demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: deszcz

Sobotni wieczór. Młodego poniosło w świat. Z wiaderkiem frytek, bo oczywiście pomiędzy rozlicznymi obowiązkami (moczenie w wannie, niezbędne po czyszczeniu pieca CO) trzeba się jeszcze na wyjście wyszykować, a na jedzenie to on od dziecka czasu nie miał za wiele. Na wszystko mu czasu starczało, tylko nie koniecznie na jedzenie.

Sobotni wieczór, a ja siedzę w domu i złoszczę się, że mi nie chce komputerek odtworzyć kolejnego odcina mojego serialu. Jak nic błąd jest na stronie z filmem, a ja jestem niepocieszona. Mojego samopoczucia bynajmniej nie poprawia to, że nadal staram się ograniczać słodycze i inną jedzeniową rozpustę.

Na osłodę życia ugotowałam sobie wielki gar ogórkowej. Moje najulubieńszej zupy. Więc pewnie skończy się wieczór na kolejnej miseczce ogórkowej albo na wyjadaniu rodzynek lub wyszukiwaniu innych słodkości, które być może są zachomikowane gdzieś w pokoju Młodego… którego nie ma w domu…

Gdyby nie ten deszcz mogłabym pozwolić sobie na większą kulinarną rozpustę i ruszyć gdzieś w świat dla równowagi… a tak, pada deszcz, a ja z deszczem nie bardzo się lubię.

no i się rozpadało

8

Bezapelacyjnie wiatr przywiał deszcz. Najpierw rzucało piachem po oczach, teraz rzuca wodą po całym człowieku. Aura sprzyja senności i niechciejowi. Na niechcieja nie mam czasu, a na aurę nie mam wpływu. Podciągam więc rękawki bluzeczki i zabieram się do orki na ugorze. Czas już najwyższy rozstać się z rokiem 2016 ostatecznie. Jeszcze tylko kilka papierów do uzupełnienia i jedno sprawozdanie, i będę mogła odgwizdać zamknięcie roku.

Tymczasem szukam sposobu na pozbycie się mikro muszek które zaatakowały Wersal. Zachciało mi się kupować ziemi i przesadzać kwiatka to teraz mam w prezencie muszki. Całe stada muszek. Wszędzie ich pełno, a trup ściele się gęsto. Sam od siebie. Krótki termin przydatności do życia mają i dobrze, bo gdyby to były takie muchy żółwiowe i chciały żyć ze dwa razy tyle co ja? To by dopiero było.

Update:

Gdyby było mało deszczu, to do kompletu mam dziś sprzęt odmawiający współpracy. Oczywistą oczywistością jest, że drukarka zbuntuje się dokładnie w tym czasie, w którym będziesz mieć potrzebę wydrukowania czegoś pilnego. Może nie drastycznie pilnego, ale jednak chciałam to dzisiaj wysłać i zapomnieć o tym. Uda się, ale chwile się z drukarką gimnastykowałam. Jasne, że można wysłać na inną drukarkę, albo sobie spacer z pendrakiem urządzić. Czemu by nie. Można. Tyle, że i tak przyjdzie chwila, w której trzeba będzie przekonać ową drukarkę do ponownej współpracy. Skoro już zajmuje połowę mojego biurka, to przynajmniej niech będzie sprawna. Niby nic, a jednak. Niestety skończyło się na przeinstalowaniu. Pikuś. Bułka z masłem. Odinstalować i zainstalować na nowo. Prościzna. Tyleż, że cholernie czasochłonna. Nie wiem jak to jest, że z drukarki na drukarkę, chociaż dysponuję coraz to (podobno) szybszymi komputerami, z lepszymi i szybszymi procesorami, z większą ilością szybszej pamięci, a instalacja durnej drukarki zabiera jedną trzecią dnia… choć kiedyś było to może z 10 – 15 minut. O dopominaniu się o pincet razy restartowanie systemu przy tej okazji przeinstalowania to wspominać szkoda, bo to kolejny czas uciekający. Wdech – wydech. Wdech – wydech.

Tak, trochę w między czasie zmobilizowałam mojego złomka, że chwilami ma dobry humor i przy tej okazji (dobrego humoru) pozwala mi dorzucać notki, a przynajmniej pozwala je aktualizować… bez wywalania mnie na „onetowskie” drzewo logowania.

chyba wiosna idzie

6

Do tego, nie pyta zupełnie czy mi to odpowiada. Owszem, nie przepadam kiedy mam nos zamarznięty na sopel, ale za chlapą, ciapą i świergolcami też nie bardzo przepadam. Właściwie, z wiekiem, to co raz to i mniej jest rzeczy, za którymi przepadam. To co się nie zmienia, to przepadanie za świętym spokojem i za orzeszkami, a jak jest do kompletu jeszcze jakaś czekolada, to po prostu jestem szczęśliwa.

