demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: ciasto

Nielat markuje naukę niemieckiego. Znaczy się, z płyty się uczy słówek. Znaczy się więcej słyszę klikania myszą i marudzenia po polsku na płytowy kurs niż niemieckich zwrotów i słówek. Program jest tak ustawiony widać, że do następnego zwrotu puszcza dopiero po w miarę poprawnym powtórzeniu lektora… no i w tym cały jest ambaras aby dwoje chciało na raz… widać Nielat z lektorem nie może się ni jak dogadać… po 10 raz (albo i lepiej) słyszę ten sam zwrot… Dobra, niech będzie i tysiąc razy, byleby zagościł w pamięci Nielata dłużej niż 10 minut.

Osobiście nadal dogorywam, na zmianę z praniem. Owszem, wczoraj wydawało mi się, że jakoś, mimo wszystko, pranie ogarnęłam, ale otóż NIE. Otóż, myliłam się sromotnie, i naiwną byłam wierząc, że pokój Nielata nie skrywa już żadnych niespodzianek. Skrywa, a jakżeby inaczej. Skrywał 2 pralki i zadatki na wkład do trzeciego prania. Całe szczęście, że wczoraj wszystko bosko wyschło. Dziś mogłam więc kolejne porcje prania porozwieszać.

Mam za to dwie wielkaśne reklamówy ciuchów po Nielacie do oddania. Może ktoś reflektuje na szczupłe 180 – 185 cm męskiej odzieży? Oddam. Prawie nienoszona koszula w kratę niebiesko-czerwono-czarną, ze 3 cienkie bluzy: granatowo-żółta, czerwona i jakaś jeszcze, popielaty sweter w lekki szpic i kilka jeszcze drobiazgów.

Z pozytywów, to to, że Nialat ma uświadomione czym kończy się bieganie na bosaka w białych skarpetach, a kończy się ręczną przepierką przed wrzuceniem do pralki. Nie pomagają w tej kwestii żadne lamenty i protesty. Na poprawę humoru, w ramach przeglądu lodówki, jogurtowe przepyszne na dużą blachę zostało dziś upieczone. Osobiście zaś chyba tym razem od antybiotyku się nie wykręcę, bo mi coś tak na gardło i oskrzela jakby chciało spadać, ale jeszcze walczę, może akurat bez tego syfu jednak mi się czmychnie…

P.S. Jeśli jakiś program do nauki języka obcego ma wpisane, że obsługa jest intuicyjna, to NIE MA CO WIERZYĆ w takie BAJKI… właśnie przestałam się zupełnie dziwić Nialatowi, aczkolwiek, nakazałam dalsze zmagania i z programem i z podręcznikiem… czas pozaliczać do końca minione półrocze…

szybko będzie

7

Bardzo szybko, bo mam farbę na kudłach. Wczoraj się chwaliłam, że placek z jakimś wymyślnym dżemiszczem produkuje i na chwalipięctwie się skończyło. No więc jednak nie. W prawdzie, ciasto owe najlepiej smakuje na dwa dni od produkcji, ale obawiam się, że do jutra ono już nie doczeka, a cud niejaki, że jeszcze kawałek jest… chyba tylko dlatego, że dżem ów, agrestowy, miał owoce, a te jak powszechnie wiadomo, wedle filozofii Nielata, jeśli nie są bananem, jabłkiem lub gruszką – zwyczajnie są nie jadalne… tak więc agrest też jest niejadalny.

Żeby nie było, że ja tak tylko gadam o tym agreście i gadam, a nikt nie wie czy to prawda jest. No więc będzie coś z darmowej reklamy, gdyż tylko z tej firmy udało mi się upolować owy dżem. Niech mają, a co mi tam.

Natomiast rozpusta słodyczowa z dżemiszczem wgląda tak:

Niedzielny poranek

8

Skoro już mam wolną chwilę i nigdzie nie zapieprzam jak pofertana, to tak sobie pomyślałam, że może jakąś notatkę machnę. Poczytam co słychać tu i tam.

