nich tez w jakiś sposób czuje się chory.

W moim życiu jest takie jedno miejsce. Zwyczajnie, kiedy tam jestem, zapominam o tym jak potrafi wysysać z człowieka energię. Dopiero w takie dni jak dziś, kiedy jestem od jakiegoś czasu z daleka od tamtego miejsca, widzę jego destrukcyjne działanie. Spada ze mnie jakiś ciężar, czuję się lepiej, nie boli mnie głowa, potrafię się uśmiechać. Może przesadą byłoby napisanie, że świat jest piękny, ale na pewno jest lepszy. Mniej dołujący. Mniej ścinający.

Dla odmiany są miejsca, do których chętnie bym wróciła i już nigdy z nich się nie oddalała. W nich świat jest naprawdę piękny. Nie są to w prawdzie ani mistrzowskie dzieła architektury krajobrazu i wnętrz, nie są to przecudne widoki, ale samopoczucie w tych miejscach sprawia, że świat jest piękny. Żal mi jednego z takich miejsc, bo takiego spokoju w sobie doświadczyłam tylko tam. To miejsce było, jak ukochany dom, do którego wraca się po bardzo, bardzo długiej nieobecności. Marzy mi się, że jeszcze kiedyś spotkam w swoim życiu takie miejsce, w którym będę się czuć tak wyjątkowo dobrze.

Tym czasem, przede mną dziś pierwsza noc na nowym materacu. Oczywiście, że go rozpakowałam. Przecież nie będzie stał pod ścianą, aż się pozbieram na wyszukanie majstra stolarza, który mi stelaż wedle mojego projektu zmajstruje. No chyba, że sama go sobie zmajstruję przy pomocy jednego z marketów budowlanych, który oferuje usługę cięcia płyt na wskazane wymiary. Posiada tez w ofercie różne przydatne drobiazgi niezbędne do zmontowania łóżka. Jednak bez napinki i na spokojnie – w swoim czasie i łóżko będzie, choć sam materac też jest niczego sobie. Może mógłby być nieco twardszy, ale nie ma co marudzić. Nie każdy sypia na desce z odrobiną gąbki, a tak obecnie przedstawia się stan mojego legowiska na Włościach, więc wypaśny materac w Wersalu – to jest nie byle co.

Z kuchnią mam problem niewielki, wiążący się z brakiem dostatecznej ilości szafek na „przydasie”, które już zdążyłam przygarnąć. Jak nic, szafka we wnęce nabiera mocy priorytetowych i nawet są postępy w jej realizacji, właśnie mam poprzycinane tekturki i działam nad rozplanowaniem półek… tak obecnie tekturkowych, ale wizualizacja przestrzenna jest o niebo dokładniejsza niż choćby przestrzenne, ale jednak rysunki, na papierze…

- 10 w Rio

10

Trochę znudzona jestem już tym mrozikiem. W nocy cały czas spada temperatura tak mocno, że -10 wydaje się być całkiem przyjemnym ciepełkiem. Kiedy idę sobie do pracy, mój nos i policzki odczuwają całkiem dotkliwie te -9 jakie się zrobiło w trakcie kiedy szorowałam zęby. Później niby jest lepiej, gdyż koło południa wszystko pływa, ale kiedy wychodzę z fabryki, wszystko znowu zaczyna malowniczo zamarzać i szczypać w nos i policzki.

Do tego moja zielona, materiałowa, dychawiczna szafa, właśnie dogorywa. Odmawia dalszej współpracy i czas jednak wybrać się na zakupy szafowe. Cóż, zostanie mi do końca miesiąca jakieś 100 PLNów w kieszeni, ale co tam. Gorzej bywało. Rachunki w tym miesiącu mam popłacone, żadnych zobowiązań zaległych, więc to prawie rarytas jest. Może wiele szaleć się nie da, ale z głodu nie umrę. Do tego może jakoś ruszę moje zapasy podskórne, które się nie chcą odczepić ode mnie w żaden sposób. Tak więc czas ruszyć po nową szafę. Nowa pralka dotarła cała i zdrowa, a do tego zupełnie fajna… tylko jakoś nie mam co do niej wepchnąć, bo jakaś taka wielka się okazała. Wielka w sensie pojemna i moje ubrania w niej po prostu giną.

