demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: codzienność

co za dzień niedobudzony

4

Niby wstałam, niby się ruszam, niby oczy mam otwarte, ale to wszystko jest takie „niby”. Mój mózg postanowił dziś się nie obudzić. Został przytulony do poduszki, mając daleko gdzieś potrzeby i obowiązki mojego człowieka. Walka jest więc ciężka i trudna, gdyż zwyczajnie co staram się skoncentrować na czymś wymiernym, to przed oczyma roztacza się widok kocyka i podusi, i nie żebym poszła szczególnie późno spać, czy żeby budzik szczególnie wcześnie dziś dzwonił. Nic z tych rzeczy. Zwyczajnie, oczy mnie się dzisiaj same zamykają i tyle. Walczę i nie daję się, acz obawiam się też, że popołudnie będzie jednak wymiernie trudne. Trudne w zakresie samoobrony przed kocykiem i podusią, choć z drugiej strony – co mi szkodzi? W końcu mamy wyjątkowo długi weekend przed sobą, do którego trzeba się wyjątkowo dobrze nastawić. Pytanie tylko, czy pogoda sprosta zadaniu, bo mam chytry plan poleżakowania w jakiejś trawie razem z Perełką i oczywiście moimi zabawkami do perełki… potrzeba mi przecież czegoś na ścianę więc muszę zapolować.

Tak więc oddalę się do nierównej walki wykonywania obowiązków pomiędzy kolejnymi ziewnięciami i próbami dodzwonienia się do medyka celem wizyty (bo się mnie recepta jedna zagubiła, i jak ją znalazłam, to okazało się, że jest letko po terminie, a przydałoby mi się ja wykupić, gdyż bez niej to 50, a z nią to 15 PLNów, a ja zbieram na jakieś WYGODNE nowe buty letnie… bo tych mało wygodnych mam sporo… ).

Poproszę jeszcze tylko aby ktoś z tą klima na zewnętrznym przestał przesadzać, bo proszę, ja wiem, że sandały u mnie wyszły, ale jeszcze jakieś się trafią, a jak teraz zachodzę adidasowate obuwie, to w czym będę śmigała jesienią?

- 10 w Rio

10

Trochę znudzona jestem już tym mrozikiem. W nocy cały czas spada temperatura tak mocno, że -10 wydaje się być całkiem przyjemnym ciepełkiem. Kiedy idę sobie do pracy, mój nos i policzki odczuwają całkiem dotkliwie te -9 jakie się zrobiło w trakcie kiedy szorowałam zęby. Później niby jest lepiej, gdyż koło południa wszystko pływa, ale kiedy wychodzę z fabryki, wszystko znowu zaczyna malowniczo zamarzać i szczypać w nos i policzki.

Do tego moja zielona, materiałowa, dychawiczna szafa, właśnie dogorywa. Odmawia dalszej współpracy i czas jednak wybrać się na zakupy szafowe. Cóż, zostanie mi do końca miesiąca jakieś 100 PLNów w kieszeni, ale co tam. Gorzej bywało. Rachunki w tym miesiącu mam popłacone, żadnych zobowiązań zaległych, więc to prawie rarytas jest. Może wiele szaleć się nie da, ale z głodu nie umrę. Do tego może jakoś ruszę moje zapasy podskórne, które się nie chcą odczepić ode mnie w żaden sposób. Tak więc czas ruszyć po nową szafę. Nowa pralka dotarła cała i zdrowa, a do tego zupełnie fajna… tylko jakoś nie mam co do niej wepchnąć, bo jakaś taka wielka się okazała. Wielka w sensie pojemna i moje ubrania w niej po prostu giną.

Wczoraj zaś miałam ochotę niepomierną na schabowego. Bo tak i już. Tylko, że nie mogłam sobie przypomnieć, czy mam tłuczek do mięsa w Wersalu. No i zamiast sprawdzić to zaraz po powrocie do domu, to oczywiście, przypomniałam sobie teraz. Czyli znowu nie sprawdzę, ale jest pocieszenie, jeśli na Włościach mam jeden tłuczek, to istnieje prawdopodobieństwo, że w Wersalu też ma… gdyż miałam dwa w swoim czasie. Niestety istnieje też możliwość, że jeden z nich skończył jako rozpałka do pieca na Włościach, gdyż niepomiernie mnie wkurzał, był mało praktyczny, a do tego jeszcze, cały drewniany był.