Nie bardzo mam o czym pisać, choć zapewne, bliżej prawdy byłoby, nie bardzo chcę pisać o tym co jest. Zamęt mam we łbie. Ogromny. Czytam sobie różne różności z zakresu dziwnego i dziwniejszego, i nie podoba mi się to co z tego wychodzi. To, że mi się nie podoba to jedno, a drugie, że skoro już wiem, co jest czym, mogę podjąć mozolną próbę zmieniania siebie. Mogłabym tu zwalić część winy na Tykwę, ale nie będę taka. Każda z nas, stara się na własny sposób poskładać swoją rzeczywistość i uporać z przeszłością. Jednak o tym to na Spokojnej Nocy powinnam napisać, a nie tu.

Jak mija nam poranek niedzielny? Siedzę sobie pod kołderką, w szlafroczku, popijam kawę, przegryzam ciastem drożdżowym i przeglądam sieć. Nadrabiam zaległości czytelnicze.

Nielat siedzi w kuchni, przy stole i czyta chemię i coś tam jeszcze. Nie wnikam i nie komentuję. Trzymam kciuki, bo wyjście z 7 zagrożeń, gdy zostało mu na dobrą sprawę do tego tylko 4 dni, będzie cudem. Opieprzał się solennie, a teraz musi zabrać się za zapieprzanie. Nikt tego za niego nie zrobi.

Nie, no kuchnia, to jego wybór. Ma własny pokój, ma własne biurko do nauki w tym pokoju, ale skoro wygodniej jest mu przy kuchennym stole. Skoro tam łatwiej mu się skoncentrować, to niech będzie i stół kuchenny miejscem do nauki. Mnie to nie przeszkadza. Samą niebywałą rzeczą jest to, że Nielat sam sięga po jakąkolwiek książkę szkolną! Co ja piszę? Fenomen sam w sobie jest taki, że sięgną On po JAKĄKOLWIEK książkę.

Jak już poczyta, a ja zmogę się do wskoczenia w jakiś ciuch inny od nocnego, to pewnie, profilaktycznie, prześcigam go do sklepu na piechotę. Mały spacer zrobi nam obojgu całkiem nieźle. Jak wrócimy to może popełnię to ciasto kruche na miodzie sztucznym, na które miałam taką ochotę przed Świętami i rozbiłam się wówczas o brak chęci, zjazd formy i brak dżemu agrestowego, który ostatnio udało mi się kupić.

Spokojnej i miłej niedzieli Wam życzę.

sen noc zimnej

11

Zazwyczaj nie pamiętam snów. Zakładam jednak, że bywają, tylko ich nie pamiętam. Dziś było inaczej. Pamiętam dosyć wyraźnie cały. Istotne były w nim nie tylko elementy stałe i widoczne, ale również te pewne z drugiego planu, takie co to wiesz, że są, a niekoniecznie je widzisz.

No więc śniło mi się, że wychodzę z mąż. Nie, nie sam ślub, ale cała ta bieganina rozpoczęta wczesnym porankiem. Byłam sobie na jakiejś urokliwej wsi, której uroku nie mogłam podziwiać z braku czasu, a która za linią zabudowań oferował widok na piękne szyty gór. Tego już nie byłam w stanie sobie odmówić, aby na nie nie popatrzeć z pełnym zachwytem, choć przez jedną chwilę lub dwie.Tymczasem już gdzieś tam zbierali się goście, fryzjerka czekała na układanie fryzury, a suknia leżała na wielkiej stercie puchatych pierzyn nakrytych aksamitną, ciemną kapą. Pierzyny i kapa aksamitna? Otóż była w wielkim drewniany domu (?) gdzie miałam się przygotować. Pani Alutka, moja fryzjerka, wystrojona jak nie wiem, bo i gościem była, poganiała mnie ze śmiechem, że no już, do czesania, do przebierania, a tu masz ci… nigdzie nie było nowego biustonosza zakupionego specjalnie do sukni ślubnej. Został w domu. Trzeba było po niego pojechać. Nie miał kto, więc pognałam do Ferdka i dawaj. Nie wiem skąd w Ferdku razem ze mną wziął się Nielat, ale był obok i siedział. No i masz ci los, drogę mi zajechał jakiś odbłyszczony, czerwony fiat 126p i stłuczka gotowa. Niewielka, ale jednak. Pan (notabene realna postać, którą znam z widzenia, ot taki starszy jegomość – kiedyś cieć, dziś nie wiem – emeryt?) do mnie z pretensją, a ja na to mu, że nie mam teraz czasu na jego pretensje, bo to on zajechał mi drogę i to on jest winien, no i że się śpieszę jeszcze, bo ślub biorę. Zostawiłam Nielata z facetem do dopilnowania sprawy i pobiegłam po ten nieszczęsny biustonosz. No i kiedy wróciłam do domu weselnego, kiedy popatrzyłam na sukienkę, to była śliczna i biała, i miała gładkie, przylegające rękawy, i więcej nie pamiętam, i ślubu też wziąć nie zdążyłam, bo się właśnie obudziłam. Niestety nie wiem kim był Pan Młody. Jedyne co wiem, to to, że miał ciemny (choć niekoniecznie czarny) garnitur, zniewalający uśmiech i był brunetem… tyle, że to wszystko bardziej wiem, niż widziałam. :)