Dziś nie jestem szczęśliwa, gdyż pada deszcz. Nieszczęśliwość moja zaś bierze się z tego, że ten deszcz niemiłosiernie wali mi o parapety. Doprawdy, nie wiem jeszcze co, ale coś chyba muszę wymyślić na tę okoliczność przyrody, gdyż bębnienie owo odbija się szerokim echem pod moją czaszką, co bynajmniej nie wpływa na moje lubienie przedwiośnia, którego jedynym plusem jest zapowiedź pojawienia się w niedługim czasie roślinek którym mam ochotę bliżej się przyjrzeć. Tym bliżej, że znam wiele miejsc z ich zatrzęsieniem, a w sklepie zielarskim za 10 dag zapłacić trzeba od 20 PLNów w górę. Zdzierstwo niemiłosierne.

Miałam kilka ciekawostek do zapisania, ale nim zrobiłam sobie paszę treściwą, to zapomniałam. Jak nic, czas zacząć chodzić z notesem, gdyż nadal szybciej jest mi pisać odręcznie niż na dotykowym Heńku. Mogłabym to i owo podyktować Heńkowi, ale konia z rzędem temu, kto widząc to, nie padłby ze śmiechu uznając, że całkiem się mi już pomieszało i gadam do telefonu kiedy nikt do mnie, ani ja do nikogo, nie dzwonię! Z tym mówieniem to też byłby niejaki problem z resztą, gdyż się mnie zwyczajnie gadać nie chce. Całkiem i zupełnie, a jeszcze mniej mam zacięcia do pisania SMSów. Przejdzie mi pewnie za chwilę. Jak odeśpię, gdyż zwyczajnie chodzę pół żywa z niewyspania. Jak już nawet udaje mi się bez pobudek dotrwać do rana, to śnią mi się takie cuda i niewidy, że James Bond przy mnie wymięka i mała Miki z niego jest. Doprawdy, po takich snach, nie sposób być wypoczętym o poranku.

Dziś się mi śniły S. i A., tak między innymi rzecz jasna postaciami. O ile jednak z A. chętnie bym pogadała i może na weekendzie, jak pogoda będzie przyjazna spacerom to się do niej wybiorę, o tyle na kontakt jakikolwiek z S. nie mam ochoty najmniejszej. Po tych wszystkich latach żal mi do niej przeszedł i w sumie jest mi obojętna, ale obojętność to obojętność, nie widzę cienia potrzeby posiadania znajomej, której nie mogę zaufać nawet w minimalnym stopniu, a w komplecie z moją niechęcią do gadania, to sorry, chyba nawet o pogodzie byśmy sobie nie pogadały obecnie. Szkoda czasu.

W ramach oszczędzania czasu to sobie lodówki oglądam. Przeglądam i żadna mi się nie podoba, poza tymi wielkimi i ogromnymi, które mi do niczego nie są potrzebne. Na tę chwilę to tak mi dwie w oko wpadły Indes===it LI8 FF2X.1 oraz Whirp===pool blf 8121 aqua ox… Tylko, czy i te nie są za duże jak na moje potrzeby? ogólnie to i tak wiatr będzie tam pewnie hulał, gdyż no ile samej można gromadzić zapasów i zdążyć je zjeść zanim stracą przydatność do spożycia…

Mokro jest. Pada i pada. Leje i leje. Do tego zimno się zrobiło. W Zakopcu śnieg pada podobno. Oj pewnie nawet nie podobno, a na pewno, bo go u nas czuć. W powietrzu go czuć. Wczorajszy poranek był chłodny, ale do zniesienia. Dzisiejszy poranek był mokry i ostro zimny. Taki ostro śniegowo zimny. Nie marudziłabym zupełnie w temacie, gdyby nie ta woda, a nawet hektolitry wody co to się z góry leją. Nie wiem, czy tam ktoś u licha o kranie niezakręconym zapomniał? Jakąś awarię rurociągu mają w niebie, czy jak? Normalnie rzeki i strumyki w okolicy się nam buntują, niektóre się lokalnie już wczoraj pobuntowały, a reszta, pewnie dalej kolejno będzie się dołączać, zwłaszcza, że padanie zapowiedziane jest do końca weekendu. Trudno. Samochodu nie mam i żyję. Łódki też nie mam, więc pewnie też przeżyję.

