demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: codzienność

o tym i o tamtym

31

Tak sobie załatwiłam to ucho, że mam w nim ranę, a do tego łykam sobie kolejny antybiotyk. Po wielu latach bez antybiotyków, mam wrażenie, że ostatnio stają się one podstawa mojej diety codziennej. Zupełnie mi się to nie podoba, ale skoro inne środki oraz rozum zawodzą, to czasem trzeba. Mniemam, że to ostatni raz na długi czas, a najlepiej na zawsze.

Tym czasem ktoś się nie bał i zajumał upały. Normalnie, to ja się tak nie bawię. Zupełnie mi to nie odpowiada. Zdecydowanie, o tej porze roku, preferuję temperatury wysoko na plusie, no i nawet te 30 z hakiem mnie nie przeraża. Proszę o więcej, gdyż jeszcze kilka kiecek zostało mi w szafie do sprawdzenia, czy się w nie w ogóle jeszcze mieszczę, a jeśli tak – to przydałoby się je chociaż ten jeden raz w roku przewietrzyć.

Z rzeczy innych, to nie tylko z uchem, które nadal mnie jeszcze pobolewa, mam problemy. W sobotę postanowiłam się uszkodzić. Zupełnie bez planowo, całkiem z zaskoczenia nawet dla samej siebie, oraz zupełnie skutecznie. Otóż, mnie się nie daje do ręki sekatora, bo może się to różnie skończyć. Tym razem tylko wycięłam sobie niewielką, choć głęboką dziurę w ręce. Żeby było ciekawiej, zaraz obok ścięgien i żył. Młody już chciał wieźć matkę na szpital, żeby matce zaaplikowali zastrzyk przeciw tężcowi, ale ostudziłam jego zapędy. Mam szczepienie tego rodzaju bardzo aktualne i cały czas na bieżąco odnawialne, a do tego obecnie łykane prochy też mają szerokie działanie wiec… rana goi się szybko i bez komplikacyjnie, kto wie, może nawet blizna nie zostanie. Na to jest sposób – tkanki świeżo nacięte należy ściągnąć opatrunkiem tak, aby były jak najbardziej pierwotnie ułożone. Mocno, acz bez przesady. Zostawiamy w spokoju, bez wtykania patyczków nasączonych odkażającymi środkami, ogólnie to pamiętamy, że do środka rany to nic wtykać nie należy… zazwyczaj takim wtykaniem to się rany bardziej brudzi.

Z innych ciekawostek, to nic się nie dzieje, a nawet jeśli coś się dzieje i wpływa na milion myśli, które galopują mi po mózgu niczym stado mustangów, to i tak nawet jeśli chciałabym coś z nich zapisać tutaj, to zazwyczaj albo nie mam kiedy, albo nie mam jak, bo daleko od internetów jestem, albo nie mam jak, bo jest standardowy problem z logowaniem.

Tymczasem zastanawiam się nad tortem. Młody życzy sobie bezowy, ale krążki bezowe raz, że drogie jak diabli, to jeszcze małe i gumowate. Gdyby nie ta ich gumowatość, jeszcze bym kosmiczną cenę zdzierżyła, ale za gumowatość bezy? nie raczej nie jestem w stanie się zmusić. Pewnie skończy się na biszkoptowym z masą budyniowo – chałwową, gdyż osobiście mam jazdę na chałwę. No i jeszcze się go pytam co pić będziemy na weekendzie, a on mi na to, żebym piccolo kupiła. Tyle alkoholi wszelkich różnych się w domu nagromadziło, a on pikolo. Znaczy musiał ostatnio gdzieś z kolegami zabalować, albo balangę ma zaplanowaną, a już się nauczył, że co za dużo to i świnia nie zeżre.

No i zakisiłam sobie ogórki na niby małosolne, tyle, że dorzuciłam, bo w słoju miejsce było, jeszcze kawałki papryki. Zobaczymy co z tego wyjdzie. W słoju wygląda apetycznie, a w praktyce to się okaże. Jakby co to mam wizję sałatki kalafiorowej z kwaszoną papryką (możliwe, że z dodatkiem żurawiny suszonej) w sosie czosnkowo-jogurtowym, bo mam fazę na czosnek. pali mi całą jamę ustną i gardło, i szczypie w uszach – znaczy się organizm go potrzebuje, a reszta rodziny będzie musiała znosić moje smaki. W końcu raz w roku mogą się poświęcić.

