demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: choroba

ucho od śledzia

4

Geniuszem, albo się jest, albo się bywa. Zarówno w pozytywnym znaczeniu, jak i w negatywnym.

Po ubiegłotygodniowym wyjeździe, dopadła mnie niemoc i zmęczenie wielkie, które się objawiło w noc z wtorku na środę bólem ucha. Do rana zrobił się z tego stan zapalny ucha środkowego. Normalka u mnie, żadne tam halo. Sęk w tym, że tą razą żadnych kropelek nie miałam na stanie w Wersalu. Do rana jednak dorwałam. Rano uzupełniłam braki, dokonałam aplikacji stosownych medykamentów. Dzięki czemu w czwartek już wszystko zmierzało do dobrego, ale w piątek zyskałam natchnienie. Natchnienie polegało na tym, że skoro byczyłam się w domu (znaczy w teorii, bo w praktyce to jednak może z godzinę tego by uzbierał), to pozałatwiawszy to i owo, postanowiłam udać się do fryzjera celem doprecyzowania terminu koszenia zarośli. Cóż, trzeba mieć fantazję, żeby z zapaleniem ucha usiąść na fotelu i się strzyc, a później, zamiast grzecznie do domu, to jeszcze w plener. Być może wszystko by mi się upiekło, gdyby nie ten plener właśnie. Szczególnie, że nie byłam przygotowana na deszcz i spore ochłodzenie.

Tak więc sobota i niedziela mija mi z malowniczo obolałą prawą połową twarzy oraz głuchotą na prawe ucho, gdyż to co już przechodziło, to się wróciło i to z nawiązką. Zdaje się, że samo się nie będzie chciało rozejść, i nie jestem przekonana, czy się nie skończy wizytą u dochtora oraz kolejną receptą… choć może i nie… chyba przejdę się do ogrodu i poszukam jednej, czy dwu roślinek i może wpierw zakropię sobie świeżym sokiem ucho… gdyż kolejnych antybiotyków chciałabym jednak uniknąć…

Jak widać więc posiadam fantazję prawie, że bezgraniczną… ale za ten rodzaj fantazji się akurat płaci, skłamałabym jednak twierdząc, że następnym razem się zastanowię nad tym co robię nieco dłużej i dokładniej, gdyż pewnie raczej dokonam tylko szybkiej i pobieżnej analizy oraz podejmę ryzyko. Tym razem ryzyko było nieopłacalne… Tak więc  brawo ja! :|

przejęcie sprzętu

14

Siłą prawie przejęcia dokonałam, bo Młody zrośnięty jest z laptopem o ile akurat nie ma gorączki, która przyprawia go o dygot nie tylko temperaturowy, ale i egzystencjalny wywołując ciemne lęki z dna Młodego jestestwa. Młody, jak to Młody, i jak każdy człowiek, swoje strachy ma. Do tego facetem jest, więc marudzi i… no przecież wiadomo jak chorują faceci.

Ha mam kolejny długi weekend w tym tygodniu, a zupełnie był nie planowany i szkoda, że jednak tak nie zostało, gdyż jednak wolałabym siedzieć w pracy niż w domu… zwłaszcza, że w związku z tym nieplanowanym wolnym to od 14 zwyczajnie nie wyrobię w zakrętach i ciemno widzę swoje zaległości… od 14, bo przyszły tydzień trochę się szlajam służbowo po świecie, więc znowu mi trochę czasu ucieknie i w tym rzecz cała. W tym uciekaniu.

Na czwartek mieliśmy z Młodym w planach jechać do lekarza z jego kolanem i… nie pojechaliśmy. Ze środy na czwartek, ciemną nocą, dopadł nas rotawirus. Młodego Rotek dopadł o 2 w nocy, a mnie niecałe 2 godziny później. Oczywiście jakikolwiek wyjazd nie wchodził w grę… no kurde, kampera z WC jeszcze na stanie nie mamy. Młodego wywróciło ze 3 albo i 4 razy na drugą stronę. Co go trochę naprostowałam, to go od nowa wywracało na lewą stronę. Mnie trochę łagodniej, gdyż to nasze nie pierwsze spotkanie z Rotkiem. Młodego zaś pierwsze. Dziś już mamy się całkiem nieźle, a nawet wszystko wraca do normy, a nawet ponad normę, gdyż z braku możliwości przemieszczania się spędzamy trzeci dzień tylko we własnym towarzystwie. Łatwo nie jest. Gorzej. Jeszcze jeden dzień i może dojść do rękoczynów, bo krzyki już są. Mniejsza o to jednak.