Nie o tym dziś jednak chciałam. Prozaicznie dziś ma być, a tytuł powinnam wrzucić w okolicach: „terebunie, i nie tylko, po 2 PLNy”. Zmora prosiła, to dostanie obrazki. Oczywiście to nie jest tak, że idziesz i na pewno za 2 PLNy uda się wygrzebać coś fajnego. Nie, fajne torebunie się zdarzają. Choć akurat są osoby, które twierdzą, że mnie się zdarzają kiedy są mi potrzebne. No i w sumie mają rację, tyle, że to długa historia jak się to dzieje. Wracając do torebuniek moich. Oczywiście, że nie będą to wszystkie jakie mam. Mam ich zdecydowanie zbyt wiele i nabywanych w różnych okolicznościach przyrody. Cóż, lubię czasem jakąś przygarnąć lub zaadoptować. Do rzeczy!

Nabytek z ubiegłego roku – czyli jesień 2015

… a to już zdobycze tegoroczne. Letnie polowanie zakończyło się… Barceloną… no może kiedyś, kto wie… na wszystko w życiu przychodzi czas. Koniec lipca lub początek sierpnia zapolowany.

Oraz, oczywiście, sedno dzisiejszego programu. Najnowszy nabytek, z ubiegłego tygodnia. Nieco mniejszy niż poprzednie dwa egzemplarze. Mniejszość rozmiaru nie jest wadą, a zaletą. Pół litra na pewno się zmieści, a jak się dobrze pokombinuje, to może i dwie półlitrówki… no co – kiedyś, w innym życiu, zanim człowiek zasiadł na domowej kanapie, to musiał mieć praktyczne utorbienie…

Oraz dodatek do powyższej torebuni, również za oszałamiające 2 PLNy.

ciągle pada…

2

Ciągle pada… Właściwie to nie tak ciągle, ale od wczoraj, to już tak. Ochłodziło się też nieco, do marnych 26 kresek. Mniejsza z większym o pogodę.

Chciałam o tym, że chciałam pogratulować fantazji temu młodemu człowiekowi z Bardzo Małej Wsi jaką jest Mielec lub okolica. Tak temu ze srebrnej bejcy, co wyprzedzał wczoraj na trzeciego. Chłopaczyna (na moje oko w wieku zbliżonym do Młodego), fantazji miała na tyle, aby wbić się między pierwszego wyprzedzającego, a wyprzedzany samochód… w środek. Zajeżdżając tym samym jednemu drogę i drugiego spychając prawie do rowu. Normalnie zawał na miejscu w tamtym wyprzedzanym samochodzie, a w pierwszym, granatowym wyprzedzającym pewnie też. Samą mnie zmroziło, a wszystko to widziałam w lusterku, gdyż działo się za moimi plecami. Tm bardziej fantazja wielką była, że akurat na tamtym odcinku trasy droga jest wąska, na lekkim nasypie, z głębokimi rowami, i prawie bez pobocza… zwyczajnie, nie ma gdzie uciekać, a już na pewno, nie ma tam gdzie jechać na trzeciego… i to środkiem, między dwa auta.

Szczerze, to na miejscu tego z granatowego, to nie tylko postukałabym w czoło przy wymijaniu tego idioty ze srebrnego auta, ale zajechała mu drogę, zmusiła do zatrzymania i… co najmniej wyzywała od idiotów i tym podobnych. Fakt jest taki, że później to już tym srebrnym cudem, pewnie tatusiowym może nawet, albo tyle co z Niemców przytarganym, jechał karnie za mną całą drogę… Bejca za Tiktasiem… i to w grzecznej odległości. Zdaje się młodzian chyba się scykał z lekka swojej fantazji lub siły samochodu. Nie od dziś mawiam, że samochód do sprawności trzeba dobrać i do posiadanego rozumu. Duże, limuzyniaste i ciężkie z mocnym silnikiem samochody powinny być dozwolone po przejechaniu przynajmniej 200 tysi kilometrów na czymś innym. A tak, młode to, z fantazją i bez doświadczenia. Przepis na samochody w rowach i to nie tylko samochody tych z „fantazją”, ale i postronnych, niczemu nie winnych ludzi.

No to nadmienię jeszcze, że mi wczoraj u chińczyka dużo kasy, jak na chińczyka, zostało. O sklepie piszę. Normalnie, to kosmos cenowy jakiś już mają. Kiedyś szło coś wybrać, teraz to koszmar jakiś, a do tego… jak popatrzysz na metki towarów to… cholernie dużo ma polskie metki i ani jednego znaczka po chińskich alfabetach. Kozia Wólka rządzi w chińskich marketach. Acz buty mieli jedne śliczne i słodkie, i naprawdę jestem z siebie dumna, że wyszłam bez nich. Nie jest jednak pewnym, czy po nie nie wrócę za jakiś czas, jeśli jeszcze będą, gdyż jak wiadomo, w pewnych kwestiach, moja silna wola, nie ma w sobie nic z siły i zacięcia, a raczej jest bezwolna i uległa, oraz podatna na pokusy.