Wczoraj zaś miałam ochotę niepomierną na schabowego. Bo tak i już. Tylko, że nie mogłam sobie przypomnieć, czy mam tłuczek do mięsa w Wersalu. No i zamiast sprawdzić to zaraz po powrocie do domu, to oczywiście, przypomniałam sobie teraz. Czyli znowu nie sprawdzę, ale jest pocieszenie, jeśli na Włościach mam jeden tłuczek, to istnieje prawdopodobieństwo, że w Wersalu też ma… gdyż miałam dwa w swoim czasie. Niestety istnieje też możliwość, że jeden z nich skończył jako rozpałka do pieca na Włościach, gdyż niepomiernie mnie wkurzał, był mało praktyczny, a do tego jeszcze, cały drewniany był.

No i na takich dylematach mija dzień za dniem. Życie się toczy powoli od poranka do poranka, po drodze zbierając bardzo poważne dylematy, jak to w co się ubrać (w co jeszcze się mieszczę), czy co sobie zrobić na obiad. Zdecydowanie lodówka by mi się przydała, chociaż pewnie dopiero wówczas moje dylematy nabrałyby chłodnego wydźwięku…  cisza, spokój i stagnacja – dobrze mi tak, może nudna i chwilami przygnębiająco, ale dobrze. Mam prawie ten swój wymarzony spokój, tuz w zasięgu ręki, a że okazał się pusty i samotny? Widocznie wszystko ma swoją cenę.

 

znowu mamy poniedziałek

10

Co tam u Was Robaczki? Jak wam czas mija? Jak się plecie życia czas?

Osobiście się nie mam czasu nudzić gdyż mnie samej życie rozrywek nie szczędzi. Młody zaś życiu mojemu pomaga intensywnie i w sposób mocno skoncentrowany.

Jednak poczynając od początku (się mi chyba słownik synonimów przydałby, mniejsza o to jednak, idźmy dalej, do rzeczy), który nie wiem, czy przypisać materii potencjalnie i teoretycznie nieożywionej, pogodzie, czy jednak Młodemu. Może jednak od materii nieożywionej zacznę. Nieożywiona, nie znaczy martw, co najwyżej żyjąca własnym życiem. Mowa tutaj o lodówce. Odmówiła współpracy, a stara to ona nie jest, ze 3 lata może ma, nie więcej. Znaczy właściwie to jeszcze nie zdecydowała do końca czy tej współpracy odmawia, czy jednak ją podejmuje. Czasem chłodzi, a czasem nie chłodzi. Tak więc oczywiście brak zdecydowania i ten nierówny dialog przeprowadzała ze ,mną w sobotnie popołudnie, kiedy to trwało ogólne oczekiwanie na wizytę duszpasterską. Myślę sobie – przyjdzie Czarny, chlapnie wodą, może ją wskrzesi? Sobota po południu to właściwie nie bardzo jest mowa o czymś więcej. Ok – nie chciała rozpocząć współpracy, więc… pogoda ją wyręczyła. Zawartość do misek na pranie i na balkon, a lodówka do rozmrażania. Niedzielny poranek z kuchnią zagraconą i zastawioną, i z kałużą na środku. Jazda na mopie nie jest moim ulubionym sposobem spędzania niedzielnego poranka, ale… byle do wieczora i … w dyskurs lodówce udał się mikser. Niby buczy, niby miele, a wiertełka się nie ruch…ają. Oczywiście, że w połowie kręcenia masy, a nie na końcu… Jeden weekend i 2 sprzęty. Doprawdy czas sponsora jakiegoś znaleźć, bo sama nie wyrobię z ręczną obsługą wypieków, a taki – jak kilka razy ręcznie pouciera smakołyki, to potupta do sklepu z AGD Kuchennym i przyniesie zamiast wiechcia kwiatów… i dobrze. Chyba dorastam do prezentów praktycznych, choć jako kobietę, te niepraktyczne i jednocześnie ładne, nadal cieszą mnie nieco bardziej. To tyle o sprzętach.