Morał jest tego wszystkiego taki, że nie ma co na wieczór się opychać gorącym ciastem z rabarbarem. Umiar jest wskazany. Jak się nawpieprzasz, to potem śnią się człowiekowi głupoty. Choć tym razem, sen wyjątkowo logiczny i po kolei się odbywający.

Nudzę się. Chociaż może nie tyle się nudzę, co nie bardzo mam pomysł na to co z sobą zrobić. Tak więc obijam się tu i tam. Troszkę po internetowym światku, troszkę po domu (już mam za sobą 2 kawy), troszkę po za domem i jedną notkę tu już nawet dodałam.

Ledwie 13.00 a ja już mam dosyć. Zjadłabym coś dobrego. Słodkiego rzecz jasna. Niestety 2 godziny przeglądania przepisów nic nie dały, bo albo za dużo roboty, albo czegoś nie mam, a drugi raz do sklepu nie chce mi się jechać. Jednak zakładając, że ciastka to: jajko, tłuszcz, mąka, spulchniacz… hm… tak… idę więc i powrzucam do gara co wpadnie mi w dłonie i się będę zastanawiać na etapie w dłonie wpadania na co to ja mam ochotę.

Mam milion spraw na łbie. Dzieje się i od cholery i nic się nie dzieje. Jedno jest pewne. Człowiek nie łatwo z wygody rezygnuje, a wygodę rozumiemy w różnym i szerokim aspekcie, oraz definiujemy indywidualnie. Do tego nic mnie tak nie wkurza, nie ogranicza i nie przyprawia o poad chęci najszczerszych jak: „no nie wiem”, „to trudne”, „jestem za stara” itp. itd. Z bezsilności chce mi się albo ryczeć, albo zapalić papierosa, więc idę te ciastka machnąć i w kosmosie mam kolejne kilogramy. Szkoda tylko, że to nie własną frustrację zajadam, a cudzą…

15.45 Słodkie łamańce – przepis

½ kostki margaryny, ¼ szklanki cukru, 1 cukier wanilinowy, 2 jajka, 1 łyżka miodu, 2 – 3 łyżki wody, 4-5 łyżek kawy zbożowej rozpuszczalnej (ja miałam Inkę), ½ łyżeczki proszku do pieczenia, ½ łyżeczki sody oczyszczonej, ½ łyżeczki cynamonu (opcjonalnie), 1 – 1, 5 szklanki mąki, opcjonalnie również co ma się pod ręką: orzechy laskowe (grubo posiekać), sezam, rodzynki, płatki owsiane błyskawiczne (1/2 szklanki – opcjonalnie).