Tymczasem jednak muszę jeszcze zapolować na prezent dla A. i na jakiś dodatek do prezentu dla Młodego (główny prezent już dostał, teraz tylko jakaś słodycz na dokładkę). Natomiast na prezent dla A. wizji nie mam żadnej. Za to sobie prezent wczoraj zrobiłam, tyle, że to tylko na po 22.00. Miał być statyw do aparatu i filtr szary pełny oraz połówkowy, ale co tam, wszystko w swoim czasie. Zbereźnikom tylko nadmienię, że nie jest to wibrator, gdyż z wibratorów to ja jednak preferuję te naturalne, zwłaszcza, że na większość materiałów nienaturalnych mam uczulenie… starczy, że z podpaskami co miesiąc się męczę z chemią. Więc cóż, mój prezent jest nieuczulający. Taką mam przynajmniej nadzieję.

po detoksie

8

Ogólnie, to można się przyzwyczaić do tego, że nie jest się non stop on-line. Zupełnie spokojnie. Zwłaszcza, gdy na emilka przychodzą tylko tony reklam i co najwyżej sporadycznie wpadnie jakaś inna, zwyczajna wiadomość. Zaczęłam rozważać zafundowanie sobie wersji „pro”, która podobno jest bez reklam, kiedy jednak doczytałam bliżej, to owszem, jest bez reklam tych wysyłanych przez dostawcę usługi pocztowej, ale już niestety wszelkie pozostałe spamerskie dziady, nadal będą człowiekowi życie zatruwać. Z drugiej strony, gdyby nie spamerskie serwisy, mogłabym się poczuć zapomniana, i lekceważona, czego objawem byłaby pusta skrzynka. Tak więc źle i tak więc nie dobrze. Zostawmy jednak problem spamu w emilkach, bo to taki temat zastępczy jest z gatunku jajka i kury oraz co było pierwsze… jajko, czy kura.

Jestem, mniej więcej. Żyję. Mam się całkiem dobrze. Mam też kilka rzeczy do przemyślenia oraz kilka niechybnych zmian do wprowadzenia, ale na tę chwilę jakoś nie mam do nich zacięcia. Zmiany oczywiście należą do tych mniej przyjemnych zagadnień codzienności. Malo tego, staram się je ogarnąć i wprowadzić od dłuższego czasu, ale… jak rozstać się ze słodyczami? No ja się pytam – JAK? Wzdycham więc raz po raz i nadal nie mam sensownego rozwiązania dla tego, konkretnego i ważkiego problemu. Drugim niechybnym problemem do ogarnięcia jest to, że czas więcej się ruszać, albo mój człowiek za chwilę zacznie się toczyć, gdyż złapie kształt idealny… czyli kulę, a kule się toczą przecież.

Nie byłoby w tych moich przemyśleniach nadmiaru frustracji gdyby problemy były ważkie i istotne dla życia, a tak, są miałkie, i świadczą tylko o gnuśności i o tym, że tak na prawdę, poza względnym dobrobytem, to ja problemów zdaje się nie posiadam większych. Mam co na grzbiet włożyć, mam dach nad głową, pełne szafy, lodówkę i szafki i zero przymusu i chęci do czegokolwiek. Co więcej, dobrze mi z tym, a jakiekolwiek zmiany w tej materii omijam łukiem szerokim i pozostawiam innym poszukiwaczom przygód. Młody nawet stwierdził wczoraj, że mu matka zdziadziała, a ja mu na to, że zwyczajnie, dorosła i już nie jest młodą matką małego chłopczyka, tylko panią w wieku średnim i matką dorosłego mężczyzny. Młodemu się to zupełnie nie spodobało, gdyż dorastanie zdaje się być dla niego zupełnie zbędnym procesem życiowym… jako i dla mnie też.