Chciałam tak tylko nadmienić, że kiedyś to nie było żadnych rotawirusów, tylko zwyczajnie… sraczka była i już. Grysiku na wodzie matka ugotowała, wody przegotowanej pić kazała i było, a później, powoli rarytasy się zaczynały. Rarytasy, czyli grysik na mleku z wodą, albo na samym mleku i na dodatek na gęsto. Do tego, zamiast suchej skórki od chleba, była kromka chleba nie suchego, a jak doszło de tego masełko to było coś, bo kiedyś to margaryn nikt do smarowania chleba nie brał… ale to dawno było. No i rarytas prawdziwy – jabłka pieczone. Normalnie słodziak. No i tak sobie o nich wspomniałam. O tych jabłkach. No i sobie je upiekłam. Pychota. Pyszota i rozpusta jawna. Już dawno nic mi tak nie smakowało, jak te jabłka pieczone.

No i tak sobie przypomniałam, że dawno temu, kiedy w sklepach nie było nic ponad octem i znudzonymi ekspedientkami nic nie było, trzeba było sobie ze słodyczami jakoś radzić. No i właśnie pamiętam, jak Babcia nam te jabłka piekła albo dusiła na kuchni opalanej drewnem, albo suszyła owoce na suszki, które robiły nam za słodycze i świetnie nadawały się zimą na kompot nie tylko wigilijny. Ech, dawno to było i czasem tak bardzo mi szkoda, że tamte dni już nie wrócą, bo nie ma już tamtego domu, nie ma tamtej, opalanej drewnem, kuchni kaflowej, nie ma Babci ani nikogo kto mógłby mi dziś opowiedzieć te wszystkie historie rodzinne, na które wówczas byłam za mała i niewiele z nich rozumiałam, ani nie starałam się ich zapamiętać, a szkoda. Wielka szkoda. Czas tak pędzi… jak ta sraczka… a człowiek wiecznie nie ma czasu na to co naprawdę ważne, bo zajęty jest tym co tu i teraz, żeby garnek był pełen i lodówka, żeby odpowiednie auto stało przed domem, najlepiej większym lub ładniejszym niż ten sąsiada… kiedyś życie było cięższe, ale chyba bardziej się żyło, bo teraz, to się chyba tylko gna do śmierci i nie ma się tak na prawdę czasu na to prawdziwe życie. Takie coś mam wrażenie…

gaszenie pożarów

18

Wracając do ubiegłego tygodnia, to poza wymienionymi czynnościami około ferdkowymi i około pralkowymi, czas dzieliłam jeszcze pomiędzy szpital (atak epilepsji młodszego PP), policję (donos na pana hrabiego), kuratorów (rozmowy na „wysokim” szczeblu) i sąd (Wersal można oddać bez walki lub przynajmniej spróbować zawalczyć o swoje). Udało mi się dotrzeć do pracy w poniedziałek na chwil oraz w czwartek na dzień cały… Jak dalej tak pójdzie, to zacznę gryźć i wyć. Bynajmniej nie do księżyca.

Dziś też na grande przemieszczanie się z Wrsalu na Włości busem, bo… bo to, bo tamto, bo siamto i owamto. Bo się ochrona przyczepiła w sklepie (owszem bezpodstawnie, ale to nie powód do reakcji takiej ostrej). Bo kuratorka dzwoni (nie kuratorka akurat, ale szkoda mi czasu na tłumaczenie, że tam mają jedno wyjście na miasto, a ona ma źle numer opisany, a kuratorów jest kilku). Bo dzielnicowa dzwoni i chce… coś chce…

Albo moja Rodzicielka zacznie wizyty u psychologa, który jej pomoże uporać się z traumą minionych lat, albo ja wyląduję w wariatkowie z braku możliwości odreagowania stresów i frustracji… tych własnych, moich i tych w spadku po reszcie rodziny…

Zamknięty krąg zależności emocjonalnej, manipulacji, uzależnienia, współuzależnienia i degradacji psychicznej, okraszone zestawem chorób o które nikt nie prosił. Próbuję żyć własnym życiem. Super. Tyle, że mi nie wolno. Mam to gdzieś. I tak będę żyła własnym życiem, mam do tego prawo. Nie jestem partnerem własnej matki. Jestem jej dzieckiem. Nie jestem ojcem moich braci. Jestem ich siostrą.