Margarynę roztapiamy w rondelku i schładzamy. Jajka, cukier i cukier wanilinowy ubijamy mikserem, aż się cukier zacznie rozpuszczać. Dodajemy rozpuszczoną w wodzie kawę zbożową, miód oraz przestudzony tłuszcz. Dodajemy mąkę (z wyczuciem, ciasto nie może być bardzo gęste ani leiste, ale powinno być dosyć luźne) z proszkiem, sodą i cynamonem. Jeśli trzeba dodajemy mąki ile trzeba (jeśli będą płatki owsiane może być jej mniej). Orzechy siekamy grubo, ze 4 – 5 łyżek sezamu, z 5 deko miękkich rodzynek i mieszamy ciasto łyżką, dodajemy płatki owsiane błyskawiczne wg uznania i mieszamy łyżką. Rozkładamy na blasze (półka piekarnika) łyżeczką do herbaty w dużych odległościach, lub po 3 w szeregu łyżką odzupną. Pieczemy jakieś 15 – 20 minut w temp. Około 180 stopni. 

Kupki ciasta rozkładamy szeroko ponieważ ciasto należy do gatunku „rozlewających się” i właśnie dlatego moja wersja to nazywa się łamańce, gdyż zawsze rozłożę zbyt duże, zbyt blisko siebie i wszystko zlewa mi się w jedną płaszczyznę… ale cóż, kiedy  wyjmuję z piekarnika i mam jeden wielki „ciastek” to jak zaczynają stygnąć, czyli kiedy mogę złapać je w paluchy, to nieco porozkrawam nożem, albo… połamię na różnej wielkości kawałki. Smaku nie psuje, a wyglądać może dość ciekawie…

niemyślenie

2

Niemyślenie jest gatunkiem nienakręcania się. Niemyślenie najlepiej odbywa się w kuchni. Niemyślenie dzisiejsze w efekcie dało: sprawdzenie kolejnego przepisu na szarlotkę (tym razem z kokosem). Niezła, ale mnie nie powala. Wolę wersję z cynamonową pianką i czekoladowym ciastem kruchym. Czystymi garami i jeszcze kopytkami obiadowymi.

W ramach niemyślenia poukładałam sobie kilka myśli i doszłam do wniosuku, że nic na siłę. Już raz w życiu spotykałam się nie z tym facetem, z którym powinnam, więc kolejny raz to nie ma sensu. Nie miewam nawyku biegania za facetami, więc bardzo szybko można samemu się odfajkować z mojej listy. Nie nadaję się na nianię, która podtyka gotowe sposoby na życie i odwala brudną robotę, kiedy jaśnie pan się bawi. Na kilka innych ról życiowych też się nie nadaję. Ponieważ muszę dojść do etapu kiedy zostaną one jawnie nazwane, zapewne jeszcze dziś wrócę do kuchni i… racuchy (?), naleśniki (?), rosół (?), barszczyk czerwony (?)… a może jeszcze coś innego? I nic to, że zapewne powinnam sobie narzucić ograniczenia co do ilości, jakości i przyswajalności mojego menu :|… tym będę się martwić potencjalnie później, teraz to mi się nie chce o tym myśleć.

5 jajek (dużych – jak małe może być 6), 1 margaryna, 40 dkg mąki, 150 – 200  g wiórków kokosowych, 2 kg jabłek, 1,5 szklanki cukru (ja nico mniej dałam) 1 łyżeczka proszek do pieczenia, duża, blacha przygotowana wg przyzwyczajenia

Żółtka oddzielamy od białek. Margarynę, 2/3 szklanki cukru i żółtka ucieramy, dodajemy mąkę i proszek do pieczenia. Ciasto dosyć ciężkie i nie płynne w konsystencji ma być. Jabłuka obieramy, ścieramy na grubym tarku, następnie do startych dodajemy cynamon (lub przyparwę korzenną) oraz 1/3 szklanki cukru). Białka ubijamy z resztą cukru (ja dałam tylko 1/4 szklanki) na sztywną pianę, dodajemy kokos i mieszamy. Na przygotowaną blachę wykładamy ciasto, na ciasto jabuska, na jabuska kokosek i ryp do piecarniczka na 170 stopni w konwekcji o koloło godziny aż się od brzegów formy zacznie odstosunkowywać.

Smacznego


  • RSS