Do tego też pogoda nie nastraja zupełnie w żaden sposób pozytywnie do czegokolwiek, gdyż, ubiegły, na moich krańcach kraju, bardzo ciepły tydzień. Zdaje się, że jedyny najcieplejszy tego roku, przesiedziałam oglądając go przez okno, a ten, kiedy mogłabym pomarudzić i ze słońca oraz ciepła skorzystać, to jest mokro, pochmurno i zimno. Kaszanka znaczy się i tyle z tą pogodą. Ogólnie to ktoś mógłby oddać nam to lato.

co za dzień niedobudzony

4

Niby wstałam, niby się ruszam, niby oczy mam otwarte, ale to wszystko jest takie „niby”. Mój mózg postanowił dziś się nie obudzić. Został przytulony do poduszki, mając daleko gdzieś potrzeby i obowiązki mojego człowieka. Walka jest więc ciężka i trudna, gdyż zwyczajnie co staram się skoncentrować na czymś wymiernym, to przed oczyma roztacza się widok kocyka i podusi, i nie żebym poszła szczególnie późno spać, czy żeby budzik szczególnie wcześnie dziś dzwonił. Nic z tych rzeczy. Zwyczajnie, oczy mnie się dzisiaj same zamykają i tyle. Walczę i nie daję się, acz obawiam się też, że popołudnie będzie jednak wymiernie trudne. Trudne w zakresie samoobrony przed kocykiem i podusią, choć z drugiej strony – co mi szkodzi? W końcu mamy wyjątkowo długi weekend przed sobą, do którego trzeba się wyjątkowo dobrze nastawić. Pytanie tylko, czy pogoda sprosta zadaniu, bo mam chytry plan poleżakowania w jakiejś trawie razem z Perełką i oczywiście moimi zabawkami do perełki… potrzeba mi przecież czegoś na ścianę więc muszę zapolować.

Tak więc oddalę się do nierównej walki wykonywania obowiązków pomiędzy kolejnymi ziewnięciami i próbami dodzwonienia się do medyka celem wizyty (bo się mnie recepta jedna zagubiła, i jak ją znalazłam, to okazało się, że jest letko po terminie, a przydałoby mi się ja wykupić, gdyż bez niej to 50, a z nią to 15 PLNów, a ja zbieram na jakieś WYGODNE nowe buty letnie… bo tych mało wygodnych mam sporo… ).

Poproszę jeszcze tylko aby ktoś z tą klima na zewnętrznym przestał przesadzać, bo proszę, ja wiem, że sandały u mnie wyszły, ale jeszcze jakieś się trafią, a jak teraz zachodzę adidasowate obuwie, to w czym będę śmigała jesienią?

- 10 w Rio

10

Trochę znudzona jestem już tym mrozikiem. W nocy cały czas spada temperatura tak mocno, że -10 wydaje się być całkiem przyjemnym ciepełkiem. Kiedy idę sobie do pracy, mój nos i policzki odczuwają całkiem dotkliwie te -9 jakie się zrobiło w trakcie kiedy szorowałam zęby. Później niby jest lepiej, gdyż koło południa wszystko pływa, ale kiedy wychodzę z fabryki, wszystko znowu zaczyna malowniczo zamarzać i szczypać w nos i policzki.

Do tego moja zielona, materiałowa, dychawiczna szafa, właśnie dogorywa. Odmawia dalszej współpracy i czas jednak wybrać się na zakupy szafowe. Cóż, zostanie mi do końca miesiąca jakieś 100 PLNów w kieszeni, ale co tam. Gorzej bywało. Rachunki w tym miesiącu mam popłacone, żadnych zobowiązań zaległych, więc to prawie rarytas jest. Może wiele szaleć się nie da, ale z głodu nie umrę. Do tego może jakoś ruszę moje zapasy podskórne, które się nie chcą odczepić ode mnie w żaden sposób. Tak więc czas ruszyć po nową szafę. Nowa pralka dotarła cała i zdrowa, a do tego zupełnie fajna… tylko jakoś nie mam co do niej wepchnąć, bo jakaś taka wielka się okazała. Wielka w sensie pojemna i moje ubrania w niej po prostu giną.

Wczoraj zaś miałam ochotę niepomierną na schabowego. Bo tak i już. Tylko, że nie mogłam sobie przypomnieć, czy mam tłuczek do mięsa w Wersalu. No i zamiast sprawdzić to zaraz po powrocie do domu, to oczywiście, przypomniałam sobie teraz. Czyli znowu nie sprawdzę, ale jest pocieszenie, jeśli na Włościach mam jeden tłuczek, to istnieje prawdopodobieństwo, że w Wersalu też ma… gdyż miałam dwa w swoim czasie. Niestety istnieje też możliwość, że jeden z nich skończył jako rozpałka do pieca na Włościach, gdyż niepomiernie mnie wkurzał, był mało praktyczny, a do tego jeszcze, cały drewniany był.