Niestety, nie zanosi się na to aby w weekend udało się cokolwiek zrobić, gdyż… ciągle pada i padać ma zamiar aż do poniedziałku, lub nawet wtorku.

Nie wiem, czy zauważyliście, ale pewnie tak, że się wczoraj jakoś popsuło ogrzewanie. Po sobotnim całkiem miłym dniu, z naprawdę fajnym i ciepłym wieczorem, niedziela okazała się paskudna, ohydna, zimna i mokra. Zwyczajnie, ktoś wyłączył, nie wiem zupełnie dlaczego, i całkiem tego nie rozumiem, ogrzewanie na zewnętrznym. Gdyby tego było mało, to chyba temu na górze, jeszcze jakaś rura przecieka, bo kapie nam na głowy, i kapie, i kapie, i kapie, i mój parasol stoi w mieszkaniu, a ja w pracy jestem, bez parasola.

Weekend, weekend i po weekend. Pominę delikatną kwestię pobudki sobotniej z godziny 5,30 przez trzepoczącego się do okna motyla, któren to zapewne w piątek wieczorem wraz z praniem lub pościelą przywędrował z balkonu, a o tej nieludzkiej porze poczuł zewn natury i przemożną chęć wydostania się do niej. Wiem, mogłam być nieczuła i przewrócić się na drugi bok, i zignorować dziada, ale pomyślałam sobie, że jak tak dalej o szybę będzie tłukł, to sobie cały pyłek ze skrzydełek otrząśnie i się nielot z niego zrobi. Wstałam więc i dziada wyeksmitowałam z mojego pokoju. Zdaje się, że On jednak szczęśliwszy był ode mnie, gdyż, jak się go pozbyłam to okazało się, że właściwie to ja rześka i wyspana już jestem… ale co można robić o 5.30? Otóż można zrobić sobie kawę i pranie, jedno, pranie drugie, krochmalenie i już przed 8 rano mieć pościel na sznureczkach w ogrodzie wywieszoną, oraz udać się na dalsze zakupy czy coś.

Niestety, okazało się, że Młody pomyślał o względnym ogarnięciu gawry swojej, co sprawiło, że to mi kocyczek dorzucił na stertę prania, to podusie, którym też wody i detergentu czasami nieco by się przydało, to skarpetkę zapomniana zza pufy, to znowu kocyczek jeszcze jeden… bo pościel to w piątek sobie zmienił. Stąd to poranne jej wieszanie w ogrodzie było. Tak więc pralka cały boży dzień miała zmianę. Z milion razy.

Nie o tym było moim zamiarem jednak gryzmolić. Chciałam nadmienić, że wegetarianka ze mnie marna, i jednak zostanę przy mięsie, gdyż zwyczajnie, samymi roślinami to ja się nie najadam. dzień, dwa, czasem trzy mogę bez mięsa, bywa, że i cztery, ale padlina jest padlina. W życiu mi tak pizza z salami nie smakowała jak w sobotę. Niedzielny schabowy był po prostu poezja niedzielnego obiadu, a wcześniejsze, piątkowe wyjadanie pieczeni rzymskiej z brytfanki, bez pieczywa i innej zakąski, dostarczyło mi rozkoszy kulinarnej, o niemal niebiańskiej sile… a może piekielnej? Nie wiem, fakt, że w końcu udało mi się nie myśleć o jedzeniu, i w końcu, choć przez czas jakiś nie byłam głodna. Wniosek z tego taki, że mój człowiek, sama trawa nie pojedzie.

No i jeszcze popełniłam soczek mniszkowy w sobotę. Pychota powiadam wam. Pychota. Gdyby nie ten deszcz to popełniłabym go więcej, bo to na próbę było, ale tak to, cóż, liczyć mogę, że może się przerwie to moczenie z nieba, i że jeszcze jakieś 400 – 500 mniszków zakwitnie… bo i miałam zakusy na nalewkę pokrzywowo – mniszkową. No bo skoro kokorycz nadal rośnie w lesie to… jakoś trzeba było ziołowe zapędy wykorzystać.

Zmorko droga, zupa pokrzywowa została wyparta przez wielki gar grochówki na boczku, ale obiecuję solennie, że jak tylko, a może nastąpi to na dniach, o ile zlokalizuję pokrzywy niewykoszone, jak tylko znajdę podstawę jej produkcji, to zmajstruję i proces opiszę. :)

Co do przesyłki piątkowej zaś, dotarła, choć dziś ją dopiero przejęłam, a otwierać będę popołudniem, gdy dotrę na Wersalowe apartamenty. Ciepłości Wam i suchości życzę.


  • RSS