Jaka pogoda jest, każdy widzi. Pomaga przy rozmrażaniu zbuntowanych lodówek, ale też przyśpiesza przejście na wieczny spoczynek maszyn mechanicznych służących do przemieszczania. Ślizgać się samochodami, które nie nadają się do ślizgania, w miejscu gdzie są dziury i krawężniki, kiedy dopiero się uczy jeździć (bo co to jest mniej niż 5 tyś km przejechanych od otrzymania prawa jazdy)… ułańska fantazja i 2 samochody skasowane = 2 zestawy rodziców z wnerwem w pakiecie… to trzeba coś zrobić z tematem. Może kupić sobie samochód? A czemu nie. Najlepiej na spółkę, we dwóch. To, że ma nie do końca jasne papiery – przecież jakoś to będzie. W pakiecie z Młodym i kolegą Młodego – Panem A. jest jeszcze kilka samochodowych niespodzianek, pomysłów i kombinacji.

Tak więc, ogólnie to nie mam czasu na to żeby się nudzić. Również nie bardzo mam czas na pisanie. Jednak, za radą jednej osoby, chyba czas ów odzyskam, i pozwolę umoczyć zadek Młodemu, gdyż inaczej się nie nauczy. Wydawało mi się, że się nauczył już kilku rzeczy, ale to tylko mi się wydawało. oczywiście moja Rodzicielka będzie niepocieszona, gdyż uważa, że powinnam Młodego traktować jak 14-latka (???), bo on się tak zachowuje. RATUNKU! Wybacz Mamo, ale on ma prawie 20 lat i czas żeby zaczął żyć własnym życiem. Z takiej głupoty się akurat wyrasta, a że jego przyszła później niż kolegów… Pan A. też jak widać jest zapóźniony (są rówieśnikami z Młodym). Nie mogę żyć za niego, a jeśli zacznę go pilnować i zamykać w domu… to dopiero zacznie się dziać. Głupotę po prostu trzeba przeczekać – inaczej się nie da.

Tak więc u mnie jak widać rodzinnie, samochodowo i ogólnie sprzętowo, a wszystko z odrobiną pogody takiej, a nie innej. Choć jak dla mnie to akurat, gdyby śniegu było więcej – zupełnie bym się z tego powodu nie obraziła.

Dziś wieczorem mam w planach robić „nic”. Kupić sobie dobre wino, wziąć książkę do ręki, włączyć ulubioną plajlistę i liczyć na to, że Młody będzie miał kolejny fart i szybko znajdzie sobie pracę, i sam będzie odpowiadał finansowo za swoje pomysły, bo ja wolałabym wydać tę kasę na kolejną parę butów… choć wiem, że w styczniu kupiłam już w sumie 3 pary… ale za to 1 wyrzuciłam…

Właśnie mamy malownicze oberwanie chmury. Grzmi, błyska się, wieje i leje. Może i gradem rzuci albo coś. Nie bawię się tak. Miałam iść po coś do jedzenia, ale wybaczcie, napiję się piwa i udam, że głodna nie jestem.

Dlaczego piwa akurat? Gdyż tylko to posiadam na stanie w Wersalu. Wszelkie zapasy wyczerpałam przed minionymi remontami i jakoś wyszło tak, że nic nie ma… tylko 1 piwko. Zupa piwna nie jest zła. Może mało treściwa, ale jest i już.

Co poza dudniącymi grzmotami? Owocny, wyjazdowy weekend. Standardowe zagubienie się w miejscu tymże samym co zawsze. Tradycja już to widać być musi i już. Fotek nie będzie gdyż Młodemu się aparatu nie pamiętałoby zabrać, a ja nie mam weny do zdjęć ostatnio. Do tego deprymujący Młody oraz malowanie Wersalowych ścian. Kuchnia za mną.

czytaj dalej…

jak flaki z olejem

4

Nie wiem skąd wzięło się to określenie, ale oddaje to jaki jest dzień dzisiejszy. Z dniem dzisiejszym właśnie zakończyłam wszelkie zmagania z rokiem 2014 wysyłając ostatnie sprawozdanie i zupełnie nie rozpaczając nad tym. Czas już był zamknąć temat roku 2014. W prawdzie, ustawodawca daje mi jeszcze 12 dni czasu, ale… czas zacząć sprzątać sprawy bieżące, które niejako po macoszemu były traktowane i czasem, miast do segregatora, trafiały na malowniczy stosik.