No i na takich dylematach mija dzień za dniem. Życie się toczy powoli od poranka do poranka, po drodze zbierając bardzo poważne dylematy, jak to w co się ubrać (w co jeszcze się mieszczę), czy co sobie zrobić na obiad. Zdecydowanie lodówka by mi się przydała, chociaż pewnie dopiero wówczas moje dylematy nabrałyby chłodnego wydźwięku…  cisza, spokój i stagnacja – dobrze mi tak, może nudna i chwilami przygnębiająco, ale dobrze. Mam prawie ten swój wymarzony spokój, tuz w zasięgu ręki, a że okazał się pusty i samotny? Widocznie wszystko ma swoją cenę.

 

wyczerpanie ogólne

2

Wczoraj, o 20 z minutami kilkoma, zmiotło mnie jak przecinek. Mało tego, już od 18 łóżko przyciągało mnie z siłą tak wielką, że blisko dwugodzinne zmagania i opieranie się tej przemożnej chęci, jest nie lada wyczynem. Tak więc, kilka minut po godzinie 20, zwyczajnie odpłynęłam. Myli się jednak ten, kto przekonany jest, że porankiem zerwałam się jak kózka, rześka i radosna. Otóż najchętniej spałabym dalej. Tak jeszcze z godzinkę lub dwie. Zwyczajnie, i ja, i mój człowiek, czujemy się zmęczeni.

Za karę mam kawę solo. Czyli czarna puszczalska bez mleka i cukru. Cukier w kawie odstawiłam jakiś czas temu, a mleko, cóż, wzięło i się na mnie wypięło, i skisło sobie w najlepsze. Choć nawet nie, nie skisło, nie zważyło się, a zwyczajnie zrobiło się gorzkie jak piołun. Bleh. Niedobroć wielka. Tym nie mniej, z wizją, że tydzień jest krótki, bieżym zasuwać dalej jako ta pszczółka, mróweczka, czy inny robaczek, bo się nic samo nie zrobi…

coś by pewnie napisać

6

Kwestia w tym, że nie dzieje się nic specjalnego. W pewnym sensie stagnacja nawet można powiedzieć. Nie, nie będę z tego powodu marudzić, choć niewątpliwie miałam takie zapędy. Jednak się powstrzymałam, gdyż nie tak dawno jeszcze za nią przecież tęskniłam. Za tym aby sobie emocje nabrały równowagi i stabilności, a teraz to co – skoro mam co chciałam, to mam zacząć marudzić? Co, to to nie. No chyba, żeby przypadkom zaczęło się dziać pozytywnie i to bardzo pozytywnie w moich emocjach.

To, że w moich emocjach wieje nudą nie znaczy jeszcze, że nic nie czuję, czy też, że mam czas na cokolwiek, bo trochę go nie mam, a trochę czuję więcej niżby się wydawało. Trochę tego czasu obijactwo pochłania, a resztę siedzenie z nosem w książkach i internetach i czytanie o różnych różnościach. Nie powiem, robi to dobrze na odwrócenie uwagi od różnych takich. Tyle, że z różnymi takimi jest zawsze tak, że samo odwracanie uwagi to za mało. Cały czas się kolibią gdzieś z tyłu głowy i spać spokojnie nie dają, jako te niezałatwione sprawy i tematy. Ja wiem, że czasem powinno się pozwolić na to aby coś się spokojnie rozmyło w niebyt, ale jakoś mi tak nie po drodze z takim rozwiązywaniem spraw. Wolę, preferuję nazywanie rzeczy po imieniu.

Do tego, na dokładkę rozjazdy i wyjazdy. Kraków w poniedziałek, Kraków w piątek. Gites. Problem w tym, że po poniedziałkowym wyjeździe, mój kręgosłup dopiero dzisiaj doszedł do siebie, a jutro znowu… masaż by się jakiś przydał… oj przydałby się. Jakaś wykwalifikowana siła masująca też by się przydała, bo przecież ktoś ten masaż musi wykonać… sama sobie do plecków i kręgosłupa nie dostanę, aż taka samowystarczalna i wszechstronna to nawet ja nie jestem…

a życie toczy się dalej

4

Szara rzeczywistość dnia codziennego bywa przytłaczająca. Kołowrotek codzienności wkręca człowieka bezlitośnie i bezpardonowo, nie zważając zupełnie na protesty człowieka. Tak więc i mnie czas spojrzeć na codzienność.

Po pierwsze, to muszę rozejrzeć się za kimś kto wymontuje mi ze złomka instalację LPG. Na cito i na już prawie, gdyż za kilka dni nadejdzie nieubłaganie czas rozstania z Ferdynandem.