Tymczasem po prostu jestem i gaszę pożary. Jej pożary. Jej niepanowanie nad emocjami. Jej nerwicę.  Nie dla niej to robię, tylko dla siebie. Prościej i łatwiej jest mi gasić zarzewie niż dogaszać zgliszcza. Ona czuje, że odchodzę mentalnie, więc dostaję nowe i nowe, i nowe zadania. Abym była, nie odeszła, trwała. W tym samym miejscu, zawieszona w czasie, gdzie nie ma przyszłości, jest tylko wszystko zaklęte w przeszłości. Dostaje ataków klaustrofobii we własnym życiu.

Nie cofnę się już. Nie teraz, gdy powoli zaczęłam układać sobie ścieżkę. Kiedy zaczynam się uczyć o tym co tu i teraz, odrywać się od przeszłości, rozkładać ją na czynniki pierwsze i rozumieć, oswajać ją i widzieć, że nie muszę się z nią godzić, ale walka też nie ma sensu. Powoli przestaję się szarpać z przeszłością. A tego właśnie nie mam wg niej prawa zrobić. Nie mam prawa rozliczyć przeszłości, mam ją pamiętać, mam w niej trwać. To prawo, prawo do godnego i samodzielnego życia, więc nadałam sobie sama, bo chce iść do przodu. Zobaczyć co będzie dalej. Bogatsza przeszłością, nawet tą poranioną, idę do przodu. Już to zaczęłam i nie pozwolę sobie przerwać, nie dam się ściągnąć z tej drogi… już nie. Nie tym razem. Nie jej.

życie jest popierdolone

6

Po SMSie i rozmowie telefonicznej, chyba mam mętlik w głowie. Ten świat jest nie sprawiedliwy, popieprzony i do dupy. Popieprzone jest to życie. Fajni ludzie mają pod górkę, a wredni mają się dobrze.

Trzymajcie ze mną kciuki, bo są bardzo, bardzo, bardzo potrzebne jednej mojej dobrej i kochanej KKK. Bardzo, bardzo, bardzo są jej potrzebne i jej domowym facetom też, i tym małym, i temu dużemu.

Trzymamy kciuki żeby KKK szybko wróciła do domu.

O tym, że przez ten katar to kiszka i porażka, a nie życie? Jak jest z katarem, każdy wie, każdy to przerabiał. Nie ma o czym pisać. Mogę tylko dodać, że zmęczona jestem koniecznością przebierania się po trzy razy w ciągu nocy, dreszczami itp. Dobra, wiem, trzeba było machnąć antybiotyk i dziś już byłoby po wszystkim. Nie, dziękuję, jakoś w antybiotykach nie gustuję. Nie smakują mi. Zbyt mało wyrafinowane są dla takiego pańskiego podniebienia jakim dysponuję.

Pogoda też robi jakiegoś fikołka. Wczoraj wieczorem była burza, a zaraz po niej śnieżyca. Dziś rano padał deszcz,a  teraz jest po prostu jak minionej zimy u nas. jakieś 5 stopni ciepła i bure, zasnute niebo. Nie narzekam. Wręcz przeciwnie. Taka intensywność światła bardzo odpowiada moim patrzałką. Słońce to hardkor jest. Tak zaś, gdy byro i ponuro, nic nie razi, oczy nie bolą – jest dobrze. Temperatura też ok – kurtkę ubieram i idę przed siebie, do pracy znaczy się, ale za to widać temperatura ta mniej odpowiada świergolcą zaokiennym. Tak mi się przynajmniej wydaje, że dziś miały dzioby zatkane i nie darły dziobów bladym świtem. Być może też darły, tylko ja w malignie gorączkowej nic nie słyszałam.

Nic poza tym. Stara bieda. Czasem to dobrze. Znaczy, to dobrze, że nowej nie ma, bo kto wie, czy nie byłaby bardziej dotkliwsza niż ta stara, do której już przywykliśmy. Krótkiego tygodnia życzę i sobie i Wam.

słońce

2

Słońce, słońce widzę. Widzę słońce. Na prawdę! Zaraz za moim pracowym oknem świeci i jara mi po oczach. Zważywszy, że dzisiejszego południa przychodzi do nas wiosna, to może czas by mu było najwyższy się nieco pokazać.

Nielat wytrzymał całą zimę i na koniec się rozłożył. Siedzi w domu i prycha, i kicha, i dzwoni co chwilę. No jedno, wielkie (i to nie tylko wszakże w przenośni) nieszczęście. Chyba dziś muszę zakupić pierogi na pocieszenie i na obiado – kolację…


  • RSS