Na stosik, rzecz jasna trafiały sprawy, do których należy wrócić z tych i owych powodów. Te ostatecznie załatwione, nie mają prawa zaśmiecać mi biurka, którego i tak nie widać pod stertami makulatury. Tak więc przeglądam ów stosik. Przeglądam i systematyzuję. Do tego różne rzeczy przeglądam w internetach i w przepisodajniach. i ciągnie mi się ten dzień, i ciągnie, wlecze, i normalnie, przez ostatnie tygodnie, kiedy popatrzyłam na zegarek pokazujący 13.45 wpadałam w panikę, że czegoś nie zdążę z zaplanowanego kieratu zrobić. No nie zdążę jak nic. dziś sobie patrzam na zegar i myślę, że chętnie to już bym sobie pomknęła przed siebie, gdyż robota jest żmudna i nie wdzięczna, a do tego nie jest pilna. Niewątpliwie też dzisiaj nie mam do niej zacięcia. Jenak, skora ja się przymuszam i zmuszam, i pracuję to… zarzucam też robotą innych, a co! Żałować sobie nie będę przecież, a takie okazje nie często się trafiają! Tak więc patrzam w te stery i w literki na monitorze, i kiedy już uznam, że dość się na nie napatrzyłam, naklikałam i namęczyłam z nimi – wziuuuuu – rzucam na cudze biurko. Ołóweczkiem, na marginesiku zadaję pytanie, czy tak literki mają być poskładane, czy inaczej, a czasem… proszę o poskładanie ze swego ogródka literków i dołożenie ich do mojego „dzieła”… Tak więc, na najbliższe kilka tygodni mam rozrywkę zapewnioną jak nic – monotonia męczy jak nic, ale odpoczynek jak nic jest mi potrzebny.

Zastanawiam się nad spotkaniem na prace zagraniczne sezonowe… w Szkocji… zawsze chciałam tam pojechać, ale to ogłoszenie z gazety. Nie sprawdzone, więc mam obawy. Może raczej poszukać czegoś co nie jest za wodą? Ma ktoś może coś sprawdzonego? Ktoś się wybiera na kilka tygodni? Może ktoś by mnie przygarnął na kilka tygodni… chętnie bym sobie remont Wersalu dokończyła…

wyrodna córka

11

Ja to jestem specjalistka wysokich lotów. Nie ma co. Ledwie jedno dodatkowe popołudnie w domu, a już obraziłam sobie Rodzicielkę. Zajęło mi to raptem z 10 sekund. Jedno zdanie i sukces. Czyż nie jestem genialna.

Mam coraz mniejszą ochotę na to aby tutaj przyjeżdżać. Gdyby nie Nielat, pewnie bym sobie powoli odpuszczała. Gdyby tylko było mnie stać na to aby utrzymać nas oboje w Wersalu. Nie nadaję się do tego zoo. Wszystko mnie drażni. Do tego, mam własny zasób rozczarowania życiem i goryczy, i chyba nie mam siły na jej. Różnica jest spora, ja staram się zmienić coś w swoim życiu, szukam, może i po omacku, ale walczę, a ona? Marudzi i kiedy już nie ma innej możliwości, kiedy jest przyparta do ściany cokolwiek zmienia.

Każda wymówka jest dobra. Dla mnie. Nawet jeśli będzie nią wyrobnicza praca za 7 PLNów za godzinę. Tak – nie osiągnę nawet połowy z pensji minimalnej, ale w domu też tego nie wysiedzę. Do tego, jeśli dostanę tę pracę, nie będę musiała się tłumaczyć, dlaczego nie przyjeżdżam…


  • RSS