Po drugie, w poniedziałek czekają mnie zmagania z nadgadatliwym majstrem, któren to przyjdzie wstawiać mi okna w Wersalu. W prawdzie Pan ów, dzisiaj, dzwoniąc, był bardzo powściągliwy i bardzo się starał nie być sobą, ale kiepsko mu szło. Ciekawe co mu D. nagadał. Pewnie znowu wyszłam na zimną jędzę, która nie ma za grosz poczucia humoru. Ano nie tyle nie ma, co pewne żarty, insynuacje, podteksty mnie po prostu nie bawią. Owszem, ta gra mnie bawi, kiedy się z kimś flirtuje, ale takie zachowanie jako sposób bycia i życia, a już w pracy – po prostu mnie razi. Ja wiem, rozumiem i znam kilka osób, które po prostu takie są, ale może warto, będąc taką osobą, jednak popracować nad powściągliwością i czasami umieć siebie samego pohamować. Tak więc zapowiada się długi poniedziałek, albo i nie. Jeśli Pan się będzie powstrzymywał od swoich niewybrednych uwag i prób narzucania swojej wizji rzeczywistości, a zajmie się robotą to szybko każde z nas ruszy w swoją stronę. Zwłaszcza, że wiem co chcę zrobić z Wersalem i wiem jak chcę to w nim zrobić, a wykładanie mi co jest lepsze mija się z celem, gdyż wiem co jest lepsze, ale też wiem, na co moje finanse są w sobie w stanie pozwolić, że o wizji całości jak mam wspominać raczej nie jest koniecznym. MOJEJ wizji. Kiedy porada i dorada będzie mi potrzebna, to zwyczajnie – zapytam.

Nie podejrzewałam, że jeszcze mnie tak trzyma 10 minut nadgorliwego gadulstwa. Normalnie strach się bać co to będzie w poniedziałek. Tymczasem muszę jeszcze zakupić karnisz do „salonu”, gdyż nie będę miała na czym powiesić firanki. No i zasłony by się przydały, albo rolety chociaż… w końcu to parter… i niektórym się wydaje, że przez balkon ludzie zaglądają mi do mieszkania jak przechodzą w pobliżu. Może i zaglądają, ale nie szczególnie zwracam na to uwagę… a balkon mam zamiar sobie obłożyć patyczkami wiklinowymi, czy co to tam jest, tylko nie mam czasu dotrzeć do marketu budowlanego, a jak już tam jestem, to zazwyczaj tuż przed zamknięciem i najczęściej to co najpilniejsze kupuję, a reszta listy… czeka na lepszy czas.

No i jeszcze dziś popołudniowa porą wybieram się na babskie picie. Takie około urodzinowe. No i nie wiem, co mam zrobić, bo nie mam nic dla solenizantki, a istnieje realne ryzyko, że ona dla mnie coś jednak mieć będzie… nie wiem, czy zdążę po drodze gdzieś naskubać wiązkę wrotyczu, gdyż to było zapotrzebowane…

No i jeszcze co poniektóre znajome ludzie pojechały wczoraj na Ukrainę na wywczas górski, i po sprawdzeniu pogody okazało się podobno, że to co u nas jest obecnie, to pikuś, bo w rejonie docelowym jest 40 – 45 stopni Celsjusza na plusie. Życzę im więc aktywnej „górskiej” klimy takiej jak była w Rumuni. Przyda im się. :)

z tymi facetami to…

8

… nie idzie wytrzymać. I nie ma znaczenia, czy to faceci żywi, czy samochody, czy mechanicy. Wszystkie dziady, to jeden gatunek. Nie wiem, czy mam wydrzeć się na mechaników, czy Ferdynanda zostawić na miedzy i niech go wrony zaadaptują na mieszkanie, albo co, bo mnie już pomysłu brakuje.

Niechybnie Ferdynand daje mi do zrozumienia, że czas naszego rozstania jest coraz bliższy i nieubłagany. Reanimacja w nieskończoność mija się z celem, ale miałam nadzieję, że zostanie ze mną jeszcze do września, a dopiero później się rozstaniemy. Jak widać życie weryfikuje siebie samo. Może też powinnam dorzucić numer mechaników jako „zaprzyjaźniony”, czyli poza naliczaniem minut… wykupić linię specjalną, czy coś.

Może też powinnam się upić tak do końca, aby trzy dni mieć z życiorysu wypisane i się zresetować. Na tę chwilę jednak ćwiczę różne figury ekwilibrystyczne i cyrkową sztukę w żonglowaniu wydatkami i zobowiązaniami. Na wszelki wypadek jednak chyba meble kuchenne obecnie pozostają tam gdzie są, znaczy się w sklepie. W końcu – co się odwlecze to nie uciecze, a płytki na ścianie w kuchni wyglądają zajefajnnie. :)


  • RSS