No i na takich dylematach mija dzień za dniem. Życie się toczy powoli od poranka do poranka, po drodze zbierając bardzo poważne dylematy, jak to w co się ubrać (w co jeszcze się mieszczę), czy co sobie zrobić na obiad. Zdecydowanie lodówka by mi się przydała, chociaż pewnie dopiero wówczas moje dylematy nabrałyby chłodnego wydźwięku…  cisza, spokój i stagnacja – dobrze mi tak, może nudna i chwilami przygnębiająco, ale dobrze. Mam prawie ten swój wymarzony spokój, tuz w zasięgu ręki, a że okazał się pusty i samotny? Widocznie wszystko ma swoją cenę.

 

wyczerpanie ogólne

2

Wczoraj, o 20 z minutami kilkoma, zmiotło mnie jak przecinek. Mało tego, już od 18 łóżko przyciągało mnie z siłą tak wielką, że blisko dwugodzinne zmagania i opieranie się tej przemożnej chęci, jest nie lada wyczynem. Tak więc, kilka minut po godzinie 20, zwyczajnie odpłynęłam. Myli się jednak ten, kto przekonany jest, że porankiem zerwałam się jak kózka, rześka i radosna. Otóż najchętniej spałabym dalej. Tak jeszcze z godzinkę lub dwie. Zwyczajnie, i ja, i mój człowiek, czujemy się zmęczeni.

Za karę mam kawę solo. Czyli czarna puszczalska bez mleka i cukru. Cukier w kawie odstawiłam jakiś czas temu, a mleko, cóż, wzięło i się na mnie wypięło, i skisło sobie w najlepsze. Choć nawet nie, nie skisło, nie zważyło się, a zwyczajnie zrobiło się gorzkie jak piołun. Bleh. Niedobroć wielka. Tym nie mniej, z wizją, że tydzień jest krótki, bieżym zasuwać dalej jako ta pszczółka, mróweczka, czy inny robaczek, bo się nic samo nie zrobi…

coś by pewnie napisać

6

Kwestia w tym, że nie dzieje się nic specjalnego. W pewnym sensie stagnacja nawet można powiedzieć. Nie, nie będę z tego powodu marudzić, choć niewątpliwie miałam takie zapędy. Jednak się powstrzymałam, gdyż nie tak dawno jeszcze za nią przecież tęskniłam. Za tym aby sobie emocje nabrały równowagi i stabilności, a teraz to co – skoro mam co chciałam, to mam zacząć marudzić? Co, to to nie. No chyba, żeby przypadkom zaczęło się dziać pozytywnie i to bardzo pozytywnie w moich emocjach.

To, że w moich emocjach wieje nudą nie znaczy jeszcze, że nic nie czuję, czy też, że mam czas na cokolwiek, bo trochę go nie mam, a trochę czuję więcej niżby się wydawało. Trochę tego czasu obijactwo pochłania, a resztę siedzenie z nosem w książkach i internetach i czytanie o różnych różnościach. Nie powiem, robi to dobrze na odwrócenie uwagi od różnych takich. Tyle, że z różnymi takimi jest zawsze tak, że samo odwracanie uwagi to za mało. Cały czas się kolibią gdzieś z tyłu głowy i spać spokojnie nie dają, jako te niezałatwione sprawy i tematy. Ja wiem, że czasem powinno się pozwolić na to aby coś się spokojnie rozmyło w niebyt, ale jakoś mi tak nie po drodze z takim rozwiązywaniem spraw. Wolę, preferuję nazywanie rzeczy po imieniu.

Do tego, na dokładkę rozjazdy i wyjazdy. Kraków w poniedziałek, Kraków w piątek. Gites. Problem w tym, że po poniedziałkowym wyjeździe, mój kręgosłup dopiero dzisiaj doszedł do siebie, a jutro znowu… masaż by się jakiś przydał… oj przydałby się. Jakaś wykwalifikowana siła masująca też by się przydała, bo przecież ktoś ten masaż musi wykonać… sama sobie do plecków i kręgosłupa nie dostanę, aż taka samowystarczalna i wszechstronna to nawet ja nie jestem…


  • RSS